drugiej połowie ubiegłego roku na ulicach polskich miast pojawiły się automaty pożyczkowe, czyli dobrze znane z Rosji pożyczkomaty, na których w Moskwie interes robi tamtejszy oligarcha Oleg Boyko. W Polsce przyjęły one przyjemną dla ucha nazwę gotówkomatów (od nazwy operatora, spółki Gotówkomat Polskie Płatności), sprawiając wrażenie, jakby były po prostu odmianą bankomatu, a nie maszyną, która chce ci wcisnąć wysoko oprocentowaną pożyczkę.
Kredytowy fast food
Gotówkomaty serwują Polakom kredytowy fast food – szybką i łatwą, lecz niezwykle ciężkostrawną pożyczkę z firmy Vivus, której rzeczywista roczna stopa oprocentowania to... 490 proc., choć formalnie „gołe” oprocentowanie wynosi w skali roku skromne 10 proc. Oczywiście pożyczki z Vivusa nie są przyznawane na rok – to chwilówki udzielane na 30 dni, z maksymalną kwotą 1600 zł i całkowitą kwotą do spłaty wynoszącą 1967 zł, z tego odsetki to ledwie 14 zł, reszta różnicy to kwota prowizji (wszystkie dane z oficjalnej strony spółki Vivus). W razie opóźnień natomiast w spłacie pożyczkodawca (który zapewne na to też po cichu liczy) zastrzega sobie prawo naliczenia karnych odsetek w wysokości podwójnych ustawowych.
Spółka Gotówkomat postanowiła maksymalnie ułatwić tubylcom znad Wisły dostęp do takich szybkich pożyczek na absurdalny procent i ustawiła na ulicach niektórych polskich miast automaty, które umożliwią błyskawiczne zaopatrzenie się w gotówkę. Gotówkę, która jak widać wyżej, sporo kosztuje. No więc, drogi Polaku, jeśli akurat brakło ci pieniędzy (o co nad Wisłą nietrudno), nie musisz już się fatygować do punktu udzielającego chwilówek i odbywać krępującej rozmowy ze sprzedawcą, ani szukać dostępu do sieci, by wziąć pożyczkę przez internet (a przecież wielu potencjalnych klientów firm pożyczkowych to osoby cyfrowo wykluczone). Wystarczy, że podejdziesz z dowodem osobistym do maszyny, zostanie zweryfikowana zgodność twojej twarzy ze zdjęciem z dowodu i już możesz się cieszyć pożyczoną kwotą do 1600 zł. Proste jak kupienie hot doga w przyulicznej budce.
Pożyczka w kolejce do metra
Większa afera zrobiła się dopiero wtedy, gdy gotówkomaty stanęły w warszawskim metrze. Tego typu maszyny w obiektach użyteczności publicznej to było już dla Polaków za dużo i szybko doprowadzono do ich likwidacji. To optymistyczny akcent – znak, że mimo wszystko się cywilizujemy i nie każde przynoszące zysk działanie, równo przy tym strzygące nadwiślańskich tubylców (najczęściej zresztą przez innych tubylców, tylko z nieco wyższych kast), jest w Polsce mile widziane. Wciąż jednak gotówkomaty stoją sobie spokojnie na ulicach niektórych polskich miast – zasadne więc pozostaje pytanie, czy nie powinny one zniknąć także stamtąd.
Nie przypadkiem działalność instytucji finansowych jest tak silnie regulowana – i wbrew pozorom nie tylko w zakresie działalności depozytowej (co ma na celu ochronę oszczędności obywateli), ale też właśnie w zakresie działalności kredytowo-pożyczkowej. Państwa po prostu dobrze sobie zdają sprawę z tego, że zdrowy rynek kredytów i pożyczek ma niebagatelne znaczenie dla gospodarki kapitalistycznej. Dlatego też regulują mnóstwo obszarów tej działalności – od wkładów własnych przy kredytach hipotecznych (obecnie w Polsce to 15 proc. wartości nieruchomości), po de facto ceny, gdyż regulowanie stóp procentowych przez bank centralny jest w istocie regulowaniem cen kredytów udzielanych przez banki.
Cały tekst ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie"