Listy PO: prymus z trójką
Bohaterami ostatnich dni, dzięki listom wyborczym Platformy Obywatelskiej, nie stali się premier Ewa Kopacz, ani faktycznie układający listy Donald Tusk.
Zalewski w 2007 r. odszedł z Prawa i Sprawiedliwości. Przez kolejne lata funkcjonował jako pozytywny przykład człowieka, który będąc fachowcem w swojej dziedzinie, nie buduje swojej pozycji w PO na opluwaniu dawnych kolegów. W tekstach konserwatywnych publicystów przywoływany był jako chlubny wyjątek, zwłaszcza w kontekście takich figur, jak Kazimierz Marcinkiewicz czy Michał Kamiński. Obecna aktywność medialna Zalewskiego związana jest zresztą z tym ostatnim. Zanim jednak obecność Kamińskiego w otoczeniu Ewy Kopacz stała się problemem numer jeden europosła Pawła Zalewskiego, zmienił on nagle i dość zaskakująco sposób pisania o dawnych kolegach z Prawa i Sprawiedliwości. Kilka miesięcy temu, gdy okazało się, że tym razem wejście do Sejmu z list PO nie będzie już formalnością, walka o miejsca biorące mocno się nasiliła. Zalewski, ku konfuzji ceniących go publicystów, włączył się do niej, zaostrzając swój język i publikując na Twitterze wpisy, które, gdyby ich autor nie był znany, przypisalibyśmy raczej kilku innym gwiazdom PO.
Wojna na Twitterze
Frustracji Zalewskiego (podobnie jak Kamińskiego, do którego wrócimy za chwilę) trudno się dziwić. Polityczny wybór, który miał być przyszłościowy i pragmatyczny, po kilku latach okazuje się krótkowzroczny. Pierwszą zapowiedzią końca prosperity było nieuzyskanie reelekcji w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2014 r. Kolejną szansą miały być wybory krajowe jesienią tego roku. Dziś jednak to dawni koledzy z PiS‑u idą coraz pewniej po wygraną, w Platformie zaś trwa permanentny bój o biorące i prestiżowe miejsca na listach. Widzimy, że – wbrew intencjom Ewy Kopacz – partyjna dyskusja nie kończy się wraz z ich ujawnieniem. Jest wręcz przeciwnie – po piątkowej konferencji, na którą dziennikarze musieli czekać wiele godzin, spory wybuchły z jeszcze większą siłą, najwięcej zaś dzieje się wokół Zalewskiego i jego konta na Twitterze. 7 sierpnia, a więc w dniu ogłoszenia list, pierwszą burzę wywołał jego wpis „Mam nadzieję na wzmocnienie Platformy, ale z panami Kamińskim i Giertychem nie odzyskamy zaufania Polaków”. Ten pierwszy komentarz do ogłoszenia list odbił się szerokim echem zarówno wśród zwolenników Platformy, jak i jej przeciwników, zadowolonych z upublicznienia konfliktu. Jedną z reakcji był kuriozalny tweet Radosława Sikorskiego.
„@ZalewskiPawel@GiertychRoman@kaminskimichal Uchodźcy polityczni z 4RP, łączmy się!”. Chociaż pojawiły się też głosy, że Zalewski po prostu wylewa frustrację z powodu umieszczenia go na liście za Michałem Kamińskim. Znalazło się również wielu wyborców Platformy, którzy powiedzieli to, co było przecież do przewidzenia dla każdego poza panią premier. Ani Michał Kamiński, ani tym bardziej Roman Giertych nie są i nigdy nie będą z ich politycznej bajki.
Miejsca żal
9 sierpnia, ignorując apel Sikorskiego, Zalewski pisał dalej. „Nie mogę pojąć, jak na obywatelskiej liście znalazł się spin doktor spychający nas w stronę pustego PR i odciągający od realnych problemów”, po czym pytał: „Wzywałem, by skompromitowani nie byli na listach. Skąd zatem p. Kamiński, który do września jest pod lupą CBA. Czy wtedy będziemy zmieniać listy? Czy możemy wiarygodnie walczyć z ubóstwem ze spin doktorem noszącym na ręce 37 tys. zł? Jego wykręty w tej sprawie bada CBA. Oceńmy je też sami”. Każdy z tych wpisów zyskiwał duże poparcie obserwujących profil Zalewskiego. Najmocniejsze słowa padły jednak w odpowiedzi na apel, by zamiast tworzyć podziały, jednoczyć się wokół Ewy Kopacz: „Z p. Kamińskim robiącym z tyłu miny, jakby nasza liderka była niepełnosprawna umysłowo?” – rzucił były wiceprezes PiS‑u.
Krytycy ostatecznie walczącego o mandat z trzeciego miejsca polityka zwracają uwagę na fakt, że wcześniej nie zajmował się Kamińskim i Giertychem, więc dzisiejsza, całkiem słuszna krytyka decyzji podjętych przy układaniu list wynika wyłącznie z obrony własnych interesów. Zalewski sprzed kilku raptem miesięcy, wstrzemięźliwy w walce z opozycją i w miarę przynajmniej merytoryczny, mógłby szukać własnej drogi budowania poprawnych relacji z PiS‑em, tak jak dziś zdaje się robić posłanka Lidia Staroń czy, na innym poziomie, wicepremier Tomasz Siemoniak. Chcąc zwrócić na siebie uwagę partyjnych władz, Zalewski postanowił jednak przebrać się w szaty internetowego hejtera.
Dzisiejsza niechęć do Kamińskiego (i Giertycha, którego trzeba traktować jako kandydata Platformy, puszczając mimo uszu karkołomne zaprzeczenia działaczy PO) jest zapewne jednak motywowana nie tylko żalem. Gdy Paweł Zalewski odchodził z PiS‑u, Michał Kamiński, który wtedy jeszcze był w tej partii, ostro polityka zaatakował. Powiedział nawet, że takim jak „herr Zalewski” w czasie okupacji golono głowy. W wyniku tego panowie starli się w sądzie. Kamińskiego reprezentował… Roman Giertych. Spór sądowy zakończył się ugodą zawartą wtedy, gdy już obaj – i Kamiński, i Giertych – aspirowali do PO.
Złośliwy jak Tusk
Dziś umieszczenie Pawła Zalewskiego tuż za Michałem Kamińskim na liście wyborczej świadczy o sporej złośliwości tego, który listę PO układał. Donald Tusk, jak wiemy, z serdeczności wobec polityków partyjnych, których nie lubi, nie słynie. Dla Pawła Zalewskiego to oczywiste upokorzenie.
Tymczasem jedynka na tej liście przypadła ostatecznie Małgorzacie Kidawie-Błońskiej, której, jako konkurencji w Warszawie, bała się sama Ewa Kopacz. Dzisiejsza marszałek Sejmu musiała ustąpić pani premier, która w okręgu dającym PO całkiem spore szanse na wygraną wystawiła mocno asekuracyjną listę. Trudno za mocną kandydatkę uznać Joannę Kluzik-Rostkowską, autorkę reform budzących sprzeciw również w sporej części elektoratu PO. W tym wypadku autorytarne manipulowanie listami przez duet Tusk–Kopacz przynieść może upragnioną wygraną, tyle tylko, że w skali kraju będzie to zwycięstwo pyrrusowe.
„Nie będę z Pawłem Zalewskim polemizował. Byłem weryfikowany przez wyborców w wyborach europejskich” – mówi zadowolony z siebie Michał Kamiński. Wszystko wskazuje na to, że kolejna weryfikacja przyniesie bardzo podobny rezultat nie tylko dla głównego speca od wizerunku Ewy Kopacz, ale i wielu jej partyjnych kolegów.
Krzysztof Karnkowski