Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Przemysław Dakowicz,
18.10.2015 15:52

Plac Piłsudskiego – Łączka. 27.09.2015 (II)

Kiedy, zwracając się do Wyklętych, biskup polowy Wojska Polskiego stwierdza: „Wypełniły się wasze marzenia”, dociera do mnie z całą jaskrawością, że dzisiejsze uroczystości, które w zamierzeni

Kiedy, zwracając się do Wyklętych, biskup polowy Wojska Polskiego stwierdza: „Wypełniły się wasze marzenia”, dociera do mnie z całą jaskrawością, że dzisiejsze uroczystości, które w zamierzeniu osób odpowiedzialnych za ich organizację mają coś zamykać, ukazują jedynie głębię naszego nieprzygotowania, naszej elementarnej niegotowości na przyjęcie przesłania Niezłomnych.

Jakby na przekór wszystkiemu – tli się we mnie nadzieja, że tę fałszywą kodę wkrótce będziemy zdolni przemienić w preludium prawdziwego, triumfalnego powrotu tej Polski, o którą walczyli żołnierze z powązkowskiej Łączki. A wtedy zorganizujemy im pogrzeb narodowy, na jaki zasługują. Dopiero w dniu, kiedy się to stanie, Niezłomni przestaną być Wyklętymi i ostatecznie powrócą do życia. W tym dniu także my, którzy przeszliśmy przez czerwone morze komunizmu, ostatecznie i nieodwołalnie wyjdziemy z grobu, w którym przed siedemdziesięciu laty złożono wolną Rzeczpospolitą.
Lecz zanim dzień ów nadejdzie, dopełnić się musi to, co właśnie trwa, ten niepełny, kaleki obrzęd pożegnania i wywyższenia, który nie w pełni żegna i nie do końca wywyższa.

Gorycz teraźniejszą – trzeba wypić do dna.

W drodze na Łączkę

Czarne wozy z sosnowymi skrzynkami odjeżdżają z placu Piłsudskiego. Odmaszerowują żołnierze i poczty sztandarowe. Jakiś głos wzmocniony przez elektroniczną aparaturę podaje informację, że rodziny Niezłomnych mogą kierować się do autokarów oczekujących w pobliżu. Pozostali muszą radzić sobie sami. Ruszam w stronę Krakowskiego Przedmieścia, mijam pomnik Piłsudskiego, pod którym grupka obcokrajowców słucha objaśnień przewodnika. Marszałek, któremu III RP wyznaczyła rolę ciecia na parkingu obok Hotelu Europejskiego, patrzy przed siebie obojętnie – jakby nie spodziewał się po nas niczego ponad to, co właśnie wydarzyło się na placu noszącym jego imię. W prawej ręce trzyma buławę. Lewa dłoń spoczywa na głowicy szabli. Milczy. Mundur na nim szary.

Czy pół godziny wystarczy, by dotrzeć na powązkowski Cmentarz Wojskowy? Wątpię. Tym bardziej że nie mam pojęcia, czym i skąd jechać. U zbiegu Taraszewicza-Tokarzewskiego i Krakowskiego Przedmieścia proszę o radę przypadkowych przechodniów. Nie wiedzą, kręcą głowami. Zawracam. Przecinam plac Piłsudskiego i dochodzę do Królewskiej. Na przystanku człowiek z flagą – warszawiak, orientuje się, jestem więc uratowany. Wsiadamy do autobusu, rozmawiając. Emocjonalnej wymianie zdań między nami przysłuchują się starsze panie, radzą wysiąść przy placu Wilsona. Która to? Jedenasta czterdzieści? Dwadzieścia minut do pogrzebu na Łączce, a tu pół miasta do przejechania i jeszcze przesiadka. Przez plac Wilsona biegniemy. Następny autobus za kilka minut, będziemy po czasie. „Niech się pan nie martwi – mówi człowiek z flagą – zdążymy, wszystko rozpocznie się z opóźnieniem”. Ma rację, gdy wchodzimy na Powązki, właśnie zajeżdżają autokary z rodzinami. Wiele osób starszych, prowadzonych pod ramię, idących wolno, noga za nogą. Drewniane laski, sztandary, biało-czerwone szarfy. Jacyś ludzie niosą zrolowany transparent. Obok nas dwaj siwowłosi mężczyźni w galowych mundurach, pod pachą jednego z nich sztandar WiN-u.

Orzeł i czarna tasiemka na szczycie drzewca. Z cichym szelestem przejeżdżają meleksy wiozące tych, którzy sami nigdzie już nie wychodzą. Dziś chcieli być na Łączce.

Na granicy kwatery „Ł”, podobnie jak dwie godziny wcześniej pod papieskim krzyżem – barierki. Aby dostać się dalej, należy okazać zaproszenie. Dla wszystkich, którzy przyszli tu nieproszeni, po drugiej stronie naprędce wzniesionej budowli, nazwanej „Panteonem-mauzoleum Niezłomnych Wyklętych”, ustawiono sporych rozmiarów telebim. To może dobrze – wszyscy nie zmieścilibyśmy się przecież w wąskiej przestrzeni pod murem, tam, gdzie na zbezczeszczonych szczątkach ludzkich w latach osiemdziesiątych postawiono nowe groby. A ponieważ, jak się zdaje, w żadnej z naszych telewizji nie jest przeprowadzana transmisja ciągła dzisiejszych uroczystości – jedynie ci, którzy są na Łączce, którzy tłoczą się u stóp telebimu i między okolicznymi grobami, mają szansę zobaczyć i usłyszeć to, co zobaczyć i usłyszeć powinna cała Polska.

Słowa

W uroczystościach o randze państwowej liczą się gesty i słowa. Podczas obrzędu nabierają one znaczeń, których na co dzień nie posiadają – stają się gestami i słowami symbolicznymi, znakami orientacyjnymi, pozwalającymi zbiorowości kroczyć po raz wytyczonej drodze, bez porzucania pamięci o tym, co odchodzi do przeszłości, lecz w jakiś niepojęty sposób jest także składnikiem i zaczynem przyszłych wydarzeń. Dlatego każde słowo wypowiedziane w trakcie państwowych uroczystości pogrzebowych winno być odpowiednio „dociążone”, winno świadczyć o wartościach, które wspólnota wyznaje, które wskazuje jako początek i źródło własnego istnienia.

We wszystkich trzech przemówieniach wygłoszonych na Łączce 27 września 2015 r. znalazło się miejsce na tego rodzaju słowa.

Ewa Kopacz, nieszczęsna premier Rzeczypospolitej (której każde wystąpienie publiczne – dopóki pozostanie ona czynnym politykiem – pobrzmiewać będzie echem jej moskiewskich przemówień z kwietnia 2010 r. i echem złożonego przed Sejmem sprawozdania, w którym zawarła informację o przekopaniu na metr w głąb ziemi w Smoleńsku), posłużyła się kilkoma sformułowaniami wartymi uwagi. Mówiła o „heroizmie najwyższej próby”, o samotnej walce, o tym, że żołnierze drugiej konspiracji „zapłacili za służbę Rzeczypospolitej cenę życia”. Stwierdziła: „bez ich ofiary nie moglibyśmy się cieszyć wolnością, którą odzyskaliśmy przed ćwierćwieczem” i posłużyła się ważną figurą obrazową – nazwała Wyklętych „jednym z ogniw w łańcuchu pokoleń, które walczyły o niepodległą Polskę w minionym stuleciu”.

Minister Andrzej Krzysztof Kunert przedstawił całość retoryczną, którą chyba najtrafniej byłoby nazwać „rejestrem”. Mówił o liczbie ofiar stalinizmu, o pierwszych publikacjach na temat Niezłomnych, o społecznych inicjatywach i państwowych staraniach, mających na celu upamiętnienie. Wreszcie przedstawił w skrócie działania Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz Instytutu Pamięci Narodowej zmierzające do postawienia w powązkowskiej kwaterze „Ł” tej architektonicznej konstrukcji, którą – pamiętając o mocy słów, zdolnych kreować fakty i interpretacje – nazwano „panteonem-mauzoleum”. Przemówienie Kunerta, wypełnione faktami, datami, szczegółami technicznymi, było nazbyt „suche”. Wygłaszał je urzędnik państwowy, własny urząd swój sławiąc i zarazem usprawiedliwiając. Zawierało ono jednak pewien element piękny i cenny, zarówno w warstwie semantycznej, jak i retorycznej, element oparty na prostej, lecz niekiedy bardzo wymownej, figurze enumeratio – wyliczenia. Zwracając się do „rodzin łączkowych” powiedział Kunert między innymi: „Przybyliście tu Państwo ze Stanów Zjednoczonych, ze Szwecji i z Wielkiej Brytanii, przybyliście z wielu miast i miasteczek w Polsce: z Białegostoku, Elbląga i Gdańska, z Gorzowa Wielkopolskiego, Kołobrzegu, Koszalina, Krakowa, Lublina i Łodzi, z Olsztyna, Płocka i Poznania, ze Szczecina, Tarnobrzegu i Torunia, z Wrocławia i Zabrza... Z Białej Podlaskiej, Chmielnika i Chudka, Dębicy, Dołów, Góry, Gralewa, Gryfowa Śląskiego i Halinówki, z Jasionki, Józefowa i Kłodawy, z Kopaczysk, Kościerzyny i Kraśnika, z Legionowa, Lubonia, Łomianek, Magdalenki, Michałowic i Motycza, z Niemojowa, Nowego Tomyśla i Oleśnicy, z Osieka nad Wisłą, Otwocka i Ożarowa Mazowieckiego, z Piaseczna, Poniatowej, Pruszkowa, Radawca Dużego, Różana i Serocka, z Sokołowa Podlaskiego, Strzebielina i Suchego Lasu, ze Swarzędza, Szamotuł i Szczytna, z Trzcian i Wałcza, z Wojciechowa, Ząbek i ze Zgorzelca”. Następnie zastrzegł: „nie mam prawa powiedzieć, że to cała Polska”, ale było to przeczenie jedynie wzmacniające wymowę enumeratio.

Tak, ci, co zgromadzili się na Łączce 27 września, to właśnie – „cała Polska”. Polska leżała tu – i leży! – w anonimowych dołach śmierci, Polska jest tu chowana – i Polska przyszła ją żegnać. Te dwie Polski przeglądają się w sobie, próbują się z sobą porozumieć, przemówić do siebie i nawzajem wysłuchać.

A jednak wciąż coś przerywa, zakłóca, zrywa tę komunikację.

Czekając na prezydenta

Najwięcej treści o znaczeniu zasadniczym zawierał list prezydenta RP. Jaka szkoda, że Andrzej Duda nie wygłosił go osobiście. Choć, jeżeli spojrzeć z innej perspektywy, jest to może fakt nieszczęśliwie szczęśliwy. Bo przecie głowa państwa, ten pierwszy ze współczesnych Polaków, nie powinien być nieobecny na pogrzebie Żołnierzy Wyklętych – tym bardziej że w odczytanym przez ministra liście padają słowa: „ostatnie powstanie”, „narzucony narodowi reżim”, „wspólne dziedzictwo”, „symbol zaniechań”, „sprawiedliwość historyczna i ludzka”, że Niezłomni zostają nazwani wprost „najwierniejszymi synami Polski”, że w samym centrum tej prezydenckiej mowy umieszczone zostało następujące zdanie: „Prawda o heroizmie i tragedii podziemia antykomunistycznego jest […] fundamentem suwerennej Rzeczypospolitej”.

Prezydent musi być obecny, gdy się zakłada i konsekruje fundament wolnej Polski.

Z myśli tej wywieść mogę i muszę inną myśl. Obrzędu, w którym uczestniczymy w kwaterze „Ł” 27 września 2015 r., nie da się uznać za akt niepozostawiającego najmniejszych wątpliwości, ostatecznego i trwałego wskazania fundamentu i podstawy naszego bycia w tej przestrzeni i w tym czasie. Nie. To dopiero początek. Drugi lub trzeci krok w stronę prawdy. Krok, na jaki teraz nas stać – chybotliwy, niepewny, łatwo mogący zakończyć się upadkiem.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej