Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Wojciech  Mucha,
08.04.2018 10:40

Czarne lądy Unii Europejskiej

Teza jest następująca: oto Węgry i Polska prowadzą bliźniaczą politykę, opartą na „sentymentach docelowych elektoratów do czasów socjalistycznej stabilizacji”. Ich zwolennicy to najczęściej „ludzie starsi, mało mobilni mieszkańcy prowincji”, na której nie słychać obcych języków, a opanowane przez władzę media są jedynym oknem na świat. To oczywiście powoduje, że są ogłupieni i nie wiedzą, co czynią, głosując na PiS i Fidesz. Nie tak to Państwo widzą? Nie szkodzi.

Choć brzmi to jak relacja z popołudniowego pasma publicystycznego TVN24, ukazało się drukiem jako najważniejszy tekst we wpływowym międzynarodowym piśmie „Politico”. Dla nas te „diagnozy” nie są niczym nowym. W odniesieniu do polskiej prawicy słyszymy je co najmniej od 2005 r. Ich piewcy znajdują się dziś najczęściej w opozycji, do której zepchnęło ich właśnie takie postrzeganie rzeczywistości. Tego jednak nie rozumieją ani oni, ani ich przyjaciele na Zachodzie.

Ale jest coś więcej. Tekst w „Politico” wygląda jak zlepiony z dwóch części. W jednej dość sprawnie (choć nie bez nacechowania, które widać choćby w doborze rozmówców i charakterystyce „elektoratu”) opisano dzisiejsze Węgry tuż przed wyborami parlamentarnymi, które u naszych bratanków już 8 kwietnia. Autorka (Węgierka) sugeruje (także w wątkach dot. Polski), że nieuchronny, trzeci już sukces Fideszu to zasługa oparcia się na „niższej klasie średniej”. Jak łatwo się domyślić, chodzi o ludzi „sfrustrowanych z powodu przemian postkomunistycznych i nieosiągnięcia standardów życia Zachodu”. Czyli sądząc po sondażach w obu krajach, chodzi o większość Polaków i Węgrów.

Ale wspomnianego jako „utęskniony” w obu krajach okresu schyłkowego komunizmu w Polsce i na Węgrzech nie sposób widzieć inaczej niż w kategoriach przeciwieństw (zob. „Gulasz i ocet. Węgry i Polska w latach 80.”, „Gazeta Polska”, 30 marca 2016 r.). Nie jest też tajemnicą, że o ile po 1989 r. Polska mozolnie i wbrew przeciwnościom drapała się przez nową rzeczywistość, to „zwykłym Węgrom” istotnie się pogorszyło -  zatrzymali się, więc zaczęli się cofać. Szczyt kryzysu przypadł na rządy „europejskiej lewicy”, która oddała władzę w 2010 r. właśnie Orbánowi. Oba kraje mają do przebycia długą drogę, by „dogonić” Zachód, jednak dziś zdaje się, że to Węgry są dalej od tego celu pod każdym względem – od kultury politycznej (okropnie populistyczna kampania wyborcza), przez korupcję, dekomunizację, po naprawę gospodarki. Ale Węgrzy Fideszowi ufają – świadomi tego, do czego doprowadziły rządy socjalistów przebranych w „europejskie wartości”. Mają też powody, by ufać.

Komunofaszyści

Tekst „Politico” jest pełen sprzeczności. Z jednej strony Geza Jeszenszky, były minister spraw zagranicznych, mówi autorce, że „Fidesz charakteryzuje brak autentycznej troski o interesy kraju”. Z drugiej ona sama krytykuje politykę rehungaryzacji sektora bankowego i energetycznego, a skierowanie strumienia wsparcia do najbiedniejszych nazywa „kiełbasą wyborczą”. Trudno jednak uznać za kiełbasę wyborczą fakt, że Orbán „wdrożył szereg działań socjalnych: program robót publicznych, podwyżkę emerytur, obniżenie rachunków za prąd i gaz, wzrost płacy minimalnej i zasiłki w gotówce dla emerytów” czy też „program wsparcia dla rodzin mający dzięki bodźcom finansowym skłonić pary, by miały więcej dzieci i kupowały domy” (oba wyimki z tekstu „Politico”). Jeśli to brak troski o losy kraju, to dość swoiście pojmowany. Nie sposób przy tym nie dostrzec żalu autorki za tym, że Węgry (i Polska) oddalają się od wzoru liberalnej demokracji europejskiej. Z tego chyba bierze się troska o marginalizowanie obcego kapitału i niewytrzymująca krytyki teza, że rozwój państwa narodowego jest w linii prostej odbudowywaniem demoludu.

Ale dla europejskich liberałów i ich zwolenników określenie „komuniści”, którym rzucają w Kaczyńskiego i Orbána, jest swoistym cepem, którym zawsze chętnie okładają tych, którzy nie zgadzają się z neoliberalną wersją demokracji. Ma to odniesienie głównie do reform ekonomicznych. Używa się go wówczas, gdy Budapeszt lub Warszawa sugerują, że „pieniądz jednak ma narodowość”, ale i przy próbach ograniczenia wpływu ponadnarodowych koncernów. Wówczas natychmiast mówi się o „gospodarce centralnie sterowanej” i powrocie do przeszłości. „Komuniści” idą jednocześnie w parze z „faszystami”, którego to miana używa się wobec krytykujących aksjologię rozpowszechnioną przez dekady na Zachodzie – politykę multikulturalizmu, rozedrganie ideologiczne i powszechną zgodę na „wielość narracji”. Wielość sprowadzającą się do dyktatu politycznej poprawności. Każdy, kto śmie wątpić, że dzisiejsza UE – hybryda nie jest „najwspanialszym ze światów” i wymaga reformy, z miejsca staje się „komunistofaszystą”. Jest to być może jeszcze atrakcyjne dla mniej wyrobionych czytelników na Zachodzie (do nich prawdopodobnie jest adresowany tekst „Politico”). W Polsce przekona jednak chyba tylko najbardziej zagorzałych czytelników „Gazety Wyborczej”.

Zgrane nuty

Bo nie jest przypadkiem, że jedynymi Polakami, którzy wypowiadają się w tekście, są Adam Michnik i Konstanty Gebert. Pierwszego nie trzeba przedstawiać, drugi jest – przypomnijmy – byłym działaczem KOR u, a obecnie sympatykiem Obywateli RP, który na łamach „New York Timesa” przekonywał, „że Polska ma dług  wdzięczności wobec Europy, która w ostatnich latach, a także w czasach komunizmu, przyjęła wielu polskich imigrantów”. W tekście „Politico” wygłasza on śmiałą tezę, że „PiS odziedziczyło po liberałach gospodarkę w świetnym stanie, której poprzedni rząd PO nie chciał przeciążać dystrybucją socjalną”. Jeśli dodać, że przy tekście współpracował red. Michał Broniatowski, który swego czasu rozpisywał na punkty scenariusz „Majdanu w Warszawie”, rzecz robi się zrozumiała, ale przez to wcale nie bardziej strawna.

Rządy w Warszawie i Budapeszcie różnią się od siebie. Różni nas podejście do Rosji, ale także choćby stosunek do Stanów Zjednoczonych. W Polsce obowiązuje przekonanie, że sojusz transatlantycki jest podstawą pokoju. Ale jedno nas łączy – rządy w Warszawie i Budapeszcie opowiadają się za Europą wolnych narodów, stanowiących o sobie ekonomicznie i aksjologicznie, szukających współpracy przez suwerenną politykę i współdziałanie. Cóż, próżno szukać takich postulatów w Manifeście komunistycznym, ale ten na Zachodzie nie był lekturą obowiązkową, czego efekty widać aż za dobrze.

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE