Część Czytelników „Gazety Polskiej” zapewne świetnie to pamięta, mnie jednak poruszyło, że spór wokół polskich spraw wyglądał wówczas w zasadzie identycznie jak dziś, ponad ćwierć wieku później. Z przekąsem uśmiechnąłem się, że część tekstów z tamtego okresu można by śmiało wydrukować i dziś – wystarczyłoby zmienić datę. Od blisko trzech dekad naszą polityką trzęsą na przemian awantury o dekomunizację, lustrację, miejsce Polski w Europie, kierunek, w którym mamy zmierzać, i tradycyjna bitwa o kształt ustawy antyaborcyjnej. Ale np. także teksty poświęcone prywatyzacji, „trudnym stosunkom polsko-ukraińskim”, dotyczące upadku obyczajów, i te o sowieckich pomnikach czy dekomunizacji śmiało mogłyby po drobnej korekcie ujść i dziś. To katalog spraw ważnych dla Polaków i do dziś niezałatwionych. Oczywiście – przez ten czas zmieniło się wiele, Polska weszła do NATO i UE. Przybyło na agendzie kolejnych problemów, część szczęśliwie jest za nami – jak katastrofalne bezrobocie i gospodarka na poziomie państw afrykańskich. W 1997 r. byłem w 8. klasie podstawówki., a części dorosłych dziś Czytelników „GP” nie było jeszcze na świecie. Dlatego taka lektura jest pouczająca z jednej prostej przyczyny. Pokazuje, jak błyskawicznie upływa nam czas. Co różni nas od Polski A.D. 1997? Ano tyle, że większość z wymienionych problemów zaczęto „tykać” dopiero po 2015 r. Zaczęto się nimi zajmować, jednak za wolno i za mało stanowczo. Czas nas goni, a bez „drugiej kadencji” mogą one zostać zatrzymane tak brutalnie, jak dekomunizacja w Warszawie. Spieszmy się choćby po to, by ktoś wertujący stare numery „Gazety Polskiej” z 2041 r. mógł patrzeć na te problemy nie jak na chleb powszedni, lecz jak na średniowieczny spór o inwestyturę.
Czas przemija
Tytuł felietonu mi się podoba. Fajny, nie za oryginalny, ale prawdziwy. O co chodzi? Ano od pewnego czasu siedzę godzinami w bibliotece, studiując prasę z lat 90. Przy okazji poszukiwań nie mogę oprzeć się lekturze artykułów poświęconych sprawom politycznym i okołopolitycznym.