Piaśnica: hieroglif pustki (2)
Odnajdywali swoich dzięki charakterystycznym elementom garderoby, koronom zębowym, medalikom, inicjałom wyhaftowanym na bieliźnie.
Nauczycielki Kazimiera i Stanisława Pankówny miały na sobie gorsety z pracowni Schwarzmanna w Gdańsku. Nadleśniczy wejherowski, inżynier Roman Kuniewski, zwykł nosić w kieszeni munduru srebrną tabakierę z orłem na wieczku. W ekshumacji brał udział jego syn Witold, żołnierz Armii Krajowej, który po latach wspominał (fragmenty relacji zostały zaczerpnięte z książki Reginy Osowickiej „Las Piaśnicki. Niemy świadek hitlerowskiej kaźni”, Wejherowo 2014): „[Ojciec] Leżał głęboko, pod warstwami innych zwłok, toteż jego ciało było silnie zmumifikowane. Mama zaczęła krzyczeć: Romek, Romuś ukochany. Uklękliśmy z mamą przed jego zwłokami i wyliśmy z bólu”.
Stanisław Biliński, syn zamordowanego adwokata i byłego komisarycznego burmistrza Wejherowa, majora Wojska Polskiego w stanie spoczynku, uznał czas identyfikacji w lesie piaśnickim za najtrudniejszy moment w swoim życiu: „Ten obraz będzie mi towarzyszył do końca [...]. Piękny las, a w nim zrozpaczeni ludzie, którzy w ciałach ułożonych na trawie usiłują rozpoznać swoich bliskich”. Ciało ojca zidentyfikował dzięki książeczce wojskowej i resztkom charakterystycznej marynarki. Stanisław Karwasz, były kierownik szkoły powszechnej w Dobimierzu i wizytator oświatowy, został rozpoznany po spodniach sztruksowych i rolce bandaża, którą żona wręczyła mu w chwili aresztowania – jak duża część ofiar ludobójstwa w Piaśnicy, była członkiem Polskiego Związku Zachodniego, który Niemcy uznali za instytucję wrogą III Rzeszy (przynależność do tej organizacji jesienią 1939 r. równała się wyrokowi śmierci).
Opróżnione groby
Byli tacy, ogromnie wielu takich, którzy nie mogli rozpoznać swoich bliskich (zidentyfikowano jedynie pięćdziesiąt pięć spośród trzystu pięciu ofiar podniesionych z grobów nr 1 i 2) lub ich pośród szczątków nie odnaleźli. Ekshumowane zwłoki badała specjalna komisja sądowo-lekarska, której eksperci zawarli w protokole końcowym następujące wnioski: „Przyczyną zgonu był postrzał z broni palnej, bliżej nie ustalonego kalibru, w czaszkę od tyłu, w okolicę kości potylicznej, względnie od strony przedniej, i to z bliskiej odległości oraz w okolicy klatki piersiowej i jamy brzusznej. W wielu wypadkach przyczyną zgonu było rozłupanie czaszki twardym przedmiotem, którym mogła być stopka karabinu. W obu wypadkach zgon następował gwałtownie, a to wobec zupełnego rozłupania czaszki, pęknięcia kości podstawy czaszki oraz na skutek postrzału serca. Postrzały okolicy jamy brzusznej i klatki piersiowej wywoływały na razie przerwanie tych ośrodków i skrwawienie narządów wewnętrznych, co powodowało czasowe zamroczenie, tak że przyjąć należy, iż zgon następował powolnie na skutek uduszenia w grobie przez zasypanie rannych zwłokami i ziemią. Uszkodzenia kończyn spowodowane są urazami zadanymi twardym narzędziem”.
Czy można zazdrościć rodzinom innych straconych tych krzyków i zawodzeń nad ciałem z rozłupaną czaszką, z przetrąconymi nogami i rękami? Czy to do pomyślenia – przyglądać się z poczuciem niesprawiedliwości i pretensją do losu truchłom dźwiganym drżącymi dłońmi, przenoszonym do sosnowych skrzynek, których dno wyściełano leśnym mchem? Uczestnicy ekshumacji, którzy nie odnaleźli bliskich w dołach z ciałami, musieli dopuścić do siebie myśl, że rozłąka rozpoczęta przed siedmiu laty nigdy się nie zakończy i w świecie po apokalipsie na zawsze pozostaną samotni. O tym, że szczątki ich krewnych spalono, a popiół rozrzucono, zdawały się świadczyć właśnie dokonane odkrycia – dobrze zachowane leśne paleniska i pustka mogił oznaczonych numerami od 3 do 26. „Groby od nr III do VII oraz od X do XXVI włącznie – stwierdzono w protokole z ekshumacji – zawierały z całą pewnością zwłoki ludzkie, które po dłuższym czasie stamtąd usunięto. Przemawia za tym okoliczność, że gleba grobów przesiąknięta jest treścią rozłożonych tkanek organizmu ludzkiego; gleba tych grobów ma charakter raczej konserwujący, zatem rozkład zwłok następował wolno. Groby nr VIII i IX nie zawierały zwłok ludzkich i musiały być po wykopaniu zasypane na powrót”.
Ale czy wielką zbiorową mogiłę da się opróżnić w sposób doskonały? Nie. Oprócz tego, co protokół określa jako „treść rozłożonych tkanek organizmu ludzkiego”, w dołach śmierci, których zawartość wydano na pastwę ognia, znajdowano jeszcze ułomki kości i drobne przedmioty należące do ofiar.
Pustka, która woła
Miejsce po zamordowanym jest w pamięci bliskich krwawą wyrwą, która nigdy się nie zabliźni, pustką, której nikt i nic nie wypełni. Przedmioty przezeń pozostawione przechowują drobną cząstkę minionego istnienia – jakby zmarły wciąż przysiadał na ulubionym krześle, jakby łokcie kładł na biurku, a spojrzenie wbijał w krajobraz za oknem. Koszule i marynarki wiszą w szafie, wyprasowane, pachnące, gotowe do użycia. Chyba że z domów zostali wymieceni wszyscy i na egzekucję pojechali razem – jak rodziny Polaków (a także Czechów i Niemców przeciwnych Hitlerowi) z głębi Rzeszy, zwożone do obozów internowania pod Norymbergą i w innym punktach, koleją transportowane do Gdańska, Wejherowa, a następnie przesadzane do ciężarówek krytych plandekami, osobno mężczyźni, osobno kobiety i dzieci.
Po tych nie ma pustki, tych nikt nie pamięta, nikt po nich nie płacze.
Samochody z ładunkiem znikają w rozwartej paszczy nicości.
Gdyby chociaż koszule oblepione błotem, gorsety w prochu i pyle, czaszki obciągnięte skórą cienką jak pergamin, z pustymi oczodołami. Gdyby nogawki spodni, rękawy bluzek, w których poruszają się obsuszone kości, gdyby strzępy dokumentów, kart przesiedleńczych, fotografii ukrytych na piersi... A tu nic, tylko pustka wydrążonych mogił. Świeża ziemia skądś nawieziona, przyniesiona na łopatach. Nawet nazwiska, nawet imienia.
Co mówi ta bezimienna dziura w ziemi, ta głucha, milcząca jama? Co mówi o was, nasi niemieccy sąsiedzi, i co mówi o nas? Jeśli jest metaforą naszej wspólnej historii, jakie wystawia jej świadectwo?
Ukryte ludobójstwo
Jesienią 1939 r. władze niemieckie uczyniły wszystko, by prawdę o zbrodni dokonanej w okolicach Piaśnicy ukryć przed światem. Las opleciono siecią posterunków, wstępu między drzewa broniły tablice informujące, że kto złamie urzędowy zakaz, zostanie rozstrzelany. Groby kopano nocą i nocą je zasypywano. Z różnych punktów Puszczy Darzlubskiej zwożono darń, którą układano na świeżej ziemi. W miejscach straceń sadzono nowe krzewy i drzewa.
Wiedzę o tych wydarzeniach czerpiemy z dwóch źródeł. Pierwszym są rezultaty badań terenowych przeprowadzonych w roku 1946 i – po raz kolejny – szesnaście lat później. Drugim – zeznania świadków. Jedno z takich świadectw, złożone w trakcie procesu Alberta Fortsera przez Waltera Mahlke, rolnika z Leśniewa, niech stanie się pieczęcią dla powyższych rozważań:
„W okresie kopania ziemniaków w 1939 r. przybył do wsi Oberwachmeister Wittke z Wejherowa z leśniczym Stöklem z leśnictwa Warszkowo i wezwał mnie, mojego syna Wernera, Emila Reimera I Paula Lietzowa (wszyscy z Leśniewa), abyśmy się stawili z rydlami do pracy w lesie. Nie objaśniono nas, do jakiej pracy idziemy. Było to o zmierzchu. Leśniczy odprowadził nas do lasu leśnictwa piaśnickiego i tam sam odmierzył przestrzeń 8 m, szeroką na 5 m i polecił wykopać dół głębokości 2,5 m. Stökel powiedział, abyśmy zachowali w tajemnicy te prace. Dół taki kopaliśmy przez całą noc przy świetle ogniska […]. Wykopaliśmy około 10 dołów o powyższych rozmiarach. W dwa lub trzy dni po wykopaniu pierwszego dołu słychać było w porze popołudniowej strzały karabinowe, a następnie karabinów maszynowych. Strzały trwały ponad godzinę. Odgłos strzałów dochodził od strony, gdzie właśnie kopałem dół. Domyśliłem się, że przy tych dołach odbywa się właśnie rozstrzeliwanie Polaków. Takie było przekonanie ludności niemieckiej w naszej wsi. Wieczorem znów przybył do nas Stökel, przyprowadził nas z rydlami do tego dołu i polecił go zasypać. Dół był już częściowo zasypany i pozostało ok. 1,5 m próżni do zasypania. Spod piasku wystawały nieznacznie kończyny ludzkie i części odzieży cywilnej. Wokół dołu w promieniu do 10 m widziałem krew, zęby, a nawet kawałki czaszek ludzkich […]. Kto zasypywał z grubsza zwłoki, tego nie wiem. Domyślam się, że robili to SS-mani. Dół zasypywaliśmy nocą. Po tygodniu wyrównywaliśmy powierzchnię grobów […]. Po trzech tygodniach okrywaliśmy darniną, wykopaną w innym miejscu lasu […]. Idąc do pracy, widywałem w lesie wyjeżdżające samochody i wsiadających do nich SS-manów […]. Byli oni pijani i słaniali się. Na ziemi leżało w pobliżu grobów wiele pustych butelek po wódce […]. Gdy pytaliśmy Stökla, kogo rozstrzeliwuje się w lasach piaśnickich, objaśnił nas, że umysłowo i wenerycznie chorych. Mówił to z uśmiechem [...]”.
Składając zeznania przed polskim sądem, Walter Mahlke ukrył fakt własnej obecności przy egzekucjach. Obawiał się konsekwencji karnych.
W ubiegłym tygodniu opublikowaliśmy pierwszą część tekstu CZYTAJ TUTAJ