Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,​Krzysztof Karnkowski,
20.08.2015 19:13

Nie bójmy się przemysłu pogardy

Fakt, że przemysł pogardy cały czas pracuje, a jego nowymi celami stali się Andrzej Duda i Beata Szydło, jest bezsporny. Ale sytuacja jest zupełnie inna niż w poprzednich latach.

Fakt, że przemysł pogardy cały czas pracuje, a jego nowymi celami stali się Andrzej Duda i Beata Szydło, jest bezsporny. Ale sytuacja jest zupełnie inna niż w poprzednich latach. Zmieniła się bowiem struktura oddziaływania mediów i publiczność.

Inaczej niż 5 czy 10 lat temu, mamy do czynienia z dywersyfikacją przekazu medialnego. W roku 2005 i później front obrony III RP miał do dyspozycji potężne stacje telewizyjne (z wyjątkiem, do czasu, TVP), gazety i portale informacyjne. Do wyborów w 2007 r. w mediach dominowała propaganda klęski, zastąpiona w odpowiednim momencie przez peany na cześć sukcesów Polski pod rządami Donalda Tuska.

Równoczesny atak na opozycję, a przede wszystkim na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, prowadzony był przez całą piekielną machinę. Części społeczeństwa mniej odpornej na medialne warunkowanie udało się zaszczepić tak silną pogardę dla głowy państwa, że nawet jej śmierć była dla wielu osób powodem do żartów czy wręcz okazją do świętowania. Grzegorz Miecugow w sesji zdjęciowej dla jednego z kolorowych pism bawił się na dywanie rozwalonym samolocikiem, a wierny widz jego audycji szykował już broń na Jarosława Kaczyńskiego, by ostatecznie zamordować Marka Rosiaka w łódzkim biurze poselskim PiS‑u.

Druga strona dysponowała właściwie tylko „Gazetą Polską” i blogosferą. Serwisy społecznościowe dopiero zdobywały swoją pozycję, a zwolennicy prawicy, zwłaszcza zaś PiS‑u, początkowo podchodzili do nich raczej nieufnie. Narzędziem zmiany stały się dopiero w roku obecnym, do czego wrócę w dalszej części tekstu.

Ograny mainstream

Taki był pejzaż medialny w roku 2010 i w kolejnych latach. Dziś jednak, dzięki wytrwałości wielu osób, sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Środowisko szeroko pojętej opozycji, najczęściej skupionej wokół PiS‑u, chociaż różniące się między sobą w wielu sprawach i podzielone sporami historycznymi czy też ambicjonalnymi, przedstawia inną od mainstreamowej wizję świata. Czyni to kilka tygodników, portale internetowe, radio i telewizja, a do tego mocna reprezentacja krytyków obozu władzy na Facebooku i Twitterze. Według wielu opinii w wyborach prezydenckich 2015 r. to te ostatnie media odegrały po raz pierwszy w polskiej historii decydującą rolę.

Nie chcąc wysuwać tak radykalnych wniosków, nie mogę nie zgodzić się z tezą, że to właśnie Facebook i Twitter bardzo mocno się na ostatniej kampanii odcisnęły. To tam wyborcy, przede wszystkim z młodszych, niektórym zdawało się, że straconych zupełnie pokoleń (choć w pewnym stopniu była to kwestia uwierzenia w propagandę przeciwnika, ponieważ wyniki wyborów w najmłodszych grupach wiekowych i wcześniej bywały dla PiS‑u lepsze niż wśród trzydziestolatków), spontanicznie i oddolnie uzupełniali luki mainstreamowego przekazu.

To ze środowisk, które przez lata były lekceważone jako istniejące tylko w internecie (nie ukrywam, że czasem również przez piszącego te słowa), wypączkowały grupy obecne na prawie każdym wiecu Bronisława Komorowskiego. Fakt, że Platforma chciała zapisać ich członków do PiS‑u, to nie tylko chęć przypisania łatwych do medialnej dyskredytacji zachowań największemu przeciwnikowi, lecz także oznaka całkowicie błędnego rozpoznania zmienionej sytuacji.

Demaskacja tandety

Oto bowiem na scenę – i to druga kluczowa zmiana – pewniej wkroczył nowy typ odbiorców – młodzi ludzie przyzwyczajeni do internetowych krótkich i mocnych form przekazu, takich jak tweety, wideoblogi czy memy, a przy tym nauczeni dywersyfikacji źródeł informacji.

Początkowo pokolenie to zdawało się podatne na propagandę przemysłu pogardy, przeciwnicy braci Kaczyńskich zaś, jeszcze jako opozycja, dość skutecznie dostarczali podtrzymujących takie nastroje treści. Władza jednak rozleniwia, a przy tym lepiej czuje się w mediach, nad którymi sprawuje większą kontrolę.

Dziś wyjałowiona intelektualnie Platforma, nawet gdy próbuje odzyskać internet, czyni to za pomocą zdjęć i grafik utrzymanych w poetyce socrealistycznej propagandy sukcesu. Tym samym nakręca spiralę własnego upadku. Idealnie opisuje to żart: „Co robi Ewa Kopacz, gdy jeździ po Polsce? Pozuje do nowych memów”. Coraz bardziej rozpaczliwe działania rządu można próbować sprzedawać społeczeństwu w odpowiednio skonstruowanych materiałach telewizyjnych, ale internet wyciąga z nich samo sedno – tandetę, obciach i brak jakiejkolwiek refleksji nad przyczynami własnych porażek.

Platforma obrywa zresztą swoją własną bronią, gdyż to właśnie osoby z nią związane, kreatorzy nastrojów z agencji wizerunkowych, przez wiele lat tworzyły nastrój bezlitosnego potępienia wszystkiego, co może wydawać się zacofane, siermiężne, wstydliwe. Rządy tej partii i kadencja prezydenta Komorowskiego, a zwłaszcza zakończona kampania prezydencka i rozpoczęta parlamentarna, wyciągnęły na wierzch z ludzi PO te wszystkie cechy, które dotąd przedstawiane były jako najgorsze i niewybaczalne. Zwłaszcza jedną, która podnosi pozostałe do kwadratu – niespotykaną, nawet w czasach rządów SLD, arogancję władzy.

Skompromitowany jak Michnik

Wizerunkowa nieudolność, połączona z całkowitym zagubieniem, jest dzisiaj o wiele ważniejsza niż kolejne wypowiedzi hojnie opłacanych ekspertów i weteranów PRL-owskich służb i dyplomacji, dezawuujących polityczne działania i plany Andrzeja Dudy.

Nowy prezydent i stojąca za nim partia nie są oczywiście teflonowi, jak w swoim czasie Donald Tusk, wyraźnie jednak są dziś na fali. Duda, który jak na razie doskonale omija medialne pułapki, maksymalnie wykorzystując bezpośrednie i internetowe możliwości kontaktu z ludźmi, zyskuje sympatię wielu wyborców, którzy jeszcze w maju pozostali niezdecydowani. Prawo i Sprawiedliwość w kolejnych sondażach notuje dużą, czasem zbliżającą się do dwukrotnej, przewagę nad Platformą Obywatelską, a to w oczach części wyborców znużonych PO i skłonnych premiować potencjalnego zwycięzcę zmywa wiele dotychczasowych stygmatów. Skuteczne zaś kilka lat temu ataki coraz częściej traktowane są – zgodnie ze stanem faktycznym – jako próby obrony słabnącej władzy, do tego wygłaszane z pozycji mocno nadwerężonego autorytetu.

Dziennikarze „Gazety Wyborczej” czy gwiazdorzy TVN‑u, po wielokroć ośmieszeni i skompromitowani, nie mają już dawnej mocy namaszczania i obalania rządów. Internet wystarczająco wiele razy przemielił tysięczne wpadki Jarosława Kuźniara czy histeryczne, pełne nienawiści wpisy Jacka Pałasińskiego, by większość odbiorców gotowa była znów opierać swoje polityczne wybory wyłącznie na ich opiniach.
W dzisiejszych czasach coraz większe znaczenie odgrywają obrazy. Jednak kiedy kilka lat temu polityczną rozmowę ucinało zmanipulowane zdjęcie Lecha Kaczyńskiego z szalikiem reprezentacji, dziś raczej będzie to autentyczna fotografia Adama Michnika, Czesława Kiszczaka, Moniki Olejnik i Agnieszki Kublik. Coraz łatwiej też znaleźć odpowiedni, choć niewygodny cytat (ot, choćby nie tak dawne słowa Radosława Sikorskiego o Putinowskiej Rosji) lub wytknąć politykowi niekonsekwencję.

Wszystko to nie znaczy, że przemysł pogardy można całkowicie zignorować. Na kłamstwa trzeba reagować sprostowaniami, na manipulację – pokazywaniem prawdy, a na nadęcie – uśmiechem. Nie można jednak dać się sparaliżować lękiem przed tym, co napiszą prorządowi dziennikarze o opozycji lub za co skrytykują prezydenta. Trzeba konsekwentnie budować własne sposoby komunikacji z wyborcami, co jest dziś łatwiejsze niż kiedykolwiek.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej