W 2014 r., a może nawet wcześniej, stał się on narzędziem politycznym. Przypomnę, że autorytetu prezesa TK Andrzeja Rzeplińskiego użył Bronisław Komorowski w czasie, gdy trwała zadyma związana z wyborami samorządowymi. Kiedy trwało chaotyczne liczenie głosów, prezes Trybunału Konstytucyjnego i I prezes Sądu Najwyższego wystąpili razem z prezydentem, aby uznać wybory i uspokoić sytuację. Każdy wtedy mógł zobaczyć, jak to świetnie działało. Później był 2015 r., gdy za kotarą sędziowie TK dogadywali się z większością PO-PSL i nie reagowali na wybór nadprogramowych sędziów, który zarządził poseł Robert Kropiwnicki. Nie sama instytucja jest jednak najważniejsza w kontekście tego, co stało się w weekend. Donald Tusk i jego kompania podeptali bowiem demokratyczne wybory. Polacy w 2025 r. mieli świadomość powagi sytuacji. Nie wybrali Rafała Trzaskowskiego, bo nie chcieli dalszego nakręcania spirali i gnębienia obywateli. Użycie przemocy przeciwko TK jest faktycznie deptaniem woli wyborców wyrażonej w wyborach prezydenckich sprzed ponad roku. Jeżeli ktoś zachowuje się w ten sposób, można go podejrzewać o jak najgorsze zamiary.
Demokracja pod butem
Nie mam zamiaru ronić krokodylich łez nad Trybunałem Konstytucyjnym.