Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Przemysław Dakowicz,
25.10.2015 16:44

Pl. Piłsudskiego – Łączka. 27 września 2015 r. (III)

Jaki kształt powinna mieć idealna mowa wygłoszona nad trumnami uczestników antykomunistycznego powstania, których zamordowano w stalinowskich więzieniach i katowniach?

Jaki kształt powinna mieć idealna mowa wygłoszona nad trumnami uczestników antykomunistycznego powstania, których zamordowano w stalinowskich więzieniach i katowniach?

Każde jej słowo musiałoby być zarazem dobitne, aby zapadło w pamięć żałobników, i lekkie – lekkością właściwą słowom skrzydlatym, opierającym się upływowi czasu, przechowywanym przez zbiorową pamięć. Musiałaby przypominać słynną mowę marszałka Józefa Piłsudskiego wygłoszoną nad trumną Juliusza Słowackiego 28 czerwca 1927 r.

Żywi znajomi

Piłsudski oparł swoją orację na dialektycznym związku pojęć życia i śmierci. „Gdy przed trumną stoję – rozpoczął – mówić muszę o śmierci, o wszechwładnej pani wszystkiego, co żyje. Wszystko, co żyje, umiera, a wszystko, co umiera, żyło przedtem. Prawa śmierci są bezwzględne. Są, jak gdyby chciały stwierdzić prawdę, że co z prochu powstało, w proch się obraca. Gdy kamień na taflę spokojnej wody rzucamy, powstają kręgi, idące wszerz i zamierające powoli. Tak żyją ludzie, gdy śmierci przepastne bramy przekroczą; kręgi powoli zamierają i nikną, pozostawiając po sobie pustotę, a nawet zapomnienie. […] Żyło ludzi mnóstwo i wszyscy pomarli. Pokolenia za pokoleniami, żyjące codziennym życiem, zwykłym lub niezwykłym, do wieczności przechodzą, pozostawiając po sobie jeno ogólne wspomnienia. Wspomnienia, gdzie imion nie ma i nie ma nazwisk. A jednak prawda życia ludzkiego daje nam i inne zjawiska. Są ludzie i są prace ludzkie tak silne i tak potężne, że śmierć przezwyciężają, że żyją i obcują między nami”.

Słowackiego, którego dzieło miało stać się jednym z fundamentów odrodzonej Rzeczypospolitej, nazwał marszałek „naszym żywym znajomym”. Dowodził, że wiele szczegółów z życia autora „Genezis z Ducha” jest powszechnie znanych, bo zostały „skądś wyciągnięte i rzucone przed oczy”. Romantyczny poeta „żyje wśród nas i prawda śmierci okrutna, prawda śmierci potężna nie istnieje dla niego. […] Słowacki żyje dlatego, że umrzeć nie może. Zda się, jak gdyby bramy śmierci przepastne za nim zamknęły się nieszczelnie. Dla niektórych ludzi zostają one otwarte, tak że życie i śmierć się nie rozdzielą” – wołał Piłsudski, a było to wołanie człowieka, który nie tylko głęboko wierzy w prawdę, którą wypowiada, ale ze wszystkich sił usiłuje zaszczepić ją słuchaczom. Słuchacze mają ponieść ją dalej, mają przekazać ją przyszłości.
Przetykając własne zdania kryptocytatami ze Słowackiego, mówił marszałek o szkieletach, co pozostają „żywe, przejrzyste, świeże i młode, tak że płakać po nich nie umiałby nikt szczerze”, mówił, że trumna poety idąca przez cały kraj nie jest żegnana, lecz witana, a „żałobne dzwony nieżałobnie biją, lecz biją radością i tryumfem
”.

Wielka oracja wygłoszona przez Piłsudskiego przy składaniu prochów poety wygnańca na Wawelu mogłaby zostać – z nielicznymi zmianami – powtórzona nad szczątkami Wyklętych. Za nimi również, wbrew woli i działaniu komunistycznych władz, przepastne bramy śmierci zamknęły się nieszczelnie. Ich prace tak silne były i potężne, że mimo śmierci z rąk katów – śmierci mającej ich pohańbić i zetrzeć na proch – pozostali przy życiu, by obcować z nami. Ich szkielety, zjedzone przez czas, rozpuszczone w ciemnych nurtach ziemi, stały się znakiem dla nas, którzy na zaświadczonej przez nich prawdzie usiłujemy budować własną teraźniejszość. Niezłomni żyją, bo nie mogą umrzeć. Śmierć się ich nie ima, nicość nie ma do nich przystępu.

Sumienie czasów

Nad Łączką przesuwają się chmury. Cmentarne sosny muskają je ciemną zielenią. Z ust urzędników i przedstawicieli władz płyną okrągłe zdania, ale mimo najlepszych chęci przemawiających, w słowa wypowiadane z namaszczeniem i powagą wpisana jest jakaś elementarna niemożność – ta sama, o której w styczniu 1856 r., kilka dni przed złożeniem do grobu ciała Adama Mickiewicza, wspominał Cyprian Kamil Norwid: „Jest pogrzeb historyczny za dojrzeniem sumienia czasów – i pogrzeb parafialny. Nie sądzę, abyśmy już dojrzeli dosyć, aby pierwszy śp. Adamowi sumiennie urządzić można było – lubo życzyłbym takiej błogo-zacności czasowi naszemu”.

Obrzędy, w których uczestniczymy, to bez wątpienia pochówek „parafialny”. Usiłujemy je sobie przedstawić jako „pogrzeb historyczny”, ale chyba wszyscy odczu-wamy ich niewystarczalność. Zdaje sobie z niej sprawę także Andrzej Krzysztof Kunert. Przecie nawet jego muszą razić niedostatki kończącej się właśnie celebry. Czy mógłby, z czystym sumieniem, zawrzeć w swoim przemówieniu treść zbliżoną do treści zdań wypowiedzialnych przez Piłsudskiego: „I gdy teraz szczątki Słowackiego wprowadzamy do grobowców królewskich, wiemy, że przedłużamy mu życie dalej jeszcze i że żyć będzie tak długo, aż murów Wawelu nie naruszy czas zniszczeniem, a skała, która nad Wisłą samotna tu stoi, nie ulegnie śmierci. Dajemy mu w ten sposób dłuższe życie, dłuższą prawdę bytowania, które zostają pomiędzy ludźmi”? Czy – gdyby zdecydował się powtórzyć zabieg retoryczny marszałka – nie zabrzmiałaby w jego słowach nuta fałszywa? Bo cóż to za skała, na której pobudowaliśmy groby dla Niezłomnych, cóż to za królewska krypta, w której ich składamy?

Tę konstrukcję z betonu i kamienia widziałem dotychczas jedynie na fotografiach, teraz, kiedy można już wejść za barierki otaczające Łączkę, przesuwam się ku niej w tłumie żałobników. I wreszcie tu jestem, stoję na progu „panteonu-mauzoleum”, w ścisku i tumulcie, bo dziesiątki i setki głosów przemawiają teraz jednocześnie. Przeciskam się na sam środek otoczonej kolumnami niewielkiej przestrzeni i patrzę. Przyglądam się, sprawdzam, porównuję, domagając się jednoznacznych odpowiedzi. Ludzkie twarze, ręce unoszące się, gestykulujące, kamery i aparaty fotograficzne szemrzące cicho i błyskające lampami, kwiaty i znicze. I szafki, zaprojektowane tak, by w każdej zmieściła się mała sosnowa skrzynka, szafki zamykane na klucz milczenia, z nazwiskami na drzwiczkach, z małym czarnym orzełkiem w miejsce zamka.

Więc tak wygląda to ojczyste ossuarium.

Unoszę głowę. W kwadracie nieba, widocznym między elementami betonowej konstrukcji – chmury niezmienne, przesuwające się wolno ku nieznanym portom.

Byłyście tu, obłoki, kiedy po raz pierwszy zagrały łopaty, kiedy ziemia jęknęła i otworzyło się jej łono. Płynęłyście po mrocznym sklepieniu, gdy nad dołami zatrzymał się więzienny wóz, gdy poczęto z niego wynosić ciała. Nie wstrzymałyście swego biegu, kiedy o dno grobu uderzyła pierwsza przestrzelona czaszka, nie rozpierzchłyście się, gdy na Łączce urządzono cmentarny śmietnik, ani wtedy, gdy zwożono tu ciężarówkami ziemię i gruz, by przygotować kwaterę nowym zmarłym.

Teraz także płyniecie w milczeniu, obojętne na naszą krzątaninę. I nie ma dla was różnicy między dołem hańby, wysypiskiem, cmentarną chłodnią i kamienną przechowalnią ciał, którą my, ludzie tu mieszkający, urządziliśmy właśnie dla naszych zmarłych.

Niech spoczywają

Kluczę między zgromadzonymi wewnątrz „panteonu”. Z kamiennych płyt odczytuję nazwiska, zastanawiając się, gdzie złożyć przyniesione ze sobą róże. Jakże wielu tu bliskich, którzy żyją, bo nie mogli umrzeć, bo wrota śmierci zamknęły się za nimi nieszczelnie. Kogo wybrać – Hieronima Dekutowskiego czy Stanisława Kasznicę? Bolesława Kontryma czy Antoniego Olechnowicza? „Żbika”, „Trzmiela” czy „Orlika”? „Bystrego” czy „Irydiona”? Każdy z nich zasługuje na hołd, kości każdego z nich piastuje wdzięczna pamięć.

Wreszcie przychodzi mi na myśl, że z jednym z żegnanych dziś żołnierzy los złączył mnie w sposób szczególny. Ów „żywy znajomy” to Edward Pytko, pilot ludowego Wojska Polskiego, urodzony dziesięć lat przed wybuchem II wojny światowej w miejscowości Wiewiórka, młodzieniec, który 7 sierpnia 1952 roku zasiadł za sterami Jaka-9, by podjąć próbę przedostania się do Berlina, do amerykańskiej strefy okupacyjnej. Paliwo miało mu się skończyć przed czasem – wylądował w Wiener Neustadt, po sowieckiej stronie świata. Jedenaście dni później wydano nań wyrok śmierci. 29 sierpnia już nie żył. To nad grobem Edwarda Pytki pochylałem się 3 września 2014 r., to jego czaszkę, szczelnie wypełnioną ziemią, jego żebra i kość biodrową oglądałem z bliska.

Teraz nie mogę odnaleźć półki, którą mu przeznaczono. W jakim porządku leżą zmarli z kwatery „Ł”? Ktoś mówi, że zgodnie z kolejnością wydobycia z ziemi, ktoś inny, że zgodnie z kolejnością identyfikacji. Ale gdzie jest początek, a gdzie koniec szeregu?

Nareszcie trafiam. Próbuję umieścić róże w szczelinie między jedną a drugą półką, lecz wysuwają się, przekrzywiają. U stóp kamiennej ściany klęczy młoda kobieta, być może krewna Edwarda Pytki. Nie mam śmiałości o to pytać. Pochylam głowę, usiłuję się modlić. Głosy mieszają się ze sobą. Przed moimi oczami i za moimi plecami przesuwają się ludzie. Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie. Przeciągły zgrzyt pośpiesznie demontowanej konstrukcji telebimu. Niech odpoczywa w pokoju wiecznym.

Pora wracać.

Nad kwaterą „Ł”, nad Powązkami i nad Warszawą przejrzyste wrześniowe niebo z jasnymi smugami obłoków.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej