Pl. Piłsudskiego – Łączka. 27 września 2015 r.
Biskup polowy Wojska Polskiego woła o sprawiedliwość i domaga się porządku w sferze wartości.
Do Warszawy przyjechałem wystarczająco wcześnie, by się nie spieszyć. Spokojnym krokiem ruszam Alejami Jerozolimskimi w stronę skrzyżowania z Marszałkowską. Po lewej mam górujący nad miastem nieśmiertelny Pałac Kultury i Nauki i wyrosłe w jego otoczeniu, nie tak jak on strzeliste, wysokościowce z metalu i szkła. Przy centralnej stacji metra odbijam w lewo, przemykam wzdłuż placu Defilad, by wychynąć na Marszałkowską gdzieś na wysokości Domów Handlowych „Centrum”, od kilku lat zwanych galerią; mijam Złotą i Sienkiewicza, przy skrzyżowaniu ze Świętokrzyską przechodzę na drugą stronę ulicy i stojąc przed dawnym McDonaldem, przez chwilę przyglądam się budynkowi PAST-y. Zastanawiam się, w jaki sposób dzisiejsze uroczystości na placu Piłsudskiego nawiązywać będą do tego, co w Warszawie najcenniejsze – do jej upartego, aż do ofiary całopalnej, wołania o wolność.
Strefa alegorii
Moment wejścia w obręb parku miejskiego, który do dziś nosi dawną nazwę Ogrodu Saskiego, oznacza stopniowe wygłuszanie odgłosów miasta, w słoneczny niedzielny poranek powoli budzącego się do życia. W cieniu drzew ustawiono tu kamienne figury. Przechodzę obok nich w milczeniu, wpatrując się w zarys Grobu Nieznanego Żołnierza. W grudniu 1944 r., kiedy Niemcy dopalali Warszawę, podmuch eksplozji, która zniszczyła Pałac Saski, pozrywał rzeźby z postumentów. Frunęły w powietrzu, jakby wykonano je ze styropianu lub z papier-mâché, koziołkowały, traciły głowy i kończyny, atrybuty wypadały im z rąk. Gdy podniesiono je z upadku, trudno było rozpoznać, kto jest kim i jaką prawdę miał przekazać odwiedzającym ogród. Wielu rzeźb nie zidentyfikowano, poustawiano je na niewłaściwych cokołach, obecnie przemawiają więc dziwnym, nie do końca zrozumiałym językiem.
Gdyby wsłuchać się w ich głosy, co by nam powiedziały?
„Arytmetyka” jest kopią dawnego pomnika, wykonaną po wojnie na podstawie dostępnej dokumentacji. Prezentuje się jako młoda niewiasta w sukni, której prawy rękaw opada, odsłaniając część ramienia. W jednej ręce dzierży rysik, drugą oparła na księdze. Będzie pisać. Być może – dla lepszego utrwalenia – zapisze formułę, jaką wyryto na jej szacie: „Par et impar”, co znaczy: „Równe i nierówne”. Pierwsza z rzeźb poucza mnie zatem mniej więcej tak: „Idealne równanie arytmetyczne powstaje, gdy poszczególne elementy dodane do siebie lub od siebie odjęte dają ten sam wynik. Liczy się tylko precyzja obliczenia”. I dodaje: „Sprawdzaj i porównuj. Zestawiaj, aby uniknąć błędu”.
Postać stojąca na postumencie z napisem „Prawda” dawniej nosiła włoskie imię „Ammaestramento”, co znaczy „Pouczenie”. Słownik współczesnego języka włoskiego podaje kilka znaczeń dodatkowych: nauka, przestroga, uczenie, wychowywanie. Zgodnie z zasadami zawartymi w słynnej „Ikonologii” Cesare Ripy Ammaestramento należy przedstawiać jako czcigodną, pełną powagi postać męską o wspaniałym wyglądzie, trzymającą w ręku lusterko, wokół którego umieszczony jest napis: „Inspice, cautus eris”, co można przełożyć na polski w następujący sposób: „Przyglądaj się, a upewniony będziesz”. Ten młody mężczyzna, któremu po wojnie – wbrew zaleceniom Ripy – wciśnięto w dłoń księgę, napomina mnie: „Bacz, bądź uważny, obserwuj – zostaniesz nagrodzony wiedzą, twoje wątpliwości znikną, objawi ci się prawda”.
Dzisiejsza Geografia nosiła niegdyś miano Sprawiedliwości. Wtedy trzymała w dłoni kątomierz, dziś w miejsce kątomierza wstawiono lusterko (nie to samo, które jeszcze w trakcie powstania należało do Ammaestramento – tamto stłukli Niemcy, zanim na dobre odeszli). Sprawiedliwość zamiast mierzyć i ważyć, wpatruje się teraz we własne odbicie. Ta znacząca zmiana to sprawka dziewiętnastowiecznych konserwatorów. Jakby przewidzieli, co się tu będzie działo w połowie wieku XX i później. Jakby objawiła się im rzeczywistość dwóch okupacji, niemieckiej i sowieckiej. Konserwatorzy sprzed dwóch stuleci uznali widać, że roztrząsanie skomplikowanej kwestii odpowiedzialności za czyny i słowa nie najlepiej służą rzeźbom i ludziom. Świadomie lub nieświadomie postawili przed nami także zadanie z zakresu geopolityki prawa, przymusili nas do zapytywania o związek między miejscem na mapie, jakie zajmuje dana zbiorowość, a stopniem moralnej presji, której zostaje poddana. Bo sprawiedliwość lub jej brak wiele mają wspólnego z geografią.
Kiedy więc wychodzę z cienia drzew posadzonych na miejscu dawnego Ogrodu Saskiego, brzmią mi w głowie trzy przykazania. Przyglądaj się. Sprawdzaj i porównuj. Domagaj się jednoznacznych odpowiedzi.
Strefa zamknięta
Dwadzieścia minut przed rozpoczęciem nabożeństwa żałobnego plac nie jest wypełniony nawet w jednej piątej. W odległości kilkudziesięciu, może stu metrów od papieskiego krzyża ustawiono żeliwne barierki. Są w nich dwie śluzy obsadzone przez ochroniarzy i przedstawicieli organizatora uroczystości – Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Dwie kolejki o nieregularnych brzegach wolno posuwają się do przodu. Ludzie z flagami, starcy w mundurach z opaskami Polski Walczącej na rękawach marynarek. Przy bramkach sprawdzane są zaproszenia – wpuszcza się urzędników, VIP-ów i rodziny Wyklętych. Dziewięćdziesięcioletni zażywny pan, który na Powązkach okaże się członkiem jednego z akowskich pocztów sztandarowych, podchodzi do bramki, lecz zostaje zatrzymany przez ochroniarza o grubym karku. Pada pytanie o zaproszenie, po czym mężczyzna, który dokumentem nie dysponuje, zostaje w nie do końca grzecznych słowach odesłany na koniec kolejki. Kiedy wejdą wszystkie osoby zaproszone, będziemy wpuszczali pozostałych – wyjaśnia kobieta z identyfikatorem na szyi. Kombatant próbuje jeszcze tłumaczyć, kim jest, dlaczego się tu znalazł, co robił przed siedemdziesięciu laty, ale wygolony cerber nie słucha. Żuje gumę.
Wędruję wzdłuż ogonka, kłaniam się profesorowi Krzysztofowi Szwagrzykowi stojącemu wśród ludzi na zewnątrz, witam się z panią Grażyną Chojecką, krewną Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, wreszcie zatrzymuję się przy śluzie i czekam na rozwój wydarzeń. Kilka chwil po rozpoczęciu mszy zostaję wpuszczony do strefy ogrodzonej. Zgodnie z instrukcją podchodzę do stolika, na który trzeba wyłożyć wszystkie przedmioty potencjalnie niebezpieczne, po czym jestem badany elektronicznym wykrywaczem metalu. Proszę się odwrócić, rozstawić nogi, podnieść ręce. Można iść dalej. Przystaję i zerkam na poczty sztandarowe, na harcerzy, członków odrodzonego „Sokoła”, przedstawicieli grup rekonstrukcyjnych. Na wprost ołtarza kilkanaście rzędów krzeseł z przejściem pośrodku. Ile osób może się mieścić w tej zamkniętej strefie? Jest tu może pięćset miejsc siedzących. Do tej liczby doliczyć trzeba kilkudziesięciu żołnierzy w mundurach galowych i przedstawicieli innych formacji mundurowych, łącznie z siedzącymi może sześćset, siedemset osób. Z tyłu stanowisko dla kamer, po zewnętrznej stronie ogrodzenia tłum ludzi. No właśnie – czy można nazwać ich tłumem? Ilu ich jest? Dwa, trzy, cztery tysiące?
Tylu nas przyszło, by pożegnać i odprowadzić na miejsce wiecznego spoczywania kości w sosnowych skrzynkach.
W oczekiwaniu na zmartwychwstanie
W kazaniu pojawia się wątek sprawców. Biskup Józef Guzdek zwraca się do rodzin pomordowanych: „Dziś trzeba także pochylić się nad waszym głębokim i uzasadnionym żalem, który nosicie w swoich sercach. Podczas spotkania, jakie w zeszłym tygodniu zorganizowała dla was Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, wielu stawiało mi pytania: »Dlaczego zaszczyty i przywileje uzyskane przez katów do tej pory nie zostały zakwestionowane i odebrane?«; »To nas bardzo boli!«; »Boli jeszcze bardziej, gdy słyszymy głosy, że powinniśmy o tym wszystkim zapomnieć«”. I wyjaśnia, że wołanie o sprawiedliwość nie jest sprzeczne „z duchem Ewangelii”. Przypomina fragment czytania z Listu św. Jakuba Apostoła: „Żyliście beztrosko na ziemi i wśród dostatków tuczyliście serca wasze w dniu rzezi. Potępiliście i zabiliście sprawiedliwego”. Ostatnie wezwanie skierowane jest do tych, którym po sześćdziesięciu latach od chwili śmierci wyprawiono pogrzeb: „Wasze czyny podejmowane w imię miłości Boga i Ojczyzny, po wielu latach zapomnienia, zostają wreszcie dostrzeżone, właściwie ocenione i docenione. W mrocznych czasach komunistycznego bezprawia byliście torturowani, zabijani i potajemnie grzebani, bez krzyża i mogiły, bez rodziny, kapłana i modlitwy. Dopiero dziś odbieracie należną Wam cześć. Dzięki waszej dumie i niezłomności cieszymy się odzyskaną wolnością. Wypełniły się wasze marzenia! Nigdy o was nie zapomnimy! Chwała Niezłomnym! Spoczywajcie w pokoju!”.
Okolicznościowe przemówienia, kazania i homilie pełne są okrągłych słów i łatwych pocieszeń. Zasady retoryki, ramy obrzędu i urzędniczy protokół zabijają zazwyczaj wszelką głębszą treść. Teza, na której buduje się wypowiedź, bywa tezą w najwyższym stopniu schematyczną, nieznośnie spłaszczającą obraz świata. Z kazaniem Józefa Guzdka jest chyba inaczej, kapłan ten mówi o sprawach podstawowych – o tym, w jaki sposób śmierć przenika się z życiem, zbrodnia z cnotą, w jaki sposób upodlenie przechodzi w wywyższenie. Biskup polowy Wojska Polskiego woła o sprawiedliwość i domaga się porządku w sferze wartości. Lecz kiedy stwierdza: „Wypełniły się wasze marzenia”, dociera do mnie z całą jaskrawością, że dzisiejsze uroczystości, które w zamierzeniu osób odpowiedzialnych za ich organizację mają coś zamykać, ukazują jedynie głębię naszego nieprzygotowania, naszej elementarnej niegotowości na przyjęcie przesłania Niezłomnych.
Jakby na przekór wszystkiemu tli się we mnie nadzieja, że tę fałszywą kodę wkrótce będziemy zdolni przemienić w preludium prawdziwego, triumfalnego powrotu tej Polski, o którą walczyli żołnierze z powązkowskiej Łączki. A wtedy zorganizujemy im pogrzeb narodowy, na jaki zasługują – plac Piłsudskiego będzie wypełniony po brzegi, nad bezmiernym morzem ludzkich głów łopotać będą flagi, przy ołtarzu zgromadzi się większa część episkopatu i przemówi sam prymas. Honory wojskowe będą czynili zmarłym najwyżsi rangą dowódcy wojskowi, wśród nich wódz naczelny i szef sztabu, wysocy oficerowie nieść będą nie skrzynki, lecz prawdziwe dębowe trumny, w jakich chowa się bohaterów. Niezłomni przejadą ulicami stolicy na odkrytych wozach, a żegnać ich będą tłumy warszawiaków. Na koniec w niebo uderzy dziękczynny śpiew z setek, tysięcy gardeł: „Te Deum laudamus,/Te Dominum confitemur./Te aeternum Patrem/omnis terra veneratur”.
Dopiero w dniu, kiedy się to stanie, Niezłomni przestaną być Wyklętymi i ostatecznie powrócą do życia. W tym dniu także my, którzy przeszliśmy przez czerwone morze komunizmu, ostatecznie i nieodwołalnie wyjdziemy z grobu, w którym przed siedemdziesięciu laty złożono wolną Rzeczpospolitą.