Bezradność śmiertelnej ręki (1)
Pisanie o historii to czynność beznadziejna.
Niczego nie da się dotknąć.
Życie przecieka między palcami śmiertelnej ręki trzymającej pióro.
Narracja ma własne prawa. Trzeba czuwać nad jej porządkiem i kompozycją – w przeciwnym wypadku zatraci swoje znaczenia, przemieni się w niezborną gadaninę, powróci do pierwotnego chaosu życia, do jego anonimowości i znikomości. Bo tego, co pozbawione jest konstrukcji, umysł nie ogarnia. Pamięć prześlizguje się po bezładzie i nie natrafiwszy na punkty orientacyjne, dąży dalej.
Kiedy przystępowałem do pisania „Afazji polskiej”, wydawało mi się, że wystarczy kilkadziesiąt krótkich esejów, by ukazać zagładę dawnego świata, by, choćby szkicowo, zrekonstruować odchodzenie ludzi i przedmiotów. Wiem – bez takiego naiwnego przekonania żadne pisanie nie byłoby możliwe. Podczas kilkunastomiesięcznej pracy historia naszej części Europy objawiła mi się jednak jako doskonała plątanina wątków, obrazów i opowieści. Każdy głos, każda twarz, każde istnienie domaga się tu utrwalenia. Każdy szept, jęk i krzyk mówią: zapisz, przechowaj. A ja nie mogę ocalić wszystkiego, wszystkiego przechować.
Kładę w tym miejscu kilka scen, które nie zmieściły się w opowieści. Zamierzałem je do czegoś dokleić, ale nie dokleiłem – bo inne sceny lepiej przystawały do całości, bo narracja ponaglała, domagała się dalszego ciągu, nie chciała stać w miejscu. Niech zaświadczają o ogromnej, niepojętej mnogości fenomenów czekających na innych opowiadaczy, domagających się ujawnienia, a pominiętych milczeniem.
Polska „Międzynarodówka”
Lwów, październik 1939 r. W kinie „Apollo” odbywa się uroczysta akademia wdzięczności dla Armii Czerwonej, która właśnie „uwolniła Zachodnią Ukrainę i Zachodnią Białoruś spod jarzma pańskiej Polski”. Nastrój ludowego wiecu – źle skomponowane, pompatyczne oracje, poezja propagandowa, gremialne śpiewy. Na sali sowieccy żołnierze i miejscowa ludność. Kiedy uroczystość dobiega końca, zgromadzeni wstają z krzeseł, by wspólnie wykonać „Międzynarodówkę” – ma to być demonstracja jedności i zgody między „oswobodzicielami” a „oswobodzonymi”. Polska młodzież podejmuje pieśń. Sowieci śpiewają o ostatnim boju i krwawym trudzie, o bratnim związku, co ogarnie ludzki ród; Polacy podstawiają pod melodię własne słowa (tekst podaję za relacją Adama Jaza „We Lwowie za Sowietów”):
W kajdanach dzisiaj nasze ręce,
dziś bat nad nami wznosi wróg,
lecz wkrótce kres już naszej męce,
przed nami przyszłość, z nami Bóg
Niech w górę biały orzeł wzlata,
przed jego ciosem niech wróg drży,
położym kres tyranii kata,
bo Wielkiej Polski moc to my.
Wolna Polska powstanie,
mocy spełni się cud
zginiesz, krwawy tyranie,
zwycięży polski lud.
Dla Polski damy nasze życie,
oddamy mienie swe i krew,
to Polska woła, czy słyszycie?
Niech wszystkie serca słyszą zew!
Wytrwajcie w wierze i nadziei,
zanieście je do bratnich mas,
a na śmierć idźcie po kolei,
gdy przyjdzie zmartwychwstania czas.
Długi sen
Przed 1 września 1939 r. o słowie tym nie słyszano. Pompolit. „Pomocnik” do spraw politycznych. Przedstawiciel władzy sowieckiej przydzielony każdej ze szkół. Bo w systemie komunistycznym żadna ze struktur społecznych i żadna z instytucji nie może pozostać poza mechanizmem ideologicznej kontroli i nadzoru. Pompolit to jeden z istotnych trybików wielkiej machiny miażdżącej dotychczasowy porządek. W porządku tym szkoła zajmowała miejsce centralne, ponieważ wyposażała młodego człowieka w umiejętność rozpoznawania i interpretowania rzeczywistości. Pompolit ma być informowany. Pompolit o wszystkim decyduje.
W Grodnie zajętym przez bolszewików wolne od obecności pompolitów są przez jakiś czas jedynie szkoły zarządzane przez Grażynę Lipińską – Gimnazjum Krawieckie, Szkoła Przemysłowa, Szkoła Gospodarstwa Domowego i Szkoła Ogrodnicza. Nie znaczy to, że nowa władza zupełnie nie naprzykrza się uczniom i nauczycielom. Wciąż ktoś przeszukuje uczniowską bursę. Świetlica internatu staje się widownią specyficznego propagandowego widowiska – sowiecki oficer zdziera ze ściany portrety Rydza-Śmigłego, Mościckiego i Piłsudskiego, depce szkło i mierzy bagnetem w fotografie. Ostrze tnie papier, jakby ten symboliczny gest był w stanie przypieczętować ostateczną katastrofę Rzeczypospolitej. Biały orzeł na czerwonym tle zdobiący ścianę zostaje podziurawiony karabinowymi pociskami.
W szkolnych salach trwają jednak w najlepsze zajęcia zakazane przez władzę. „Wykorzystujemy […] każdy dzień cudem nam darowany – relacjonuje Lipińska. – Układamy na gorąco program nauczania: po kilka godzin dziennie język polski, następnie historia i geografia Polski, religia, nauka śpiewu (same pieśni religijne i patriotyczne). […] Troimy się, żeby na pożegnanie polskiej szkoły dać dzieciom jak najwięcej wiadomości o Bogu, o Polsce, wpoić w nie wiarę w przyszłość i hart przetrwania złego. […] We wszystkich klasach wiszą jeszcze nasze godła państwowe i krzyże. Rodzice naszych uczennic wchodzą do szkoły jak do sanktuarium, płaczą, słuchając pieśni”. Spokój zostaje jednak zakłócony przez donos jednej z dziewcząt, z pochodzenia Rosjanki.
W szkole zostaje przeprowadzona akcja uroczystego zdejmowania ze ścian insygniów polskiej państwowości. Godła i portrety zostają przeniesione do mieszkania dyrektorki i przykryte sztandarem, jak mówią uczennice – „na krótki sen”.
Czy dobrze ci było w Polsce?
W owym śnie znajdzie się miejsce na aresztowanie przedstawicieli polskich elit, między innymi części spośród dyrektorów i kierowników placówek edukacyjnych, na wizyty coraz to nowych agitatorów, referentów i instruktorów, na pogadanki sondażowe i kontrolne rozmowy („czy dobrze ci było w Polsce? ”), wreszcie na zorganizowane 7 listopada rocznicowe obchody ku czci Wielkiej Rewolucji, o których tak napisze, jeszcze przez chwilę pozostająca na wolności, Grażyna Lipińska: „W dużej fabryce tytoniu i we wszystkich innych warsztatach i instytucjach pełno propagandzistów. Każdy pracujący, każde dziecko szkolne musi bezwzględnie uczestniczyć w uroczystym pochodzie. Pochód będzie formował się w śródmieściu, a kończył daleko poza miastem, gdzie wzniesiono trybuny dla dostojników miejscowych i przyjezdnych. Defilując przed trybunami, naszym obowiązkiem jest odpowiadać na każdy okrzyk dostojników: »Hurraa... hurraa!«. Wskazanym w czasie okrzyku jest wznoszenie pięści do góry.
Obecność sprawdzać będą organizatorzy przybyli ze Wschodu i sołdaci. […] Instytucjom i szkołom dostarczono zawczasu transparenty z hasłami i olbrzymie bohomazy – portrety Stalina, Mołotowa, Marksa i innych wożdży [...]”.
Ciąg dalszy za tydzień.