Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Przemysław Dakowicz,
06.09.2015 19:51

Piaśnica: hieroglif pustki (1)

Prawda o zbrodni w Piaśnicy składa się ze szczątków obrazów, ze strzępów słów, ze scen przerwanych, zanim zdążyły się na dobre rozpocząć.

Prawda o zbrodni w Piaśnicy składa się ze szczątków obrazów, ze strzępów słów, ze scen przerwanych, zanim zdążyły się na dobre rozpocząć. Jakby wszystko, co wydarzyło się tam jesienią 1939 r., zapowiadało naszą współczesność – z jej brakiem hierarchii, fragmentarycznością, aksjologicznym i estetycznym chaosem.

Sprawcy wiele uwagi poświęcili zatarciu śladów własnej działalności, skazując nas, którzy chcemy wiedzieć, na domysły, hipotezy, „wersje robocze”. Wszystko, co można dziś uczynić, to oglądać każdy szczątek, każdy fragment, każdy detal – pod mikroskopem pamięci.

Gazety i ciała

W październiku 1946 r. przeprowadzono w lasach piaśnickich ekshumację. Z trzydziestu odnalezionych wtedy zbiorowych mogił zbadano dwadzieścia sześć. Informacje o pracach identyfikacyjnych pojawiały się w lokalnej prasie. Towarzyszyły im doniesienia o przygotowywanym przez polskich śledczych procesie byłego gauleitera Gdańska, Alberta Forstera.

Na pierwszej stronie „Dziennika Bałtyckiego” z 12 października ukazał się artykuł „Piaśnica – potworne dzieło Forstera”. Jego autor pisał: „Nazwa cichej miejscowości powiatu morskiego, leżącej w odległości około 10 km na północ od Wejherowa, stała się w okresie okupacji synonimem grozy dla przebywających na wybrzeżu Polaków. W listopadzie 1939 r. rozeszła się bowiem wiadomość, powtarzana z ust do ust, że w lasach Piaśnicy Niemcy rozstrzeliwują zakładników – Polaków z Wejherowa, Gdyni i innych okolic Wybrzeża. Mieszkańcy Wejherowa często widywali samochody ciężarowe, załadowane ludźmi wiezionymi pod eskortą żandarmerii lub członków SS w kierunku Piaśnicy. Od tej chwili ginął ślad po wszystkich aresztowanych w Wejherowie Polakach. Żonom, kołaczącym o wiadomości o losie aresztowanych mężów, władze niemieckie groziły represjami, przekazując jedynie w najlepszym wypadku przedmioty, należące do aresztowanych, bez jakiejkolwiek bliższej informacji o nich samych. Uporczywie powtarzały się wieści, że w lasach Piaśnicy Niemcy dokonują masowych zbrodni na Polakach”.

W piątym dniu ekshumacji informowano o odkryciu 27 zbiorowych grobów, z których dwa rozkopano, wydobywając z nich szczątki ofiar. Szacowano, że każda z mogił kryje w swoim wnętrzu od stu pięćdziesięciu do dwustu ciał. Podawano także dane pierwszych zidentyfikowanych – m.in. Lucjana Borysławskiego, przed wojną dyrektora Banku Rolnego w Gdyni.

Identyfikacje

W kolejnym tekście tego samego autora, podpisanego inicjałami „eo”, znalazły się informacje bardziej szczegółowe, uzyskane w wyniku przekopania dziesięciu z dwudziestu siedmiu odkrytych dotąd miejsc egzekucji i tajnego pochówku. Okazało się, że jedynie w dwóch pierwszych grobach znajdowały się szczątki ludzkie, które dało się identyfikować – w pozostałych ośmiu odnaleziono zaledwie „resztki kości, zęby, pierścionki, różańce itp.”. Dla członków komisji badającej zbrodnię w lasach pod Wejherowem stało się jasne, że większość leśnych mogił została przez Niemców otwarta, a ciała ofiar wyjęto z nich i spalono. „W wyniku dotychczasowej ekshumacji 113 zwłok, wydobytych z jednego z grobów nienaruszonych, stwierdzono, że wśród ofiar znajdują się wojskowi, duchowni, kobiety i młodzi chłopcy. Identyfikacja zwłok jest prawie niemożliwa, gdyż czaszki ok. 90 proc. z nich są rozbite kolbami karabinów; poza tym na żadnej z ofiar nie pozostało wierzchniego odzienia (marynarki), ani obuwia. Zwłoki leżą w mogiłach o wymiarze 4 na 6 m, poukładane nieregularnie na głębokości 2–3 metrów. Ofiary ginęły pod gradem kul karabinów maszynowych, trafiane głównie w tułów. Z układu zwłok można wywnioskować, że oprawcy zakopywali ludzi jeszcze żywych, niektórych dobijano kolbami”.

Trzy dni później, 16 października 1946 r., pojawiło się w „Dzienniku Bałtyckim” urzędowe wezwanie skierowane do rodzin potencjalnych ofiar piaśnickiej zbrodni: „W czwartek o godz. 9 sprzed lokalu PZZ [w Gdyni] wyjedzie specjalny autobus, który zabierze członków rodzin pomordowanych do Piaśnicy, by wśród ekshumowanych zwłok mogły poszukać swoich najbliższych. Polski Związek Zachodni wzywa wszystkie zainteresowane osoby do natychmiastowego porozumienia się ze swoim biurem, gdyż w najbliższych dniach odbędzie się manifestacyjny pogrzeb wszystkich ofiar […] gdyńskich pomordowanych w Piaśnicy”. Wezwaniu towarzyszyła krótka nota informacyjna, z której wynikało, że część rodzin uczestniczy już w oględzinach (podano nazwiska kolejnych czterech zidentyfikowanych ofiar). Po raz kolejny pojawiło się też doniesienie o paleniu zwłok – w pobliżu miejsca straceń odnaleziono dwa paleniska.

W drodze

Są to szczegóły, których się nie pamięta. Powolne wspinanie się po schodach, zajmowanie miejsca na drewnianej ławie pod oknem, spojrzenia pustych oczu współpasażerek. Umysł przechowuje inne obrazy – kolumny drzew, doły wydrążone w ziemi i szeregi ciał częściowo wyzbytych swojej materialności, skłębionych, jakby zaplątały się w nazbyt obszernych zawojach koszul, w całunach płóciennych spodni. Kiedy się je przewraca – by bliscy mogli zobaczyć to, co pozostało z twarzy zmarłych, by mogli przyjrzeć się uzębieniu, sprawdzić zawieszone na szyjach medaliki – lecą przez ręce, ciążą ku ziemi, z której je wyjęto. Zrozumiałe, że kadry z piaśnickich polan i duktów w wyobraźni uczestników ekshumacji nakładają się na wszystko, co wydarzyło się wcześniej. Nikt już nie mówi o podróży z Gdyni do Piaśnicy, nikt nie wspomina o autobusie, w którego wnętrzu październikowe powietrze musiało być gęste jak krzepnąca krew. Jechali w ciszy rozbrzmiewającej krzykiem i płaczem minionych lat, nabrzmiałej grozą wynikającą z wiedzy, że dokonało się to, w co nie da się uwierzyć – na spotkanie martwych z martwymi.

A kiedy autobus już się zatrzymał, kiedy jego silnik obrócił się ostatni raz, w zwolnionym tempie, i zamilkł – nikt nie chciał wstać pierwszy. Tam za oknami – pnie sosen, wysokie, sięgające nieba, lecz przecież oni muszą patrzeć w dół, mają więc głowy pochylone, zgięte karki. Kierowca przekręcił już kluczyk w stacyjce, chciałby ziewnąć, rozprostować ramiona, zapalić – a mimo to przez chwilę siedzi nieruchomo, sztywno, obawia się spojrzeć za siebie, nie wie, jak ma przemówić do tego muru milczenia, do tych oczu utkwionych w jednym miejscu, nieprzytomnych, do tych piersi unoszących się, wciąż i wciąż, pod nieregularnym, płytkim oddechem, do ciał stężałych, jakby gotowały się do ostatniego skoku.

Jakiś głos. Nie rozumieją go, muszą się skoncentrować, wyjść z letargu, uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Kto to jest – przedstawiciel policji, może lekarz. Kitel biały, prowadzi ich między drzewa, po ubogiej piaszczystej glebie, porośniętej trawą i krzakami borówek. Więc tak to wygląda. Ten cmentarz. Nie las. A jednak: szelest liści, ptaków gwizd. Spojrzenie wbijając w ziemię, kroczą w mroku bez dna, szczelnie zamknięci na świat – król olch ich woła, król sosen. Będziemy się bawić, aż zbraknie tchu – jego śmiech jest niemiecki, zimny, lodowaty jak krew w ich żyłach.

I oni, podobnie jak ojciec i syn z ballady Goethego, nie mogą uciec od swego przeznaczenia, muszą tkwić w samym środku przerażającego snu. Niech to się skończy – szepcą czyjeś usta. Niech się dokona. Niech minie.

Ale nie minie. Będzie jak nocny koszmar, z którego nie ma wyzwolenia.

Ciąg dalszy za tydzień.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej