Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Przemysław Dakowicz,
17.01.2016 20:18

„Wyborczy” wodewil (2)

Zgodnie z poleceniem zwierzchników, pracownicy sowieckiej propagandy organizowali również spotkania instruktażowe dla starszej młodzieży szkolnej.

Zgodnie z poleceniem zwierzchników, pracownicy sowieckiej propagandy organizowali również spotkania instruktażowe dla starszej młodzieży szkolnej. Dwa z tego rodzaju mityngów opisuje w swoim dzienniku Jadwiga Dabulewicz, uczennica Gimnazjum im. Królowej Jadwigi we Lwowie. Nie miały one, co prawda, charakteru ściśle wyborczego, sądzę jednak, że warto przyjrzeć się bliżej ich przebiegowi, dobrze oddającemu atmosferę tamtego czasu oraz dynamikę zmian zachodzących na ziemiach zajętych przez Armię Czerwoną.

Pierwsze ze spotkań odbyło się w sali kina „Apollo”, przy ulicy Chorążczyzna 7. Niegdyś w budynku tym swoje słynne, cieszące się ogromną popularnością wykłady wygłaszał prof. Kazimierz Twardowski, wybitny filozof, uczeń Franza Brentano i wychowawca całego pokolenia polskich uczonych, m.in. Władysława Tatarkiewicza, Kazimierza Ajdukiewicza, Tadeusza Kotarbińskiego, Izydory Dąmbskiej i Władysława Witwickiego. Wówczas sala wypełniona była żądnymi wiedzy słuchaczami – jesienią 1939 r. uczniów lwowskich szkół spędzano tu wbrew ich własnej woli i wbrew woli pedagogów.

Międzynarodówka vs. Rota

Wnętrze kina tonęło w czerwieni. „Cała sala – notuje Dabulewicz – od góry do dołu obwieszona była czerwonymi flagami ozdobionymi złotym sierpem i młotem oraz olbrzymimi transparentami z napisami wzbudzającymi krew w żyłach. Nic tylko bezbrzeżna miłość do Stalina, do Związku Radzieckiego i jego świetlanej konstytucji, a poza tym niewysłowiona radość, że nareszcie zostało zrzucone raz na zawsze jarzmo polskich panów. Szlag mógł trafić człowieka, kiedy czytał, że oto cała młodzież Zachodniej Ukrainy składa Stalinowi gorące podziękowanie za przyłączenie tych ziem do Związku Radzieckiego, gdyż dzięki temu zapanowało powszechne szczęście i dobrobyt”.

Na scenie stół prezydialny, przy nim przedstawiciele nowej, chłopsko-proletariackiej elity – po wyczytaniu każdego kolejnego nazwiska obowiązkowe brawa. Pogadanka o sowieckim systemie kształcenia, w języku rosyjskim. Zapowiedź przyśpieszonej edukacji w zakresie polityki – w Kraju Rad każdy uczeń ma być świadom celów, ku którym zdąża proletariacka rewolucja, ma skutecznie rozpoznawać własną rolę w wielkim dziele przemiany świata. Wyrazy wdzięczności dla niezwyciężonej armii ZSRS, dla wielkiego ojca ludzkości, który oswobodził „Zachodnią Ukrainę”, uwolnił narody spod jarzma „pańskiej Polski” i z wysokości Kremla spogląda – zatroskany, współczujący – na serce Europy. „Międzynarodówka” grana między kolejnymi przemówieniami, oklaski i skandowanie: „Niech żyje Stalin! Niech żyje Związek Radziecki! Niech żyje Czerwona Armia! Hura! Hura!”. Na koniec dyskusja. Jej uczestnicy starannie wyselekcjonowani, kontynuujący „opluwanie wszystkiego, co polskie”, wysławiający nowy porządek.

Ale tego dnia nie wszystko poszło po myśli organizatorów. Któryś z lwowskich gimnazjalistów nie wytrzymał – wspiął się na scenę i wyrwawszy mikrofon z rąk ostatniego chwalcy Stalina, począł wygłaszać płomienną apologię polskiej historii. Mówił o obronie Głogowa, o bitwach na Psim Polu, pod Płowcami i pod Grunwaldem, o hołdzie pruskim, o zdobyciu ziemi smoleńskiej i witebskiej, o wiedeńskiej wiktorii Sobieskiego i pierwszej europejskiej konstytucji, wreszcie o obronie Lwowa i zwycięskiej wojnie polsko-bolszewickiej w roku 1920, za sprawą której „uchroniliśmy całą Europę od czerwonej zarazy”. Z owego rejestru orężnych przewag Polaków wywiódł myśl, że „naród mający tak chwalebną przeszłość […] nigdy nie zginie”.

Kiedy skończył, w kinie „Apollo” przez kilka chwil musiała panować martwa cisza.

Właśnie tak to widzę – rozwarte z niedowierzania oczy uczniów i nauczycieli, zahipnotyzowanych brawurą młodego lwowianina, powietrze wciągnięte w płuca i zatrzymane, na mgnienie, po którym z wszystkich ust, jak na komendę, dobywa się głośne westchnienie, a zaraz potem zrywa się huragan braw, powstają z siedzeń i klaszczą, szaleńczo, w zapamiętaniu, echo braw odbija się od ścian, od wysokiego stropu, od foteli obitych pluszem i chłoszcze bolszewików po twarzach, i łomoce w ich sztandary, unieważniając wojnę, cierpienie, głód i strach. Próbują to powstrzymać, intonują, który już raz, „Międzynarodówkę”, orkiestra szuka taktu i już, już go ma, trąby i puzony dudnią znienawidzoną melodią – lecz przykrywa ją, tłumi i gniecie inna pieśń. „Stała się rzecz [...] nieprawdopodobna – relacjonuje Jadwiga Dabulewiczówna. – Oto […] popłynęły potężne dźwięki »Roty«, a później »My chcemy Boga«, które całkowicie zagłuszyły »Międzynarodówkę«”.

Schody Odessy, czyli o pamięci i wyobraźni

Wśród dokumentów z jesieni 1939 r., odnalezionych po latach, figuruje zestaw tytułów ukraińskich i rosyjskich produkcji filmowych. Nie jestem pewien, do czego służył ów wykaz. Czy były to obrazy grane w kinach na terenach okupowanych? Czy pod etykietą „filmy ukraińskie” kryje się międzywojenny urobek Ukraińskiej Sowieckiej Republiki Rad, marionetkowego państwa podporządkowanego Rosji, które niebawem wchłonąć miało „Zachodnią Ukrainę”? Trudno rozstrzygnąć. Zaryzykujmy tezę, że właśnie tak było – filmy z wykazu puszczano mieszkańcom Lwowa jesienią 1939 roku. Osiem produkcji „ukraińskich” i osiem „rosyjskich”, m.in. „Pancernik Potiomkin”, „Jarmark Soroczyński”, „Traktorzyści”, „Wielki obywatel”, „Deputowany Bałtyku”, „Zaporożec nad Dunajem”, „Ogniowe lata” i „Bieli się żagiel samotny”.

Na lwowskich ekranach – propagandowe obrazy ukazujące potęgę państwa sowieckiego i dalekowzroczność wodzów rewolucji. W kinach „Kuchar”, „Corso” i „Lux”, w „Wandzie” i „Lwie”, w „Koperniku” i w „Elite” – wózek z nieświadomym niczego niemowlęciem w środku zsuwa się z odeskich schodów, wokół padają trupy niewinnych, aż wreszcie działa „Potiomkina” odpowiadają ogniem „na zwierstwa wojennych włastiej Odiessy” – walą w teatr i w sztab generałów. Wszystko znika w chmurze bitewnego kurzu.

Kiedy kurz opada – lwowscy gimnazjaliści maszerują na mityng, tym razem do kina „Palace”, gdzie 20 października, na dwa dni przed głosowaniem, odbywa się okolicznościowa akademia. Scen, którym muszą się przyglądać, nie chciałby sobie wyobrazić Siergiej Eisenstein, ten, który wymyślił, wyreżyserował i nakręcił najsłynniejszą scenę filmową wszech czasów – masakrę na schodach w Odessie.

Ubi sunt?

Prawdziwych wydarzeń z października 1939 r. nie utrwala żaden artysta o światowej renomie, nie wejdą do powszechnej wyobraźni. Fragmentaryczne relacje rozsypią się po pamiętnikach – nieistotnych, łatwo płonących, zapodziewających się w wojennej zawierusze, gubionych w syberyjskich śniegach – bliźniaczo podobnych do bezcennego dzienniczka Jadwigi Dabulewicz, z którego wypisuję fragment:
„Do kina pomaszerowałyśmy czwórkami, eskortowane przez wychowawców. Z przemówień wygłaszanych w języku rosyjskim i ukraińskim wynikało, że wkrótce mają się odbyć jakieś wybory. Jak zwykle co chwilę musieliśmy wstawać, śpiewać »Międzynarodówkę«, bić brawo i krzyczeć: »Hura, hura, chaj żywie towariszcz Stalin«.

Prawie nikt ze spędzonych tu gimnazjalistów ani nie śpiewał, ani nie bił braw, ani nie wznosił entuzjastycznych okrzyków. Po pewnym czasie weszło na salę kilku enkawudystów z bronią w ręku. Natychmiast podbiegli do nich jacyś młodzi Żydzi, odróżniający się od reszty zebranych jaskrawoczerwonymi krawatami, i palcami wskazywali uczniów nie wykazujących należytego entuzjazmu. W ten sposób napiętnowani koledzy zostali natychmiast gdzieś wyprowadzeni. Trzeba przyznać, że pozostali pozielenieli ze strachu. Z mego otoczenia zabrano Jankę Staszko i Ankę Karaszkiewicz”.

Chłopcy i dziewczęta, którzy nie skandowali i nie śpiewali z wystarczającym zapałem, wyprowadzeni z sali kina „Palace”, tym razem wrócili jeszcze do rodzin. A potem znów gdzieś się zapodziali – każdy z osobna zaplątany w koleje własnego życia. Przez Lwów i pozostałe kresowe miasta przeszła fala aresztowań, wywożono całe rodziny, zmieniano strukturę narodowościową „Zachodniej Ukrainy” i „Zachodniej Białorusi”. Na zmianę nastawały tu rządy III Rzeszy i Związku Sowieckiego.
Gdzieś wśród Niemców, Rosjan i Ukraińców znikły, rozpłynęły się Anka Karaszkiewicz i Janka Staszko. I tysiące, setki tysięcy innych dziewcząt i chłopców, mężczyzn i kobiet, nieznanych z nazwiska, anonimowych, zapomnianych.
Jakby nie istnieli. Jakby nigdy nie nosiła ich rodzinna ziemia.

CZYTAJ WIĘCEJ: „Wyborczy” wodewil (1)

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej