Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Stanisław Bukowski,
25.10.2015 17:44

Sieroty po konkursie

No i dobrnęliśmy do finału. Z jednej strony mamy za sobą kilkutygodniowy maraton pianistyczny. Z drugiej – doczekaliśmy się wreszcie wyników. Mamy zwycięzcę i zwyciężonych.

No i dobrnęliśmy do finału. Z jednej strony mamy za sobą kilkutygodniowy maraton pianistyczny. Z drugiej – doczekaliśmy się wreszcie wyników. Mamy zwycięzcę i zwyciężonych. I wreszcie odpoczynek od wielogodzinnych przesłuchań. Ale i świadomość, że trzeba czekać aż pięć lat na następny konkurs.

Obserwuję konkursy od 1955 r., a całkowicie świadomie od 1960 r. Pamiętam, gdzie siedziałem sześćdziesiąt lat temu, pamiętam młodziutkiego Adama Harasiewicza z bujną czupryną i widzianą pierwszy raz w życiu Japonkę w kimonie – Kiyoko Tanakę. Jako uczeń szkoły muzycznej śledziłem, jak gra mazurki Fu T’Sung (tak to się wówczas pisało nazwisko chińskiego pianisty) i Francuza Bernarda Ringeissena (czytanego „Rężęsą).

Pollini, Argerich, Olejniczak…

Później na moje osobiste wspomnienia nałożyły się zasłyszane sytuacje oraz wysłuchane nagrania głównych bohaterów. Wielu z nich miałem szczęście później poznać, a nawet z nimi współpracować. A rok 1960 i obecność w jury Artura Rubinsteina oraz Witolda Małcużyńskiego, ale brak (u mnie) świadomości, kim byli inni członkowie komisji, w tym „matki kompozytorów” Nadii Boulanger, Harry Neuhausa czy Mieczysława Horszowskiego. Pamiętam natomiast Michela Blocka i jego czuprynę. Ale pamiętam też, jak grał, a jeszcze bardziej, jaki jego interpretacje wzbudzały entuzjazm publiczności. No i Maurizio Pollini, znakomity pianista, który do dziś wzbudza moje ambiwalentne uczucia. Do tego, jak to bywa we Włoszech z wieloma przedstawicielami świetnych, bogatych rodzin – kawiorowy komunista. Następny konkurs i Martha Argerich, która przyjechała do Warszawy ze swoją matką. Matką, przy której córka wydawała się łagodna niczym kilkutygodniowy kotek. Pani Juanita, ponoć osobisty wróg Perona, rozstawiała całe otoczenie po kątach. Ale czy to ważne? Nikt nie miał najmniejszej wątpliwości, kto wygra konkurs. A przecież oprócz niej pamiętam znakomicie, jak pięknie grała Marta Sosińska. To piękna kobieta i wspaniały, życzliwy dla innych człowiek. Zrezygnowała z kariery pianistycznej na rzecz rodziny. I wydaje się – zapewne także z tego powodu – szczęśliwa i spełniona. Szczególnie że jako czynny pedagog ma stały kontakt z fortepianem i… Chopinem. Konkurs w 1970 r. to, jak pamiętamy, sukces Garricka Ohlssona, który grał „po amerykańsku”, całkowicie odmiennie od reprezentantów tzw. szkoły rosyjskiej. Polegała ona – przynajmniej w moich oczach – na wolnych tempach i teatralnych gestach. Tymczasem młodziutki Ohlsson grał dynamicznie, szybko, a co najważniejsze – z całkowitym zrozumieniem idiomu Chopinowskiego. Nic dziwnego, że został uznany za najlepszego interpretatora mazurków. No i sukces polskiej ekipy, czyli Piotra Palecznego i Janusza Olejniczaka. Różnie później bywało z poziomem konkursów. Zdarzały się i takie, gdy nie przyznawano pierwszej nagrody. Choć były to decyzje kontrowersyjne, jak w wypadku Aleksieja Sułtanowa, jednego z najbardziej utalentowanych pianistów swojego pokolenia.

Wirtuozi i… kaszel

W tym roku – jak chyba każdy już się zorientował – poziom uczestników jest niesamowicie wysoki. Wysoki, ale wcale niewyrównany. Toteż tylko dwóch grało w każdym kolejnym etapie równo i prawie doskonale. „Prawie” – bo doskonale to Glenn Gould grał Bacha! To przede wszystkim Seong-Jin Cho z Korei Południowej. Jego Sonata b-moll w drugim etapie i wspaniale, bez jednego błędu wykonane Preludia op. 28 w trzecim, nadają się bez najmniejszych poprawek na płytę. Drugi to jedyny wykonawca Koncertu f-moll – Kanadyjczyk Charles Richard-Hamelin. Jego Ballada As-dur, polonezy, mazurki, Barkarola Fis-dur, Sonata h-moll to przykłady dojrzałej, wzorcowej pianistyki. Ale jest też przecież zjawiskowa Kate Liu z USA, zapowiadający się na wybitnego wirtuoza kolejny reprezentant Kanady Yike (Tony) Yang. Piszę „zapowiadający się”, choć powinienem napisać „wybitny wirtuoz”. Ale on ma przecież niespełna 17 lat! Rany Boskie, co to będzie za kilka lat! Gdy czyta się biografie uczestników, to skóra cierpnie. „Grał jako niespełna dwuletnie dziecko”, „publicznie wystąpił w wieku trzech lat”, „jako sześciolatek grał z orkiestrą”… Czy miał prawdziwe dzieciństwo? Niektórzy (niekoniecznie zwycięzcy) młodzi pianiści sprawiają wrażenie wytrenowanych akurat na czas konkursu, niczym konie na Wielką Pardubicką. Co będzie później, staje się nieważne. Były już takie wypadki w stosunkowo nieodległej przeszłości. Przez grzeczność i – co tu ukrywać – oportunizm nie podam konkretnych przykładów. A mam na myśli jednego z jurorów.
Chciałbym, na tle wysokiego poziomu wykonawczego, wspomnieć o niskim poziomie wychowania niektórych słuchaczy. Dla mnie każda wizyta w Filharmonii Narodowej, a nawet w sali koncertowej, jest świętem. Dlatego ubieram się odświętnie, a nie przychodzę w podkoszulku czy krótkich gaciach. Tak jak to było na Festiwalu „Chopin i jego Europa”, gdy w pierwszym rzędzie, na balkonie zasiadł młody człowiek w spodenkach. Podobno zresztą zawodowy muzyk. Jeśli chciał okazać brak szacunku dla swoich starszych kolegów na estradzie, to udało mu się to bez wątpienia. Wnoszenie na salę butelek wody mineralnej i picie w czasie występów to już powszedniość. Tak jak wychodzenie w trakcie trwania utworów z waleniem foteli i drzwi włącznie. Co trzeci, czwarty słuchacz odbiera lub pisze esemesy. Nie mówię o dzwonkach niewyciszonych komórek, w czym przodują starsze osoby. Wnoszenie na salę wierzchniej odzieży. Kurtki i płaszcze przewieszone przez oparcia foteli i poręcze – zwyczaj przeniesiony z Zachodu, a ściśle mówiąc z Wielkiej Brytanii. Przepychanie się tyłem do osób siedzących. I chóralny kaszel w czasie każdej chwili ciszy. Tak jakbyśmy znajdowali się w sanatorium przeciwgruźliczym. Można by tu śmiało nagrać ścieżkę dźwiękową do filmu „Czarodziejska góra”…

Wielkie objawienie

Za chwilę ogłoszenie wyników konkursu chopinowskiego… Po raz pierwszy od wielu lat nie uczestniczę w oczekiwaniu na ostateczne rezultaty w Sali Lustrzanej Filharmonii Narodowej. Siedzę w domu przy komputerze i mam włączoną radiową Dwójkę.

A więc zwyciężył faworyt wielu osób, Koreańczyk ­Seong-Jin Cho – prawdziwe objawienie. Jedyny, który przez całe eliminacje nie popełnił błędu. Drugie miejsce i srebrny medal zdobył Kanadyjczyk Charles Richard-Hamelin – świetny pianista, do bólu przewidywalny (to nie zarzut). Trzecie miejsce i medal brązowy – zjawiskowa, spontaniczna, choć już z paroma nawykami, które warto wyplenić – Amerykanka pochodząca z Singapuru – Kate Liu. Czwarty był Eric Lu ze Stanów, piąty – młodziutki Yike (Tony) Jang z Kanady i szósty – Dmitry Szyszkin z Rosji. Wyróżnienia: Polak – Szymon Nehring (który śmiało mógłby się wymienić miejscami z Szyszkinem), Aljoša Jurinić z Chorwacji, Aimi Kobayashi z Japonii i Georgijs Osokins z Łotwy. O innych nagrodach – regulaminowych i pozaregulaminowych – następnym razem.

Zatem po koncertach laureatów pozostajemy w oczekiwaniu na kolejny konkurs chopinowski. My, sieroty po Chopinie…

NAJNOWSZE