Śmierć generała (4)
Niezależnie od tego, jak działa nasza wyobraźnia, niezależnie od tego, jaką interpretacyjną siatkę narzucamy na zaistniałe w czasie i przestrzeni fakty, mają one również konkretnych ludzkich r
Finał życia generała brygady Józefa Konstantego Olszyny-Wilczyńskiego pragnąłbym ujrzeć właśnie tak – jako sekwencję wydarzeń zainscenizowaną i odegraną z zachowaniem żelaznych zasad polityczno-historycznej logiki, jako przewidziane następstwo tej, a nie innej przyczyny, jako rezultat działania intencjonalnego, nakierowanego na osiągnięcie ściśle określonego celu.
W rękach bolszewików
22 września 1939 r. o 6.30 sprzed szkoły powszechnej w Sopoćkiniach-Teolinie rusza samochód wiozący wysokich rangą polskich oficerów. Wjeżdża w mleczne światło poranka, w pustkę ewakuowanego nadgranicznego miasteczka. Koła grzęzną w błocie rozmokłej drogi. Prawdopodobnie nad powierzchnią ziemi unoszą się strzępy mgły – wniosek taki wyciągam z następującego fragmentu relacji Alfredy Wilczyńskiej: „Jechaliśmy może pięć minut, gdy zamajaczyły przed nami czołgi sowieckie” (czasownik „zamajaczyć” znaczy „ukazać się, zarysować się mgliście, niewyraźnie”). Pasażerowie długiego, mało zwrotnego buicka dostrzegają Rosjan zbyt późno, nie ma już jak zawrócić, ucieczka jest niemożliwa: „Zanim szofer zdążył przełożyć biegi obskoczyli nas żołnierze sowieccy z granatami ręcznymi i karabinami gotowymi do strzału z okrzykiem »stój, wylezaj, a to ubjem na miestie«. Opierać się, czy wyjść – rezultat ten sam, bo wszystko stało się tak błyskawicznie, że obrona z samochodu była zupełnie niemożliwa. Pierwszy wysiadł kapitan, za nim ja, a w końcu mąż, szofer i pomocnik. Zostaliśmy otoczeni od razu. Przed każdym z nas stał jeden bandyta z granatem przy twarzy, a drugi z wycelowanym karabinem, zaś dwaj komisarze poczęli nas rewidować, przede wszystkim mnie, potem kapitana [adiutanta] i męża. Zabrali nam wszystko: ubranie, pieniądze, wszelkie drobiazgi, a nawet zepsutą zapalniczkę kapitana”.
Wilczyńska zdążyła jeszcze pożegnać się z mężem, po czym została odprowadzona do pobliskiej stodoły. Kilka minut później, w ciszy, jaka zapadła po karabinowej salwie, otwarły się drzwi i do rąk generałowej trafiła walizka męża obwiązana jego generalskim akselbantem. Kobieta chciała wydostać się z zamknięcia, ale została powstrzymana przez inne osoby uwięzione w budynku. Wkrótce na zewnątrz rozgorzała walka, w pobliżu padały pociski – to jakiś zabłąkany oddział polski ostrzeliwał pozycje wroga.
Kiedy Wilczyńskiej udało się wreszcie opuścić stodołę, po sowieckich czołgach nie było śladu: „Wybiegłam […] mimo protestów i gróźb, i już z daleka zobaczyłam dwie ciemne plamy na polu pod krzakami. Biegłam szybko przez mokradła, a za mną wybiegł jeden z mężczyzn ze stodoły. Wiedziałam już, że tam leży mój mąż i jego adiutant, lecz miałam […] nadzieję, że może jeszcze żyją, może są tylko ranni. Niestety, widok, który ukazał się moim oczom, był tak okropny, że nie miałam sił iść dalej. W oczach mi wszystko tańczyło. W tym momencie mężczyzna, który szedł za mną, chciał mnie zawrócić, a pozostali wołali z daleka, żeby nie zbliżać się do leżących, bo bolszewicy mogą nas za to rozstrzelać. To mi dało siły i energię do opanowania nerwów. Nie, nie, krzyknęłam – ja go muszę zobaczyć, muszę podejść blisko, bo go tak nie zostawię tutaj! Wyrwawszy się z rąk trzymającego mnie pobiegłam naprzód, lecz siły znowu mnie opuściły. Nie mogłam znieść tego widoku”.
Ciała
W tym miejscu muszę się przyznać, że wszystko, co napisałem wcześniej, napisałem tylko po to, by przedstawić widok, który ukazał się oczom generałowej Wilczyńskiej, widok, którego nie mogła znieść. Od samego początku jedynie to (lub – bądźmy precyzyjni – niemal jedynie to) w całej tej ponurej i dramatycznej historii mnie interesowało: trup generała. Nie chodzi jednak – zastrzegam z całą mocą – o niezdrową fascynację śmiercią. Istotny wydaje mi się symboliczny potencjał tkwiący w owej scenie spod Sopoćkiń i Teolina, jego ukryty sens, ściśle związany z myślą o przyczynach i skutkach historycznych wydarzeń. Ktoś planuje, ktoś realizuje. Efekt przewidziano na samym wstępie, zanim podjęto działanie. Jest nim martwe ciało polskiego generała, leżące na mokradłach, w błocie, ciało twarzą zwrócone ku ziemi. Jeślibym miał być w pełni precyzyjny, musiałbym dodać: zwłoki Józefa Olszyny-Wilczyńskiego to połowa rezultatu, jaki zamyślił sobie ktoś, kto wysłał sowieckie czołgi w okolice Sopoćkiń i Teolina, kto postawił je na drodze wojskowego buicka. Druga połowa to martwe ciało adiutanta, kapitana Mieczysława Strzemeskiego, równie szczegółowo opisane przez generałową. Jej słowa muszę przytoczyć bez opuszczeń i skrótów:
„Mąż leżał twarzą do ziemi, lewa noga pod kolanem była przestrzelona w poprzek z karabinu maszynowego. Tuż obok leżał kapitan z czaszką rozłupaną na dwoje, a zawartość czaszki leżała obok, wylana jako jedna krwawa masa. Na czerepie sterczały zmierzwione, oblepione krwią włosy. Głowa męża była nienaruszona, lecz bałam się odwrócić go twarzą do góry, obawiając się, że twarz będzie tak samo zmasakrowana jak kapitana. Poprosiłam więc owego mężczyzny, żeby on najpierw zobaczył, jak mąż wygląda, ja stanęłam z boku i ukradkiem podpatrywałam, chcąc się przekonać, czy będę mogła znieść ten widok. Na szczęście głowa męża była cała, tylko oczy i nos stanowiły jedną krwawą masę, a mózg wyciekał uchem. Ten mózg, tak pełen wiedzy i mądrości, wylewał się teraz jako ciecz obojętna na ból i cierpienie ludzkie. Widok był potworny. Podeszłam bliżej, zbadałam serce i puls, choć wiedziałam, że to jest daremne. Był jeszcze ciepły, lecz nie żył. Zginął, a wraz z nim wyniki dwudziestokilkuletniej pracy, tam w Grodnie, w mieszkaniu wraz z 2-tysięczną biblioteką i wszystkim, czym żył przez lat 49. Nic po nim nie pozostało prócz pamięci i rozpaczy w moim sercu. Zaczęłam gorączkowo szukać jakiegoś drobiazgu, jakiejś pamiątki, lecz w kieszeniach męża nie było nic. Zrabowali nawet Virtuti Militari i ryngraf, i Matkę Boską, którą mu włożyłam do kieszeni w pierwszym dniu wojny. Stałam oniemiała, bez myśli, bez słowa... Na ranie pod kolanem siedziały muchy, czarne, potworne muchy...”.
Dziura w głowie
Dwa punkty powyższej relacji zasługują na szczególną uwagę. Po pierwsze – rejestr działań sowieckich oprawców, które nakierowane są, zapewne nie w pełni świadomie, na likwidację wszelkich rysów indywidualnych ofiary. Zostaje ona obrabowana z przedmiotów cennych, mogących posłużyć jako znaki rozpoznawcze („zaczęłam gorączkowo szukać […] jakiejś pamiątki” – mówi Alfreda Wilczyńska); krzyż Virtuti Militari, ryngraf i medalik z wizerunkiem Maryi lądują w kieszeniach bolszewików. Znamienny jest opis twarzy generała, zamienionej w „krwawą masę”. Indywidualność, odrębność, niepowtarzalność osoby – ich znakiem jest ludzka twarz – ulegają unieważnieniu. Wszystko, co pozostaje po generale brygady Józefie Konstantym Olszynie-Wilczyńskim, to trudny do zidentyfikowania, skrwawiony ludzki kłąb oraz „pamięć i rozpacz […] w sercu” najbliższej mu osoby. Kiedy ciało trafi do grobu, będzie już tylko pamięć, przekazywana (lub nie) następcom przez świadków i uczestników wydarzeń.
Od indywidualnego wspomnienia, od osobistego świadectwa konkretnych osób zależy trwanie wartości uosabianych przez zmarłego. Jeśli nie będą one przekazywane i kultywowane – przestaną wywierać wpływ na kształt wspólnoty, z której zmarły wyszedł i którą współtworzył. Wszystko pokryje milczenie. Wtedy zakończy się proces tworzenia nowej zbiorowości – będzie można mówić o ukonstytuowaniu się masy, nieświadomej własnej przeszłości, zdezorientowanej, łatwo poddającej się prowadzeniu. W zamyśle Stalina kolejne etapy działań podejmowanych przez Armię Czerwoną, NKWD i rosnącą rzeszę poputczyków służyć miały właśnie temu – zrujnowaniu polskiej wspólnoty, przecięciu więzów łączących jej poszczególne elementy, usunięciu spoiwa konstytuującego zbiorowy organizm.
Drugim z kluczowych fragmentów relacji generałowej Olszyny-Wilczyńskiej, fragmentem o najmocniejszym nacechowaniu semantycznym, jest opis głów polskich oficerów zamordowanych nieopodal Sopoćkiń – rozłupanej na dwoje czaszki kapitana Strzemeskiego (autorka relacji nazywa ją także „czerepem”; zawartość owego otwartego czerepu wylewa się na zewnątrz „jako jedna krwawa masa”) oraz głowy generała, której czaszka nie została co prawda naruszona, ale mózg zmarłego wycieka uchem. „Ten mózg, tak pełen wiedzy i mądrości, wylewał się teraz jako ciecz obojętna na ból i cierpienie ludzkie” – powiada Alfreda Wilczyńska.
Jakie znaczenie ma obraz wydrążonych żołnierskich głów, co ma nam do powiedzenia?
Mówi nam ta scena z podsopoćkińskich mokradeł, że zamysł agresora jest równie prosty, co przerażający: republikę Polaków należy rozbić, miażdżąc głowy najlepszych synów Rzeczypospolitej. Trzeba sprawić, by ze zbiorowej polskiej głowy wyciekł mózg, by to, co pełne było „wiedzy i mądrości”, przemieniło się w „ciecz obojętną na ból i ludzkie cierpienie”, by ośrodek zbiorowych myśli i uczuć stał się bezimienną „krwawą masą”. Czerep strzaskany, głowa z dziurą, przez którą wydostaje się tkanka mózgowa, niczego nie będzie pamiętać, nic już nie powie, niczego nie obmyśli ani nie przedsięweźmie.
Chyba że w ten zbiorowy pusty czerep, w tę głowę wydrążoną, wcisną jakiś inny – całkiem nowy mózg.