Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Przemysław Dakowicz,
20.09.2015 21:01

​Piaśnica: dziecko i las (2)

Pietas to także „poczucie obowiązku”, „pobożność”, „uczucia familijne”, „przywiązanie”, „miłość ojczyzny”, „wierność”, „sprawiedliwość” i „łagodność”.

Pietas to także „poczucie obowiązku”, „pobożność”, „uczucia familijne”, „przywiązanie”, „miłość ojczyzny”, „wierność”, „sprawiedliwość” i „łagodność”. Włoska wersja tego słowa – pietá (w języku włoskim jego podstawowe znaczenia to „litość”, „uwielbienie”, „miłosierdzie”) – weszła do kultury jako określenie pewnego szczególnego artystycznego wyobrażenia miłości: pietá to plastyczne, najczęściej rzeźbiarskie, przedstawienie postaci Maryi trzymającej w ramionach zdjęte z krzyża ciało Jezusa Chrystusa. W scenie, jaką tego rodzaju dzieło sztuki ukazuje, znajduje odzwierciedlenie zarówno pierwotne (łacińskie), jak i wtórne (włoskie) znaczenie przywoływanego rzeczownika.

Rachunek cmentarny
Swoją pietę miała także Piaśnica. Zapisując to zdanie, nie myślę jednak o dziele sztuki rzeźbiarskiej czy malarskiej, lecz o „czymś”, co bardzo trudno mi nazwać – dlatego od nazywania, definiowania i opisywania wolałbym się teraz powstrzymać.

Na razie fakty, a raczej: strzępy wspomnień i ślady wydarzeń – by opis, do którego w końcu musimy dobrnąć, okazał się w pełni zrozumiały.
W lasach piaśnickich mordowani byli przedstawiciele polskiej inteligencji, zwożeni tu z okolicznych miejscowości, a także – według wszelkiego prawdopodobieństwa – Żydzi, pacjenci szpitali psychiatrycznych oraz całe rodziny „wrogów III Rzeszy”, m.in. działaczy zdelegalizowanego Związku Polaków w Niemczech, transportowane pociągami do Wejherowa. Nie znamy dokładnej liczby ofiar – wszystkie dane prezentowane w opracowaniach historyków, pozostają danymi szacunkowymi. Uzyskano je, mnożąc liczbę ciał odnalezionych w dwóch rozległych jamach grobowych przez liczbę wszystkich zbiorowych mogił odkrytych w okolicach Piaśnicy (wiadomo z całą pewnością, że grobów było więcej – ekipie ekshumacyjnej nie do wszystkich udało się dotrzeć) i konfrontując uzyskany w ten sposób wynik z zeznaniami świadków (szczególnie istotne były tu relacje lęborskich i wejherowskich kolejarzy).

Bernard Brodalski, dróżnik na odcinku Wejherowo-Tyłowo, wspominał: „Postanowiłem liczyć ciężarówki [jadące z Wejherowa w stronę Piaśnicy]. Bałem się cokolwiek zapisywać, bo byłem pod obserwacją. Wziąłem się na sposób. W torbie miałem śniadanie owinięte w papier. Za każdym razem, kiedy mijała mnie buda, odrywałem dyskretnie kawałek papieru i chowałem do kieszeni. W domu przeliczałem te skrawki. Największy transport […] odszedł z więzienia w narodowe Święto Niepodległości 11 listopada 1939 r. – naliczyłem dziesięć ciężarówek. Dwa razy tyle niż zwykle. W jednej budzie przewożono 30–35 osób” (cyt. za: R. Osowicka, Las Piaśnicki. Niemy świadek hitlerowskiej kaźni, Wejherowo 2014). Brodalski twierdził, że łączna liczba samochodów z ludźmi przeznaczonymi do rozstrzelania, wysłanych z Wejherowa, to czterysta sztuk. Inny z pracowników kolei obserwujących transporty, Teofil Mudlaff, mówił o pięciuset samochodach i autobusach.

Liczba ostateczna ofiar ludobójstwa piaśnickiego to prawdopodobnie dwanaście–czternaście tysięcy. Jak wiele z nich przywieziono tu z głębi Niemiec? Osiem, może dziesięć tysięcy? Co o nich wiadomo?

Od końca października 1939 r. dwa razy w tygodniu lub częściej do składu relacji Szczecin
–Gdańsk dostawiane były wagony z pasażerami o specjalnym statusie. Pracownikom kolei zabroniono się z nimi kontaktować – otrzymali oni jedynie informację, że w owych dodatkowych wagonach przewożone są osoby psychicznie chore. Wagony dołączano następnie do tzw. pociągu szkolnego, kursującego między Lęborkiem a Wejherowem, a po przetransportowaniu ich do stacji docelowej przetaczano je na boczny tor, do którego dostęp był ograniczony. Mimo to kilku kolejarzy zdołało nawiązać kontakt z tajemniczymi podróżnymi, z których część była przekonana, że jadą do domu wypoczynkowego w Piaśnicy. Inni twierdzili, że miejscem ich przeznaczenia jest obóz przesiedleńczy. Wielu utyskiwało z powodu zmęczenia, niektórzy płakali, obawiając się o dalszy los własnych rodzin. Słyszano języki polski, niemiecki, rzadziej czeski lub słowacki. Kolejarze wchodzili także do opróżnionych wagonów – znajdowali tam książeczki i gazety polsko- i niemieckojęzyczne, różańce, modlitewniki, medaliki oraz gry i zabawki pozostawione przez dzieci.

Załadunek
Nieliczne są relacje związane z wejherowskim etapem podróży nadliczbowych pasażerów pociągu Lębork–Wejherowo. Dwie z nich przytacza w swojej książce Regina Osowicka. Ich autorkami są kobiety. Obraz więźniów wyłaniający się z opowiadania Anny Sulewskiej, mieszkającej podczas wojny w pobliżu kolejowej rampy w Wejherowie, różni się od opisu ich zachowania przedstawionego przez Elżbietę Scheibiankę, zamieszkałą przy ulicy Nanickiej 1. Podstawą owej różnicy jest, jak się zdaje, stopień świadomości aresztantów. Fragmenty obu relacji przytaczam za książką Reginy Osowickiej.

Sulewska: „Widziałam, jak z dwóch wagonów osobowych wysiadają w pośpiechu mężczyźni, kobiety i dzieci, dość lekko ubrani, jak na tę porę roku. Niektóre maluchy przytulały lalkę lub misia. Ludzie byli dość spokojni [?]. Kiedy autobusy przejechały pod moim domem, widziałam zaciekawione buzie dzieci. Stale mam ten obraz w pamięci. Potem zapytałam znajomego kolejarza Wiktora Brylowskiego, dlaczego ci ludzie z transportu sa w październiku tak lekko ubrani. Okazało się, że byli wcześniej przez kilka miesięcy internowani w obozach przejściowych (Durchgangslager)?

Scheibianka: „Widziałam wszystko z naszego ogródka, a potem podeszłam bliżej. Nikt mnie nie zatrzymywał. Pasażerów z wagonów wpędzano do oczekujących już ciężarówek i autobusów. Rozdzielano mężczyzn, kobiety i dzieci. Nagle rozległy się przeraźliwe krzyki kobiet, którym wydzierano dzieci. Ruhe! (cisza) – ryknął jeden z esesmanów, którzy nadzorowali transport”.

We wspomnieniach mieszkanek Wejherowa nie ma niczego, co mogłoby porazić naszą wyobraźnię. Napatrzyliśmy się na postaci esesmanów – wrzeszczących, posługujących się pięścią, batem, kijem i pistoletem; współczesna kultura, szczególnie film, uczyniła ich obiektem swego szczególnego zainteresowania. Dlatego sceny z październikowego (może także: listopadowego) rozładunku pociągu przybyłego z Lęborka jawią się jako element literatury, szeleszczą papierem, przez co tracimy dostęp do żywych ludzi, umyka nam prawda życia.

Jak zrobić, by powrócili? Co uczynić, by ujrzeć ich umęczone twarze, gęsią skórkę na nagich ramionach kobiet ubranych w letnie sukienki, bezradność malującą się na twarzach mężczyzn, którzy nie mogą obronić swoich dzieci i żon, bo wymierzono w nich lufy karabinów? Czy istnieje sposób, by usłyszeć tamten krzyk – pierwotny ryk rozdzielonych matek i dzieci?

Wyobraźnia nie radzi sobie z wielkimi liczbami. Ćwiczenie, które winniśmy wykonać, musi więc ograniczyć się do jednego wagonu, jednego autobusu lub jednej ciężarówki. Najpierw jednak aresztowania, obława na „element wrogi niemczyźnie”, to znaczy na tych, którzy nie poddali się germanizacji, którzy kurczowo, do ostatka, trzymali się własnej przeszłości, pielęgnowali rodzinną pamięć. Miesiąc, dwa miesiące zamknięcia w obozie przejściowym, a potem długa podróż, w chłodzie, pod czujnym okiem strażników. W wagonie kilkadziesiąt osób, rodziny z dziećmi, rozmowy, pełne obaw, ściszone głosy, stężałe twarze. By dotknąć tamtego strachu i niepewności, trzeba ich zobaczyć tak, jakbyśmy widzieli wszystkich naszych bliskich, rodzeństwo i kuzynów stłoczonych w jednym miejscu, wyrwanych ze zrozumiałej codzienności i rzuconych w wielką niewiadomą. Wszyscy jadą tym pociągiem. Nic im nie mówią kolejne nazwy miejscowe, zwłaszcza ostatnie z nich: Wejherowo, Piaśnica. Długi postój na bocznym torze, w końcu – przesiadka. Jeśli do autobusu, całymi rodzinami, mogą jeszcze mieć złudzenia. Ale rozdzielenie mężczyzn, kobiet i dzieci, dokonujące się tam, na rampie wejherowskiego dworca, i załadunek do ciężarówek to wstęp do uzyskania ostatecznej jasności. Stąd krzyki, zawodzenia, protesty. Tak krzyczy ulatniające się życie.

Piaśnicka pietá corpusculum
Ktoś, kto stoi nad dołem, kto czubkami palców dotyka granicy własnego grobu i posiniałymi ustami, nie rozumiejąc, powtarza słowa pierwszej zapamiętanej modlitwy – martwy jest czy żywy? I kto jest bliżej śmierci – ojciec rodziny, któremu za chwilę przestrzelą potylicę, jego żona szlochająca w grupie kobiet zastygłych w cieniu sosen, czy kędzierzawy chłopiec, owoc jej łona, zganiany wraz z innymi dziećmi z platformy ciężarówki? A jeszcze – czyja śmierć lepsza: zabitego precyzyjnym strzałem w podstawę czaszki czy tego, komu głowę zmiażdżono kolbami karabinów, rannego w konwulsjach czołgającego się ku mogile czy ogłuszonego dziecka, które budzi się w dole, ma usta pełne ziemi i, zanim osunie się w przepaść agonii, słyszy jeszcze pracę łopat, twarde komendy, świszczące oddechy robotników?

Kiedy w roku 1946 rozpoczęto prace ekshumacyjne, w jednym z grobów wypełnionych zwłokami odkryto sczepione ze sobą dwa ciała. Zidentyfikowano je jako szczątki Marii Napierałowej i jej jedenastoletniego syna Jana (w Piaśnicy zostali zamordowani również Franciszek Napierała, mąż Marii, oraz ich starszy syn Marian). Te wrośnięte w siebie zwłoki miałem na myśli, kiedy pisałem o piaśnickiej piecie. Miłość rodzicielska i miłość synowska, uczucia „zgodne z powinnością”, zostały tu skonfrontowane ze zbrodnią ludobójstwa. I choć mordercy spełnili swoje dzieło, obraz miłości utrwalił się w chwili konania, a po siedmiu latach stanął przed oczami tych, którzy otworzyli grób.
Z oględzin szczątków wynikało, że dziecko, być może ranne lub ogłuszone, odzyskało przytomność dopiero wtedy, gdy leżało na stercie trupów. Całą mocą swego jedenastoletniego ciała przylgnęło do matki. W ten sposób semantyczna wartość kompozycji określanej słowem „pieta” została niejako odwrócona – oto żywy syn tuli się do martwej rodzicielki, której na imię Maria.

Proporcja między postaciami przywodzi na myśl pewną rzadszą odmianę piety, tzw. pietá corpusculum, wyobrażającą Bogarodzicę trzymającą na kolanach nie dorosłego Jezusa, lecz zdjęte z krzyża dziecko. Wśród znaczeń łacińskiego wyrazu „corpusculum”, które powstało dzięki zdrobnieniu rzeczownika „corpus”, wymieńmy trzy najważniejsze: „kosteczki”, „członeczki”, „ciałko”.

Ciąg dalszy za tydzień

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej