Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Tȟašúŋke Witkó,
30.05.2021 08:44

Krotochwilne wspomnienie weterana

Była środa 10 czerwca 2009 r., a ja siedziałem w swoim niewielkim pokoiku umiejscowionym na końcu korytarza budynku, w którym pracowali żołnierze sztabu Zespołu Bojowego „Bravo” (ZB „B”). Marszczyłem czoło, wpatrując się w ekran komputera, i usiłowałem za wszelką cenę wymyślić zaklęcia zdolne skruszyć granitowe serca logistyków w Polsce, którzy najprawdopodobniej zawarli jakieś przymierze i za nic w świecie nie chcieli mi dostarczyć części o magicznej nazwie „hydrostruty”. Dodam, że rzecz cała działa się w Wysuniętej Bazie Operacyjnej (ang. FOB) „Warrior”, położonej tuż przy strategicznej „Autostradzie nr 1”, łączącej dwie afgańskie metropolie – Kabul z Kandaharem.

Przywołane powyżej mechanizmy były niezbędne do prawidłowej pracy układów jezdnych kołowych transporterów opancerzonych Rosomak i występowały w przyrodzie z taką samą intensywnością jak yeti. Z człowiekiem śniegu łączyła je jeszcze jedna wspólna cecha – wszyscy o nich mówili, ale nikt ich nigdy nie widział w potężnych skrzyniach z częściami zamiennymi docierającymi do FOB z nieprzewidywalną częstotliwością.

Gdy dowódca chce zapalić – znaczy, źle się sprawy mają

Kilka minut wcześniej zakończyłem burzliwą debatę z jakimś zaopatrzeniowcem temperującym ołówki w bydgoskim Inspektoracie Wsparcia Sił Zbrojnych i po ochłonięciu zastanawiałem się, czy major spełni swoją groźbę i faktycznie napisze na mnie meldunek do wyższych przełożonych, w którym zawrze wszystkie moje inwektywy, jakie podniesionym głosem wyartykułowałem pod jego adresem.

Emocje zdecydowanie opadły i zacząłem się kłopotać coraz bardziej, bo chłop miał prawo się na mnie obrazić po tym, co mu w nerwach rzekłem. Moje rozmyślania przerwało skrzypienie otwieranych drzwi wejściowych, po chwili czyjaś ręka odsunęła zieloną moskitierę w nich zawieszoną i usłyszałem tak dobrze mi znany głos dowódcy: „Chodź na patio, to zapalimy!”. Włosy stanęły mi dęba ze strachu, gdyż doskonale wiedziałem, że pryncypał nie pali, a owe niewinne słowa miały wywabić mnie z gawry w celu przeprowadzenia ostrej rozmowy dyscyplinującej.

Ostra rozmowa dyscyplinująca rozpoczęła się od słów: „Do grobu mnie wpędzisz. Stale są skargi na twoje zachowanie. Przed chwilą dzwonił Wiesiek z »enesi« w Ghazni i zażądał, abym cię surowo ukarał!”.

Przywołany Wiesiek był szefem Narodowego Elementu Zaopatrywania (ang. National Support Elements – NSE – spolszczona wymowa „enesi”), starym pułkownikiem, który więcej lat nosił żołnierski mundur, niż ja przebywałem na tym padole łez. Chłopisko było bardzo porządne i uczynne, ale też nie mogło mi przysłać hydrostrutów, ponieważ zwyczajnie ich nie miało. Oficer ów odpowiadał za zabezpieczenie logistyczne wszystkich polskich pododdziałów operujących w Afganistanie i szło mu to bardzo sprawnie, jednak nawet on nie był cudotwórcą.

Mój ukryty talent – co jak co, ale potrafię dobić „Starego”

Mój przełożony, chcąc kontynuować reprymendę, dopytał: „Coś ty tam mu nawrzeszczał, co?”. Odparłem: „Dowódco, ja z żadnym Wieśkiem nie gadałem. Niech nikt tutaj nie wali ściemy!”. Interlokutor był zbyt starym lisem, aby nabrać się na taki chwyt, więc zadał kolejne pytanie: „A to z kim gadałeś?!”. Odparłem zrezygnowany: „Z jego zaopatrzeniowcem technicznym, Krzyśkiem!”. Popatrzyłem w twarz „Starego”, oczekując dalszego przypiekania na wolnym ogniu, ale ten tym razem milczał i tylko skinieniem głowy nakazał mi mówić dalej, toteż kontynuowałem wątek: „Krzysiek mi powiedział, że nie ma hydrostrutów, bo nie dostał z Polski, a ja mu na to wysyczałem, że w takim razie powinien zacząć kopać rowy strzeleckie, bo do niczego innego się nie nadaje!”.

Dowódca zaczął bębnić zniecierpliwiony palcami po poręczy i znów ponaglił mnie głową do podjęcia zeznań, toteż mówiłem dalej: „Jak on usłyszał o tym ryciu fortyfikacji, to się zdenerwował, nazwał mnie chamem i kazał, abym sobie dzwonił do Polski we własnym zakresie, bo on więcej gadał ze mną nie będzie!”. Zamilkłem znów, ale widząc zachętę w oczach rozmówcy, wyrzuciłem z siebie jednym tchem: „No i jak ja to usłyszałem od Krzyśka, to kazałem mu spadać na bambus kanarki doić!”. W tym momencie dowódca Zespołu Bojowego „Bravo”, doświadczony podpułkownik wojsk powietrznodesantowych, spadochroniarz, płetwonurek i człek szaleńczo odważny, ukrył bezradnie twarz w dłoniach.

Się trochę narobiło, troszkę, panie podpułkowniku!

Twarz w dłoniach znajdowała się raptem kilka sekund, a po ich upływie ramiona zwisły bezwładnie wzdłuż korpusu i oficer wyszeptał zrezygnowanym głosem: „Czy to wszystko, o czym powinienem wiedzieć?”. Zagryzłem wargi i niewyraźnie mruknąłem przez zęby: „Dziś też dzwoniłem do Polski po te hydrostruty. Do Bydgoszczy, znaczy się. I tam – w tej Bydgoszczy – też się trochę narobiło...”. Dowódca, już całkowicie przybity, bąknął: „Się jak bardzo narobiło?”. Zamknąłem oczy i obwieściłem: „No też było o kopaniu transzei, bambusie i pozyskiwaniu mleka z kanarków!”. Przełożony wywrócił białkami oczu i zakrzyknął: „Pakuj się! Najbliższym śmigłowcem lecisz do Bagram, a stamtąd do kraju! Tylu porządnych ludzi mogłem tutaj ze sobą zabrać, a od miesięcy użeram się z takim indywiduum jak ty! Koniec tego!”.

Wrzeszcząc, odwrócił się na pięcie, wszedł do budynku sztabu, ja zaś usiadłem wygodnie na zakurzonej ławeczce i zapaliłem spokojnie kolejnego papierosa. Mój los był już przesądzony, toteż przestałem się gdziekolwiek spieszyć. Pomyślałem, że po powrocie do Polski zrobię sobie dłuższe wakacje, wyjadę na wieś do domu moich rodziców, gdzie nasycę oczy widokiem trawy i lasu. Opuściłem powieki i już prawie stąpałem pośród mazowieckich kniei, kiedy znienacka dobiegł mnie głos adiutanta podpułkownika, niesamowicie sympatycznego szeregowca zwanego „Góralem”: „Szefie, dowódca wos wołajum, bo zaro punuj bedum z Ghazni dzwunić i tam mu tero potrzebni bedziecie”. Powstałem raptownie, rzuciłem krótkie: „Dzięki, Góral!”, i szybkim krokiem udałem się do pomieszczenia służbowego, gdzie swoje miejsce pracy miał dowódca ZB „B”.

Nie jest źle – „dojenie kanarków” przeszło

Dowódca ZB „B” siedział przy biurku w rozpiętej bluzie munduru, trzymał przy uchu słuchawkę telefonu do łączności niejawnej i uważnie wysłuchiwał nadawanych komunikatów. Gdy bezszelestnie wszedłem po pomieszczenia, wskazał mi palcem miejsce na umiejscowionej pod ścianą kanapie, zamiast na stojącym przed jego siedziskiem krześle, a to oznaczało, że szykuje się dłuższa pogawędka.

Po kilku minutach pryncypał rzekł stanowczym głosem do słuchawki: „Panie pułkowniku, ale on miał rację. Od tygodni prosimy o części zamienne i niewiele możemy wskórać. Nic wielkiego się nikomu też nie stanie, jeśli poskacze po drzewach za ptaszkami, nawet jeśli ich nie wydoi!”. Domyśliłem się, że po drugiej stronie jest sam dowódca brygady, a po śmiechu, jaki dobiegał z głośnika, wnioskowałem, że nie jest źle. W końcu mój przełożony rzekł: „A, tutaj to nieco przesadził, faktycznie! O żadnych rowach nie powinno być mowy, ale nawet tak spokojnego chłopa, jak ten mój logistyk, mogły nerwy ponieść! To ja się odmeldowuję!”.

Spojrzałem w oczy „Starego” i zapytałem: „Mam się pakować do domu?”. Po chwili namysłu odrzekł: „Chyba oszalałeś już do reszty! Samego chcesz mnie tutaj zostawić z tymi hydrostrutami?!”.

Hydrostruty wreszcie dostarczono, a ja wróciłem nad Wisłę dopiero jesienią, tak jak pozostali żołnierze batalionu. Wszyscy oni obchodzą 29 maja swoje święto – Dzień Weterana Działań Poza Granicami Państwa.
Proszę, aby Państwo pomyśleli o tych ludziach, którzy służyli ojczyźnie ofiarnie, często płacąc za to daninę krwi. Tekst specjalnie utrzymałem w konwencji nieco żartobliwej, gdyż codzienne życie dostarcza nam dość trosk, dlatego pozwoliłem sobie na skreślenie owego krotochwilnego wspomnienia weterana.

Howgh!

Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów. Imię i nazwisko do wiadomości redakcji.

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE