Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Przemysław Dakowicz,
02.01.2016 09:16

​Z popiołów niepamięci

W sierpniu 79 roku po narodzinach Chrystusa doszło do najsłynniejszej erupcji Wezuwiusza. W jej wyniku całkowitemu zniszczeniu uległy trzy miasta rzymskie – Pompeii, Herculaneum i Stabiae.

W sierpniu 79 roku po narodzinach Chrystusa doszło do najsłynniejszej erupcji Wezuwiusza. W jej wyniku całkowitemu zniszczeniu uległy trzy miasta rzymskie – Pompeii, Herculaneum i Stabiae. Najbardziej znane z trzech miast, zwane dziś Pompejami, zostało przysypane kilkumetrową warstwą pyłu wulkanicznego i okruchów skalnych – zmieniło się w cmentarzysko.
 
Relację z pompejańskiej apokalipsy pozostawił w swoich pis-mach Pliniusz Młodszy: „Wznosiła się chmura, [...] podobieństwo jej i postać żadne drzewo bardziej jak sosna nie wyobrażało. Gdyż wznosząc się jakoby na bardzo wysokim pniu, na kilka się rozdzielała gałęzi. [...] Już popiół na okręty padał, coraz gorętszy i gęstszy [...]: już nawet purchate i czarne, przepalone i w ogniu spękane kamienie [...]. Z góry Wezuwiusza tymczasem na kilku miejscach szerokie płomienie i wielkie wybuchały pożary, których połysk i światło ciemność nocy jeszcze powiększała. [...] Już pierwsza godzina dzienna nadeszła, a jeszcze światło pomroczne i niejako ponure: gdy się już otaczające nas budynki wstrzęsły mocno i z pewnością należało się lękać ich upadku [...]. Prócz tego zdawało się, że morze samo siebie pochłonąć chce, i że go trzęsienie ziemi niejako od lądu odpycha. Przynajmniej brzegi się rozszerzyły i wiele zwierząt morskich na suchym pozostało piasku. Z drugiej strony czarna i straszliwa chmura nieustannie w wite zakręty błyskawicami przerzynana, szerokie wybuchała płomienie: były one i podobne piorunom i większe od nich. [...] nastała ciemność i powtórnie popiół w wielkiej ilości i gęsty: po kilka razy powstając otrzepywać się z niego musieliśmy; inaczej bylibyśmy nim okryci, a nawet ciężarem jego przyciśnieni zostali” (tamże, s. 143–149).
 
Polska jak Pompeje
Dopiero po siedemnastu wiekach rozpoczęto prace wykopaliskowe na tym terenie. Pompeje stopniowo ukazywały się spod ziemi. W XIX stuleciu teren prac archeologicznych stał się jednym z najważniejszych punktów na turystycznej mapie Italii. Odwiedzali Pompeje także Polacy. Wielu z nich dostrzegało paralelę między losami Rzymian pogrzebanych żywcem pod zwałami popiołów a tragedią utraty niepodległości przez państwo polskie. W „Pamiętnikach czasów moich”, wydanych w 1848 r. w Paryżu, Julian Ursyn Niemcewicz wspominał: „Te miasta przed osiemnastu wiekami, lawą i popiołami zakryte, dziś znów na widoku stojące, jak gdyby Opatrzność umyślnie je zachowała, by nam dać poznać, jakie były u dawnych zwyczaje, ich sztuki piękne, narzędzia, słowem życie domowe. Wszystkie te bowiem przedmioty, nawet kości i zgliszcza naówczas żyjących widzieć tam można. Wyrazić nie mogę w jak głębokich zadumaniach pogrążył mnie widok tych domów, ulic, świątyń, zawierających mnóstwa tak jak my dziś żyjących. Iluzja tak była wielka, iż zdawało mi się, że i ja tam żyłem [...]”. I pytał dramatycznie: „Czemuż, o nieba, nie żyłem w Pompei, nie byłem w niej zagrzebanym, nie patrzałbym na dzisiejszą zgubę ojczyzny mojej”.
 
Pompejańskie wykopaliska odwiedził również Cyprian Kamil Norwid. Literackim rezultatem wizyty w wyłaniającym się spod ziemi starożytnym mieście był mało znany poemat „Pompeja”. Bohater Pompei odwiedza grobowiec kapłanki Mammii. W jego wnętrzu rozmawia z duchami starożytnych. Do jednego z nich zwraca się tymi słowy: „Cieniu, / Dosyć będzie, gdy-ć powiem, że jestem z narodu, / Któremu żywot cieniów... w pół-śnie... w bez-imieniu / Nieobcym jest – że przeto nawykłem od młodu / Sposobu-bycia, który nie zacięży tobie... / To zaś wiedząc, cóż mówić zresztą o osobie?!”.
 
Cienie, prochy, fragmenty
„Pompeja” Norwida przyszła mi na myśl, kiedy czytałem nową książkę Wacława Holewińskiego, powieść „Honor mi nie pozwala”. Bo czyż nie jest Holewiński pisarzem, który brodzi w prochach, mierząc się z milczeniem dziejów, z przeszłością, która aż do dziś nie została przedstawiona i opowiedziana? Czy nie rozmawia z cieniami, nie udziela im głosu – chcąc, by prawda ich życia dotarła do nas z całą wyrazistością?
 
Swoją pracę, polegającą na wytrwałym przypominaniu o Niezłomnych-Wyklętych, prowadzi autor „Lamentu nad Babilonem” od lat. Zaowocowała ona kolejną istotną, przejmującą powieścią. Jej bohaterem jest major Stanisław Ostwind-Zuzga, oficer Narodowych Sił Zbrojnych, Polak o żydowskich korzeniach, który za swoją antysowiecką i antykomunistyczną działalność zapłacił najwyższą cenę już w lutym roku 1945.
 
Książka Holewińskiego poświęcona jest ostatnim dniom życia Ostwinda, od aresztowania do wykonania wyroku – daty graniczne to 3 stycznia i 4 lutego 1945 r. Między tymi datami rozgrywa się dramat uwięzienia, śledztwa i skazania. O dramacie tym wiemy bardzo niewiele; Wacław Holewiński opiera fabułę powieści na dwóch podstawach – na współczesnej wiedzy dotyczącej przebiegu „czynności śledczych” w lokalnych Urzędach Bezpieczeństwa Publicznego (Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zostało powołane przez komunistów 1 stycznia 1945 r., a więc dwa dni przed aresztowaniem Ostwinda) oraz procedur wydawania i wykonywania wyroków na osobach uznanych za wrogów nowego „porządku” politycznego i prawnego, a także na materialnych śladach i dokumentach odnoszących się do życia i publicznej służby głównego bohatera. Owych śladów nie było zapewne zbyt wiele – informacje o udziale młodego Szmula Ostwinda w walkach toczonych przez Legiony Polskie, o internowaniu w Szczypiornie, o ukończeniu szkoły podoficerskiej i o aktywności frontowej w trakcie wojny polsko-bolszewickiej, wreszcie o kilkunastoletniej wzorowej pracy w Policji Państwowej. Z tego okresu jeszcze odznaczenia, m.in. Krzyż Legionowy i Krzyż Niepodległości. W trakcie II wojny światowej konspiracja, NOW i NSZ, aż do objęcia, w maju 1944 r., stanowiska komendanta powiatowego NSZ w Wągrowie.
Na szkielecie złożonym z tak niewielu elementów rozpina autor „Szwów” swoją narrację. Sam pisze w „Posłowiu”: „Mój czytelnik może i powinien zadać zasadne pytanie: gdzie w pańskiej książce prawda, gdzie mit, gdzie pańska wyobraźnia? Jak w moich wcześniejszych książkach, muszę więc odpowiedzieć i kategorycznie, i jednoznacznie: to tylko powieść. Życie Stanisława Ostwinda było inne”. I przyznaje: „Tkałem tę książkę ze strzępów, z losów innych ludzi, którzy znaleźli się w podobnych okolicznościach, z większego i mniejszego prawdopodobieństwa, z archiwalnych dokumentów, z historii Warszawy, Legionów, z żydowskiego obyczaju”.
 
Panorama historii
Decyduje się przy tym na krok wielce ryzykowny – oddaje głos samemu majorowi Ostwindowi, każe przemawiać zmarłemu. Ramą dla tej pierwszoosobowej narracji jest coś, co można by nazwać sytuacją epistolarną – bohater pisze do ukochanej żony listy „w myślach”, układa je na bieżąco, dzień po dniu, rejestrując fakty, wydarzenia, opinie i przemyślenia, uzupełnione retrospekcją i, skrojoną na jego miarę, refleksją moralną i historiozoficzną: „Będę pisał. Każdego dnia. To nic, że nie mam papieru ani pióra, ani ołówka. Będę pisał w głowie. A potem odtworzę Ci te listy. Policjant musi mieć dobrą pamięć, cóż byłby bez niej wart. A ja przecież byłem nie tylko policjantem, także szachistą. Więc odtworzę Ci każdą minutę, dzień, miesiąc, a może rok. Każde słowo, każdy przecinek i wykrzyknik. Jeśli dobry Bóg pozwoli”.
 
Dlaczego wybór gatunkowego wzoru powieści epistolarnej wydaje mi się decyzją dyskusyjną? Ponieważ wyklucza inną perspektywę niż perspektywa subiektywna, przepuszczając wydarzenia i okoliczności przez filtr jednostkowego odczuwania, a poza nawiasem pozostawiając wszystko to, co indywidualnej percepcji się wymyka, czego ona nie rejestruje lub czego nie potrafi zinterpretować (całe mnóstwo szczegółów, które chciałoby się poznać, znajduje się poza światem przedstawionym powieści). Rama epistolarna narzuca także schemat stylistyczny, który – jeśli autor posługuje się nim bezwyjątkowo – może prowadzić do znużenia czytelnika.
 
Na szczęście, Wacław Holewiński na ogół udatnie rozbija schematyczny tok narracji listownej. Dzieje się tak za sprawą licznych narratorskich skojarzeń i dygresji, wpływających na porządek opowiadania, pozwalających teraźniejszości świata przedstawionego przeglądać się w tym, co minione. Początek drugiej sowieckiej okupacji zostaje skonfrontowany z wydarzeniami przeszłości – z epoką legionową, z czasem wojny polsko-bolszewickiej, z okresem służby policyjnej, z kampanią wrześniową. Wszystko to bywa „montowane” metodą „szybkich cięć”, dzięki temu obraz jawi się jako dynamiczny, a teraźniejszość i przeszłość nieustannie dialogują ze sobą. Za sprawą owych odstępstw od linearnego opowiadania otrzymuje czytelnik coś na kształt skróconej panoramy polskiej historii XX w. – łatwiej mu interpretować fakty, oceniać postawy i wybory ludzkie.
 
Niekiedy konsekwentne trwanie przy formie epistolarnej skutkuje zawieszeniem zasad prawdopodobieństwa – np. w liście z 2 lutego 1945 r. Ostwind cytuje bardzo obszerne fragmenty protokołu z „rozprawy”. Doskonale rozumiem, dlaczego i po co autor wprowadza autentyczne dokumenty w obręb narracji – mam jednak wrażenie, że na korzyść książki zadziałałoby zróżnicowanie trybu opowiadania, że w tym miejscu (i w kilku innych) lepiej sprawdziłaby się klasyczna narracja trzecioosobowa.
 
Zwycięstwo Niezłomnych?
„Honor mi nie pozwala” jest książką złożoną z wielkich pytań – pytań o Polskę, o jej korzenie, o wartości, do których się odwołujemy. Bodaj najważniejszym z nich jest pytanie o słuszność teorii deterministycznych, opisujących jednostkę jako bezwolne narzędzie w rękach wyższych sił, jako byt niesamodzielny, który nie ma mocy sprzeciwić się wyrokom Ducha Dziejów. 
 
O kształcie życia ludzkiego decyduje los czy indywidualny wybór? – pyta Holewiński. I odpowiada jednoznacznie – to, jak żyjemy i po co żyjemy, zależy wyłącznie od nas.
 
Polska współczesna jawi się tu jako kraj głębokiej wewnętrznej sprzeczności. U jej źródeł legła założycielska zbrodnia komunistów – nierozliczona, zepchnięta do zbiorowej podświadomości, odzywająca się w konfliktach tylko pozornie niezwiązanych z przeszłością. „Zatrują im mózgi i oduczą myślenia” – prorokuje Ostwind po wysłuchaniu kolejnej z bezrozumnych peror śledczego. Ale zaraz dodaje: „A może właśnie dzięki tym chłopcom, którzy zostaną w lesie, to się nie uda? Może to właśnie dzięki nim, jak kiedyś ci z powstania styczniowego, przeniesiemy polskość?”. W pytaniu tym brzmi wiara Wacława Holewińskiego, że Niezłomni-Wyklęci mogą stać się fundamentem odrodzonej polskiej tożsamości, wiara, z której wyrosła powieść o majorze Stanisławie Ostwindzie.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej