Bo co niby nasze babcie wiedziały o kotletach? Co o schabie, o sztuce mięs? Szastały nimi na lewo i prawo, nie rozumiejąc, że to trucizna i że planety szkoda. Czym były dla nich soja, tofu i mleko z owsa? Niczym. Karmiły swoich najmłodszych daniami prosto z patelni, ociekającymi tłuszczykiem, aż miło, dawały do picia pełne mleko od polskich krów, nie gardziły szynką i śmietaną. Biedne, nierozumne istoty, ignorantki, które nie przejmowały się tym, że planeta cierpi, gdy krowy… no, wiadomo, co robią. Teraz jest inaczej. Mamy szkołę, która nie gada, tylko robi. A to prezerwatywę podsunie w ramach „nauki o zdrowiu”, a to kotlet z tofu. Nie można dzieci dłużej trzymać w ciemnocie. Cóż, drodzy rodzice, pamiętajcie, że zmiany wprowadzane małymi kroczkami są najbardziej skuteczne. Zaczyna się niewinnie. Wszystko ma być prozdrowotne. Tylko co zrobić, gdy szkoła będzie stawała się coraz bardziej księżycowa, a dieta coraz bardziej planetarna?