Piaśnica: młyny historii
W raportach dotyczących spopielenia zwłok w piaśnickim lesie powtarza się informacja o „plandekach” zawieszonych między pniami drzew, powyżej palenisk.
Od samego początku ludobójstwo dokonane w Piaśnicy było pomyślane w ten sposób, by prawda o nim nie przedostała się do powszechnej wiadomości. Wszystko, co tu się rozegrało, miało pozostać poza świadomością i pamięcią Polaków. Kiedy jesienią 1939 r. oddziały Selbstschutzu wykonały swoje zadanie, zostały rozwiązane (większość zbrodniarzy rekrutujących się spośród miejscowej ludności pochodzenia niemieckiego nigdy nie została osądzona – kara spotkała jedynie niektórych spośród organizatorów i nadzorców egzekucji). Berlińskie archiwa tej paramilitarnej jednostki spłonęły w „niewyjaśnionych okolicznościach”.
„Miał kostny”
W części materiałów i dokumentów, dotyczących powojennych ekshumacji w Piaśnicy, powtarza się określenie „miał kostny”. Zapoznając się ze źródłami, zwracałem na nie uwagę, sądziłem jednak, że jest ono używane jako synonim słowa „popiół”. Tymczasem w oficjalnym komunikacie Instytutu Pamięci Narodowej, zawierającym informacje na temat śledztw prowadzonych przez Oddziałową Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Gdańsku, natrafiłem na następujący ustęp: „Wyżej wspomniane śledztwo OKBZH w Gdańsku zostało podjęte z zawieszenia. W jego ramach kontynuowane są czynności celem ostatecznego ustalenia liczby i identyfikacji ofiar oraz wykrycia wszystkich sprawców. Jest to bardzo trudne zadanie, co wynika z faktu, iż Niemcy dokonywali egzekucji w terenie ustronnym, do którego wstęp był wzbroniony pod groźbą śmierci, a później dokładnie zacierali wszelkie ślady zbrodni. Między innymi w 1944 r., używając więźniów Stutthofu rozkopali mogiły i wydobyli zwłoki, które spalili, a pozostałe kości zmielili”.
Zdanie „pozostałe kości” odnosi się, jak wolno przypuszczać, do tych fragmentów ludzkich szkieletów, które nie uległy spopieleniu. Czyżby więc zadanie usunięcia śladów ludobójstwa, podjęte w sierpniu 1944 r., zostało wykonane z tak wielką pieczołowitością, że nawet najdrobniejsze resztki zwłok, nawet ułomki kości i kosteczek zmiażdżono? Czy takie właśnie było zamierzenie Niemców – pozbawić ludzi życia, odebrać im tożsamość, na koniec zaś obrócić ich ciała w proch, to znaczy: pozbawić je nawet pozoru materialności? Jeśli tak, należałoby hitlerowskich zbrodniarzy uznać za nihilistów doskonałych.
Czy istnieją przesłanki pozwalające sądzić, że w Piaśnicy rzeczywiście doszło do mielenia ludzkich szczątków? Czy można takie wnioski wysnuć z innych działań podejmowanych przez Niemców na ziemiach okupowanej Polski? I jeszcze – jak wygląda młynek do mielenia kości? Obsługują go ludzie czy jest to maszyna pracująca samodzielnie? Jakim paliwem się ją napędza? Jak przebiega proces zamiany szkieletów na „miał kostny”? Umysł cofa się przed tymi pytaniami, kapituluje wyobraźnia.
Jedno wiadomo bez żadnych wątpliwości – więźniów przywiezionych do lasu piaśnickiego z obozu koncentracyjnego Stutthof, także uśmiercono, a ich ciała wydano na pastwę ognia. W ten sposób domknęło się koło nicości – wymieszały się popioły, proch dołączył do prochu.
Dopalanie pamięci
Nawet jeśli podejrzenie, że niemieckie władze okupacyjne zaplanowały, zorganizowały i przeprowadziły akcję mielenia ludzkich szczątków, okazałoby się błędne – nie uległaby unieważnieniu metafora, którą dałoby się wywieść z tej opowieści. Młyny historii pracowały w dwudziestym stuleciu ze szczególną zaciętością. Miliony pojedynczych istnień trafiły między młyńskie koła i zostały zmielone na proch. Ale machina śmierci miażdżyła nie tylko ludzi i narody – w jej tryby wpadła również zbiorowa pamięć. To, co powinno zostać przez nią przechowane i jako przestroga przekazane kolejnym pokoleniom, trafiało nieoczekiwanie do dołu wypełnionego stygnącym popiołem.
A popiół nie ma języka. Proch nie prowadzi konwersacji. Ich drugie imię to „milczenie” i nicość”.
Gdy widzialną treścią historii staje się „miał kostny”, w miejsce znaczeń konstytuujących organizmy ponadindywidualne wchodzi semantyczna pustka. Bo czy można się uchwycić popiołu? Czy da się budować na prochu? Niemcom działającym w zakątku Puszczy Darżlubskiej zwanym „lasem piaśnickim” od początku chodziło również o to – chcieli powstrzymać działanie pamięci, chcieli, by zbiorowość, której elity mordowali i palili, upodobniła się do sterty liści niesionych wiatrem, pozbawionych oparcia i korzeni.
Cel i sens ludobójstwa dokonanego w Piaśnicy oraz zacierania śladów tej zbrodni był doskonale zbieżny z celem i sensem planowej, rozpisanej na lata akcji pozbawiania Polaków ich tożsamości – jej zwieńczeniem miał się stać proces konsekwentnego dopalania Warszawy po upadku powstania. Ogień trawiący historyczną tkankę architektoniczną polskiej stolicy, którą Adolf Hitler kazał zrównać z ziemią, był tym samym ogniem, który kilka tygodni wcześniej płonął na piaśnickich paleniskach.
Brodząc w popiołach
Alojzy Gniech, jeden z uczestników ekshumacji przeprowadzonej w roku 1946, wspominał: „[...] szukałem zwłok swego ojca. […] Znaleźliśmy miejsce spalenia zwłok. Było to, mniej więcej, dwanaście na piętnaście metrów i na metr do metr pięćdziesiąt wysokości. Były to kości spalone i popiół. Ja tam wziąłem ten popiół do ręki i przycisnąłem do serca... mówię: »mój ojcze«”.
Nie wszystko jednak udało się Niemcom spopielić. Pozostały dwie zbiorowe mogiły, o których albo zapomniano, albo nie zdążono ich opróżnić (w całości zachowało się trzysta pięć ciał z kilkunastu tysięcy). Pozostały drobne przedmioty, strzępy odzieży, fragmenty dziecięcych zabawek przywiezionych tu nie tylko z pobliskich miast i miasteczek, ale także z głębi III Rzeszy i z zajętej przez wojska Hitlera Republiki Czeskiej, gdyż oprócz przedstawicieli pomorskiej inteligencji i najaktywniejszych działaczy mniejszości polskiej w Niemczech byli tu uśmiercani także niemieccy i czescy przeciwnicy hitlerowskiej władzy.
Większą wagę niż ślady materialne odnalezione na miejscu straceń mają wszakże nieliczne szczegóły i sceny zapamiętane przez tych uczestników lub świadków wydarzeń z jesieni i zimy pierwszego roku wojny, których okupant nie zdołał (lub – co znacznie rzadsze – nie zechciał) pozbawić życia. Bodaj najbardziej znaczące spośród owych wspomnień zostało spisane przez Barbarę Bojarską. Autorką relacji jest Elżbieta Ellwart, w roku 1939 mieszkanka kaszubskiej wsi Orle, oddalonej o kilka kilometrów od miejsca, w którym doszło do ludobójstwa.
„W drugiej połowie października lub w listopadzie 1939 r. (dokładnej daty nie pamiętam) wybrałam się z Orla do Leśniewa. Najkrótsza droga wiodła przez las piaśnicki. W Leśniewie mieszkali wówczas moi teściowie. Chciałam u nich pozostać dłuższy czas. Mój mąż został w końcu sierpnia 1939 r. zmobilizowany. Wyczekiwałam jego powrotu z dnia na dzień. Byłam wówczas w siódmym miesiącu ciąży i czułam się bardzo samotna. Szłam najpierw szeroką drogą leśną, która prowadzi z Orla do szosy wejherowsko-krokowskiej. Niedaleko skrzyżowania tej drogi z drogą wiodącą z Pryśniewa do szosy zboczyłam w lewo na wąską dróżkę leśną. Gdy znalazłam się na niewielkim wzniesieniu, przez które dróżka ta prowadzi, usłyszałam nagle głośne zawołanie: »Stehen bleiben!«. Przede mną stał żołnierz niemiecki. Miał on na sobie zwykły mundur Wehrmachtu i hełm na głowie. Spytał mnie, skąd się tu wzięłam i czy nie widziałam tablic ostrzegawczych na skraju lasu. Odpowiedziałam, że widziałam tablicę, ale nie przeczytałam napisu znajdującego się na niej. Tak było rzeczywiście. […] Żołnierz w pewnej chwili odszedł ode mnie, nakazując stać w miejscu do jego powrotu. Rozejrzałam się wówczas wokół siebie i zobaczyłam w niewielkiej odległości od miejsca, w którym stałam, zwłoki wiszącego na drzewie księdza Bolesława Witkowskiego, proboszcza z Mechowy. Ksiądz Witkowski wisiał na rękach związanych nad głową, umocowanych do wielkiego drzewa. Miał na sobie długą szatę kościelną. (Słyszałam już poprzednio, że Niemcy w chwili aresztowania kazali mu ubrać się tak, jak do mszy św.). […] Spostrzegłam też pod innym drzewem dwóch mężczyzn w białych koszulach, czarnych spodniach i butach z cholewami oraz czarnej furażerce na głowie. Obaj byli mocno zakrwawieni, a jeden z nich trzymał dziecko, może dwuletnie, za nóżki, rozdzierał je, a potem uderzał główką kilkakrotnie o drzewo. W tym momencie mężczyźni ci zauważyli mnie. Zauważyłam na ich czarnych furażerkach znaki »SS«. Spytali mnie oni, czy nie widziałam tablic ostrzegawczych przy drogach wchodzących do lasu i czy wiem, gdzie się teraz znajduję, czy zdaję sobie sprawę z tego, co się tu dzieje, czy wiem, kim oni są, jakie noszą mundury, co widzę wokół siebie. Na wszystkie pytania odpowiadałam, że nic nie widzę i nic nie wiem. […] Rozejrzałam się wokół siebie i zobaczyłam świeżo rozkopany, prostokątny dół, a w nim wielu zabitych. Rozpoznałam wśród nich mężczyzn i kobiety. Widziałam także zabitych leżących na ziemi obok dołu oraz kilkanaście osób czołgających się po ziemi. Byli to zapewne ciężko ranni […]”.
Wspomnienie Elżbiety Ellwart jest niczym niewielki fragment kosteczki tkwiący na dnie pamięci. Z takich resztek, skrawków i szczątków próbujemy dziś, na ogół z mało satysfakcjonującym skutkiem, wyczytać obraz przeszłości zmielonej na proch w młynach historii.