Rozmawialiśmy o Gaudium Vitae, organizacji, którą współtworzył. Wydawało mi się, że zupełnie nie nadaje się do tego typu działalności, typowy introwertyk mówiący przyciszonym głosem, jakby z oporem ujawniający swoje przekonania i spostrzeżenia. Nie był typem aktywisty i żadnymi osiągnięciami się nie szczycił. Niebawem miało się okazać, że miał powody, by nie rozgadywać się na temat swojej pracy i samego ruchu. Za reportaż o Gaudium Vitae i przytoczenie jego wypowiedzi zostałam szybko zwolniona z pracy w katolickim tygodniku – pierwszym od czasu zlikwidowania prasy katolickiej w stalinizmie, który został utworzony w Warszawie i zatrudnił dziennikarzy wyrzuconych z różnych redakcji w stanie wojennym. Pamiętam dziwną rozmowę z szefem, który unikał mego wzroku, współczujące spojrzenia kolegów i czyjąś zgryźliwą uwagę, czy warto było się tak głupio narażać. Ksiądz Małkowski – wiadomo, same kłopoty.
Ksiądz Stanisław Małkowski w naszej rozmowie niczego nie chciał podsumować, unikał ocen i wskazywania socjologicznych przyczyn zjawiska, że w tylu rodzinach aborcja staje się praktyką. Nurtowało go coś bardziej zasadniczego. Jaki rodzaj myślenia prezentują rodzice dziecka, zwłaszcza ci dobrze sytuowani, warszawska inteligencja, gdy decydują się na tę zbrodnię? To pytanie go męczyło, a przewidywana odpowiedź – trwożyła. Czy myślał już o tym, że coś naprawdę niedobrego dzieje się z wiarą w Polsce, skoro jego rodacy wychowani po wojnie znajdują niezliczone furtki i przeróżne preteksty, by uspokoić sumienia, by wszystko, co im przypomina o Dekalogu, przydusić w swoich umysłach grubą warstwą frazesów? Że „muszą się realizować”, a wielka ich godność osobista, pozycja zawodowa, kariera, perspektywy na lepsze życie – to wszystko po prostu nie pozwala przyjąć kolejnego dziecka? Ta rozmowa nie napawała optymizmem. Mój rozmówca sprawiał wrażenie osoby, która wie, że zderza się ze ścianą. Że ideologia zamieniająca religię Boga na religię człowieka naprawdę rozgościła się w ludzkich sercach.
A jednak wszyscy świeccy członkowie Gaudium Vitae mówili mi, że jego postawa dodaje im sił, że to on jest przykładem niezłomności – w uporze, żeby stukać do kolejnych drzwi, nie ustawać w wysiłkach, by uratować jeszcze jedno dziecko i przynieść jego matce konkretną pomoc, nie tylko materialną. Przekonać ją, że nie jest sama.
Zaskakujące analogie
Pogrzeb księdza Stanisława Małkowskiego niemal zbiegł się w czasie z dniem, gdy pod Trybunałem Konstytucyjnym w Warszawie zebrała się grupa ludzi, których motywacje mogą wydawać się odległe od tych, jakimi kierowali się moi znajomi i przyjaciele z Gaudium Vitae. A jednak coś te postawy łączy: walczymy, pomimo wszystko. Nie opuszczamy rąk. Jesteśmy wierni temu, w co wierzymy, bo z tego wyrastamy. Nie pozwolimy, by Polska stała się landem czy przybudówką „silniejszego gracza”. Ten sam upór, ta sama nadzieja.
Znamienne milczenie ze strony wyższej hierarchii, gdy zwykli ludzie stają do obrony najwyższej rangą instytucji, gwarantującej ład prawny w państwie. Pilnującej, by prezydent Karol Nawrocki mógł bez zagrożeń pełnić swój urząd.
Czy ten skromny kapłan, tak bardzo „inny” – gdyby żył jeszcze i cieszył się zdrowiem – nie znalazłby się wśród ludzi na Alei Szucha? Tych, którzy rezygnują z codziennych wygód dla większej sprawy – tak jak zawsze znajdował się tam, gdzie oczekiwano obecności kapłana, gdy chodziło o tę większą sprawę? Gdzie ta obecność dodawała sił?
Radość Polaków, kiedy są razem – w tym wypadku zgromadzeni przed Trybunałem – w jakiś sposób udziela się wszystkim. Ktoś z nas rezygnuje z czegoś w imię większego dobra, czegoś nieocenionego dla wspólnoty rodaków. Potrafi udowodnić w ten sposób, że jest naprawdę wolny. Wolność jest największym dobrem, jest darem Boga. To właśnie podnosi na duchu innych. I tego nikt nam nie odbierze, tego nam zazdroszczą inne kraje. Gdy trzeba, zawsze okazujemy się wspólnotą. Ale cel określony przez tą wspólnotą musi być prawdziwy, nie może być zastępczy, fasadowy.
Gdy prawdę zastępuje szczerość
„Musiałem się jeszcze nauczyć, że wszystkie relacje międzyludzkie kończą się cierpieniem – oto cena, jakiej nasza niedoskonałość pozwoliła Szatanowi zażądać za nasze prawo do miłości” (Clive Staples Lewis). A przecież istnieje Ktoś, z Kim relacje zawsze kończą się dobrze. Kończą się szczęściem, którego rozmiary nie mieszczą się nam w głowie. I jest ono nieprzemijające. Tak jak relacje dzieci, nawet niesfornych i zbuntowanych, z kochającymi rodzicami, jeśli te dzieci nie wyrzekną się swoich rodziców i nie odtrącą ich miłości.
Czy nie jest tak, że wszystkie nasze nieszczęścia tu, na ziemi, są skutkiem oderwania się od rzeczywistości? Co jest tą rzeczywistością? To, co istnieje jako nieprzemijające, wieczne, trwałe. Zawsze takie samo. Stanowi przyczynę wszystkiego, co istnieje doraźnie. Źródło bytu, źródło życia. Tym Kimś jest Bóg. Jeśli oderwiemy się od Boga, utracimy kontakt z rzeczywistością. Popełnimy najbardziej fatalny błąd naszego życia, błąd o najdalej idących konsekwencjach. Weźmiemy za rzeczywistość coś innego, niż nią jest.
Dlaczego tak ciężko jest odbudować wspólnotę Polaków? Mamy pośród siebie niemałą grupę ludzi, którzy utracili kontakt z rzeczywistością. Nie są świadomi, że tak się stało. Nie podejrzewają, że przytrafiło im się to nieszczęście. Rzeczywistość, o której jest mowa, nie jest materialna. Myślimy: „Skoro Bóg daje życie, sprawia, że ono jest, wciąż nowe, świeże, to sam musi być Królem Życia! Jest więc taki jak my – materialny, dotykalny, żywy. Musi być sercem przyrody, źródłem i sednem wszystkich jej sekretów, siłą sprawczą wszystkich jej mechanizmów”. To fatalna pomyłka. Pomijając duchowy wymiar rzeczywistości, w istocie ignoruje się rzeczywistość. Bierze się za nią to, co przemijające, nietrwałe i zmienne.
Bóg nie działa wobec nas „naturalnie”, ale poprzez specyficzne narzędzie: łaskę. I nie bezpośrednio (poza przypadkami wielkich mistyków), ale przez pośredników: Kościół i jego kapłanów. Mszę św. i sakramenty.
Sługa prawdziwego, nie synodalnego Kościoła
Ksiądz Stanisław Małkowski przez większą część swego kapłańskiego życia sprawujący swoją posługę na warszawskim cmentarzu, nigdy nie skarżąc się na swój los, wierny Bogu w każdej sytuacji, może być patronem tego kolejnego rozdziału walki Polaków. Walki nie tylko o suwerenność i tożsamość, ale o duchowe zwycięstwo nad rozwadnianiem prawdy. Walki z próbą uczynienia z Kościoła rodzaju korporacji, a z Polski państwa kolonialnego. Nie odnosił głośnych sukcesów duszpasterskich, nie był autorem płomiennych kazań – zakazywano mu zresztą ich głoszenia – ani autorem poczytnych książek. Mimo swojej wiedzy, mądrości, pobożności pozostawał w cieniu. Nigdy się nie zmienił. Nie głosił innej nauki niż ta, którą Kościół głosił zawsze. Nie uznał, że trzeba „iść ze światem”, zepchnąć tradycyjne prawdy w kąt, o wszystkim, w co zabrnął współczesny człowiek, mówić z aprobatą, entuzjazmem, a przynajmniej ze zrozumieniem.
Gdy w 1968 r. Zachód zachłysnął się rewolucją seksualną, przyjmując za normę to, co budziło dotąd odrazę, było nazywane złem, ten nie przestał mówić prawdy i działać na rzecz moralnego ładu. Dla tych, którzy całą swoją nadzieję pokładali w doczesności, taki kapłan przez samą swoją cichą obecność stawał się wyrzutem sumienia… Wrota Świątyni Opatrzności Bożej otwarto przed nim uroczyście w dniu jego pogrzebu.