Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Przemysław Dakowicz,
10.01.2016 09:24

„Wyborczy” wodewil (1)

Wybory wyznaczono na 22 października 1939 r.

Wybory wyznaczono na 22 października 1939 r. Zapowiadano je jako święto demokracji i akt polityczny, za sprawą którego wszyscy pozbawieni praw przez „pańską Polskę” nareszcie będą mogli uzyskać wpływ na bieg spraw politycznych i społecznych.

W protokole posiedzenia Komitetu Centralnego Wszechrosyjskiej Komunistycznej Partii (bolszewików), które odbyło się 1 października, określono zasady elekcji: „Wybory do Zgromadzeń Ludowych przeprowadzić na podstawie powszechnego, bezpośredniego i równego prawa wyborczego w tajnym głosowaniu”. Prawo do głosowania posiadają „wszyscy obywatele obojga płci, którzy ukończyli 18 lat, niezależnie od rasy i narodowości, wyznania, cenzusu wykształcenia, pochodzenia społecznego, sytuacji materialnej i wcześniejszej działalności”. Przywilej zgłaszania kandydatur przysługiwał – teoretycznie – wszelkim organizacjom obywatelskim: „komitetom chłopskim”, „zarządom tymczasowym”, „zebraniom robotników w fabrykach”, „zebraniom Gwardii Robotniczej”, „zebraniom inteligencji”.

Każde z wymienionych ciał miało wybrać przedstawiciela, który referowałby stanowisko grupy podczas posiedzenia okręgu. Przyjęto regułę, że jeden deputowany Zgromadzenia Ludowego ma reprezentować okręg zamieszkany przez pięć tysięcy osób.

Szynka, gruźlica i tyfus

Nie istniało prawo międzynarodowe, które by sankcjonowało rezultaty plebiscytu organizowanego na ziemiach okupowanych – nawet władze polskie na uchodźstwie stały więc na stanowisku, że Polacy z sowieckiej strefy, jeśli nie chcą narazić się na represje, powinni wziąć udział w głosowaniu. Opinia zachodnia i tak uzna elekcję za nieważną.

Zresztą, czy to do pomyślenia, by świat miał się zmienić za sprawą tych komicznych, wodewilowych postaci – żołnierzy obwieszonych pętami kiełbasy, z dumą demonstrujących zapięte na przegubach rąk kompasy i budziki, skręcających grube cygara z machorki i strzępów gazet. Za sprawą żon komandirów, które paradowały po ulicach w koszulach nocnych i męskich kaloszach? Czy można traktować poważnie kogoś, z kim prowadzi się dialogi bliźniaczo podobne do rozmowy utrwalonej przez mieszkańca Sokala, Janusza Pieczkowskiego:

− A tyfus u was jest?
− Tyfus? […] O, kanieszna, jest!
− A gruźlica jest?
− Toże jest, u nas wsiego mnogo!
− No charaszo, a szynka toże jest?
− U nas bolszoje fabryki i wsiego mnogo!


Przygotowaniom do wyborów przyglądano się więc z mieszaniną ironii, strachu i niedowierzania. 

W zgodnej ocenie świadków i historyków okres przedwyborczy i same wybory były czasem gromadzenia podstawowych informacji o lokalnych społecznościach; na podstawie zachowań i reakcji ludzkich oddzielano „prawomyślnych” od „nieprawomyślnych”. „Była to wyjątkowa okazja do uzyskania szczegółowych danych o tym, kto ewentualnie nadaje się na sowieckiego obywatela, a kogo należy aresztować lub umieścić na wykazach do deportacji” – oceniał Pieczkowski.

W mocy głosów

Na ulice i place miast i miasteczek wylegli propagandyści i agitatorzy. Wszędzie było ich pełno – sporządzali spisy ludności uprawnionej do głosowania, w domach i zakładach pracy wygłaszali pogadanki przedstawiające Związek Sowiecki, do którego wschodnie województwa Rzeczypospolitej Polskiej miały zostać włączone, jako kraj mlekiem i miodem płynący. We Lwowie mieszkańcy spędzani byli na wiece i pochody, podczas których wysłuchiwać musieli elaboratów sławiących ustrój komunistyczny, przedstawiających życiorys „wodza rewolucji” i konstytucję „ojczyzny światowego proletariatu”. Wygłaszano je w języku rosyjskim, przez co pozostały niezrozumiałe dla dużej części słuchaczy. 

Absurd nakładał się tu na planową, realizowaną z żelazną i bezrozumną konsekwencją, akcję upokarzania przeciwnika. Bo czy pozostawanie w sytuacji symbolicznej przemocy, której nie można przeciwdziałać, której, dla własnego bezpieczeństwa, należy się poddać – nie staje się źródłem poniżenia? Wraca się z wiecu w milczeniu, ze spuszczoną głową, nie mogąc się pogodzić z faktem, że to, co się dzieje, dzieje się naprawdę. Trzeba przywyknąć do dwudzielności świata, do nieprzystawalności jego elementów – zewnętrzna rzeczywistość spektaklu, kłamstwa i blagi wciąż na nowo kwestionuje i unieważnia rzeczywistość wewnętrzną. Trwa żmudne, wyczerpujące zestawianie i porównywanie dawnego z obecnym. Głos w środku protestuje. Trzeba go trzymać na uwięzi, trzeba mu nakazać milczenie. Zresztą, zagłuszają go inne głosy, zwielokrotnione, wzmocnione przez głośniki i megafony: „Cały czas mówiono w radio o konieczności głosowania, a milicja zachęcała wszystkich (często pogróżkami), by brali udział w zebraniach przedwyborczych i głosowaniu. W większych domach pilnowano, aby wszyscy mieszkańcy chodzili na te wiece. W przemówieniach […] występowano zwykle w sposób niesłychanie demagogiczny przeciwko stosunkom panującym w Polsce, grożąc […] oponentom” (Stanisław Skrzypek, „We Lwowie pod okupacją sowiecką”). Na określenie stosunków przedwojennych używano sformatowania „burżuaznaja gnil”. Zapowiadano radykalną zmianę porządku, usunięcie przeciwników „z lica ziemli”.

Mityng w kinie „Apollo”

By dać jakiekolwiek wyobrażenie o skali propagandowego wysiłku Sowietów, trzeba przywołać egzemplaryczne dane liczbowe. W książce Adama Sudoła „Początki sowietyzacji Kresów Wschodnich” znaleźć można informację zaczerpniętą z zasobów Centralnego Państwowego Archiwum Ukrainy, dotyczącą aktywności lwowskich agitatorów w dniu 9 października. Dwadzieścia dziewięć osób wyznaczonych do owej pracy przez władze okupacyjne zorganizowało tego dnia – był to poniedziałek – pięć mityngów przedwyborczych. Wielkość grup uczestniczących w spotkaniach wahała się od kilkunastu do kilkuset osób. W Fabryce Wyrobów Toaletowych wystąpienia agitatora wysłuchało piętnaście osób, w Fabryce Wyrobów Papierniczych – trzydzieści, w Fabryce Wag – trzydzieści pięć, w Zajezdni Tramwajowej – sto pięćdziesiąt, a na Uniwersytecie – sześćset osób. Pracowników czternastu innych placówek i zakładów zapoznano z procedurami wyborczymi, podkreślając, że głosowanie jest obowiązkowe i nikt nie może się od niego uchylić.

Zgodnie z poleceniem zwierzchników, pracownicy propagandy organizowali również spotkania instruktażowe dla starszej młodzieży szkolnej. Dwa z tego rodzaju mityngów opisuje w swoim dzienniku Jadwiga Dabulewicz, uczennica Gimnazjum im. Królowej Jadwigi we Lwowie. Nie miały one, co prawda, charakteru ściśle wyborczego, sądzę jednak, że warto przyjrzeć się bliżej ich przebiegowi, dobrze oddającemu atmosferę tamtego czasu oraz dynamikę zmian zachodzących na ziemiach zajętych przez Armię Czerwoną.

Pierwsze ze spotkań odbyło się w sali kina „Apollo”, przy ulicy Chorążczyzna 7. Niegdyś w budynku tym swoje słynne, cieszące się ogromną popularnością wykłady wygłaszał prof. Kazimierz Twardowski, wybitny filozof, uczeń Franza Brentano i wychowawca całego pokolenia polskich uczonych, między innymi Władysława Tatarkiewicza, Kazimierza Ajdukiewicza, Tadeusza Kotarbińskiego, Izydory Dąmbskiej i Władysława Witwickiego. Wówczas sala wypełniona była żądnymi wiedzy słuchaczami – jesienią 1939 r. uczniów lwowskich szkół spędzano tu wbrew ich własnej woli i wbrew woli pedagogów.

Ciąg dalszy za tydzień.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej