Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Przemysław Dakowicz,
08.11.2015 21:09

​Piaśnica: kostny pył milczących mogił

Co zostaje z życia skonfrontowanego z historią?

Co zostaje z życia skonfrontowanego z historią? Losy jednostek – szczęśliwe lub nieszczęśliwe wplecione w wydarzenia o charakterze ponadindywidualnym, reprezentatywne dla losu zbiorowości lub pozostające z nim w sprzeczności. Opowieści spisane lub przekazywane z ust do ust, odkładające się w wyobraźni następców – dzieci, wnuków i prawnuków, organizujące ich wrażliwość, sposób postrzegania i interpretowania świata.

Pamięć ludzka działa jak sito. Nie zatrzymuje i nie przechowuje wszystkiego. Przesiewa przeszłość i pozostawia z niej jedynie to, co osiądzie na dnie, co wystarczająco wyraźne jest i odrębne, by zasługiwało na uwagę spieszącej ku własnym celom i w siebie wpatrzonej teraźniejszości. Sito pamięci zagłębia się w znieruchomiałym nurcie ziemi i przesiewa bielice, rędziny i czarnoziemy, gleby brunatne i płowe. Wyławia ślady tego, co przylgnęło do nicości – strzępy płótna, żeliwne sprzączki, mosiężne guziki. I fragmenty szkieletów, spróchniałe paliczki, piszczele, strzaskane kości udowe i miednicowe, zgruchotane barki i żebra, czaszki z dziurami wlotowymi i wylotowymi. Te szczątki są przez żywych przymierzane do wspomnień, zestawiane z opowieściami, obudowywane – jak ciałem – narracją świadków, zeznaniami sprawców i ich pomocników. Z samego wnętrza śmierci, która milczy i milczy, daje się słyszeć głos dawno minionego życia.

Bywa jednak i tak, że we wnętrzu ziemi panuje doskonała cisza, że dół, który powinien być pełen ludzkich szczątków, zawiera tylko anonimowy proch – pył, co żadnym ludzkim językiem nie włada. A wtedy pamięć, nie mając się na czym oprzeć, pozostaje bezradna.

Większa część piaśnickich mogił zbiorowych, kiedy po wojnie je otwarto, milczała.

Posłany, by widzieć

W sierpniu 1944 r., gdy było już oczywiste, że III Rzesza przegra wojnę, niemieckie władze okupacyjne skierowały do lasów w okolicach Wielkiej Piaśnicy grupę więźniów z obozu koncentracyjnego Stutthof. Trzydziestu kilku mężczyzn w obozowych pasiakach, z kajdanami na nogach, pracujących pod stałym nadzorem esesmanów, miało usunąć wszelkie ślady dokonanych tu przed kilku laty masowych egzekucji. Ścięto odpowiednią liczbę drzew, przygotowano paleniska, rozkopano mogiły i spalono wydobyte z nich ludzkie szczątki. Ile ich było? Jeśli od szacunkowej liczby dwunastu–czternastu tysięcy ofiar ludobójstwa w lasach piaśnickich odejmiemy liczbę trzystu pięciu zwłok odnalezionych w październiku 1946 r., otrzymamy wynik przerażający. Czy to do pomyślenia, by na leśnych paleniskach obsługiwanych przez trzydziestu kilku więźniów dało się spopielić tak wielką liczbę ludzkich ciał?

O tym, co wydarzyło się pod koniec ostatniego lata wojny kilkanaście kilometrów od Wejherowa, najprościej jest mówić i myśleć właśnie w ten sposób – używając form bezosobowych („ścięto”, „rozkopano”, „spalono”) i posługując się trybem warunkowym. Nie widzi się wtedy i nie uczestniczy. Słowa pozostają słowami, cofając się przed czymś, co niegdyś było dotykalną, ziarnistą rzeczywistością. Znikają barwy, zapachy i kształty. Rozpływają się we mgle ludzkie postaci. Nie ma pasiaków i kajdan, nie ma karabinów i trupich czaszek na mundurach, nie ma żywych dłoni zaciśniętych na martwych przegubach ani ciemnego duszącego dymu, włażącego w oczy, wędrującego między drzewami, osiadającego na skórze i na ubraniach.

Pojmujecie? Przeszłość to złudzenie. Wielka pustka bez formy i treści. Śmieszne, wydrążone, nieobjęte nic.
Cóż może chronić przed taką pustką, przed nicością tak definitywną? Tylko konkret przechowany przez pojedynczą pamięć, szczegół, nad którym nie chce się zabliźnić schorowana wyobraźnia, bolesny wycinek realności – jak w zeznaniu Jana Angela złożonym tuż po wojnie: „Jesienią 1944 r., kiedy nad lasem piaśnickim unosiły się dymy, jadąc pewnego ranka drogą leśną rowerem do oddziału nr 107, zauważyłem pięć osób idących do oddziału 107. Było to dwóch żandarmów i trzech więźniów. Więźniowie ci byli ubrani w spodnie i bluzy szare z pasami koloru fioletowego. Czy mieli czapki na głowie, nie zauważyłem, bowiem zwróciłem uwagę na ich nogi, które były w kajdanach łańcuchowych. Łańcuchy były krótkie, tak że więźniowie stawiali małe kroki. […] My, robotnicy, zrozumieliśmy, że więźniowie ci spalają zwłoki pomordowanych w tutejszych lasach, które dobywa się z grobów”.

Jeśli 70 lat od tamtych wydarzeń imaginacja wzbrania się przed uznaniem ich za fragment rzeczywistości, powinna uchwycić się porannego wrześniowego słońca, duktu między drzewami, pordzewiałej kierownicy roweru, szarych uniformów w fioletowe pasy, brzęczenia łańcuchów, szumu liści. Jeśli nie widzimy, spójrzmy na tę scenę oczami człowieka, który w piaśnickim lesie nie znalazł się przez przypadek – wszak Angel to nomen dicendum, nazwisko oznaczające „wysłannika”, „pośrednika”, „posłańca”.

Cały tekst ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie"
 

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej