Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Jacek Liziniewicz,
01.06.2015 20:01

​Społeczeństwo obywatelskie po stronie PiS-u

To była chyba najbardziej zaskakująca kampania wyborcza po 1989 r. Na naszych oczach zmieniły się również zasady gry.

To była chyba najbardziej zaskakująca kampania wyborcza po 1989 r. Na naszych oczach zmieniły się również zasady gry. Okazało się, że można mieć przewagę w mediach, poparcie celebrytów i różnego rodzaju autorytetów, a jednak przegrać wybory. Internet i społeczeństwo obywatelskie pokazały swoją siłę.

Do jednej z komisji wyborczych w Lublinie przychodzi młody człowiek. – Co ten pan tu robi? – pyta, wskazując palcem na męża zaufania z komitetu wyborczego Andrzeja Dudy. Po chwili w lokalu wybucha awantura o plakietkę noszoną przez męża zaufania. Młody człowiek uważa, że umieszczona tam nazwa komitetu łamie ciszę wyborczą. Tłumaczenia odbijają się jak groch o ścianę. – Dlaczego w takim razie nie ma nikogo z Platformy? – pyta niezrażony, nie zdając sobie sprawy z tego, jak się kompromituje. Ostatecznie złożył najbardziej absurdalny protest wyborczy w tych wyborach.

Co z tą Platformą?

Historia, którą opowiedział mi jeden z członków lubelskiego Klubu „Gazety Polskiej”, dobrze obrazuje, jak wyglądała kampania prezydencka. Sztab Bronisława Komorowskiego miał w swojej talii najmocniejsze karty: poparcie największych i najpotężniejszych koncernów medialnych, setki gotowych na wszystko dziennikarskich cyngli, tabun celebrytów prześcigających się w lizusostwie wobec władzy, setki tysięcy opłacanych urzędników bezmyślnie popierających obecny układ. To wszystko plus badania opinii publicznej rządowej sondażowni sprawiało, że jeszcze w lutym większość komentatorów zastanawiała się, z jaką przewagą Bronisław Komorowski zwycięży w pierwszej turze.

Nic jednak z tego, bo była jedna rzecz, której nie można kupić – zaangażowanie. To było zdecydowanie po stronie prawicy. W Ruch Kontroli Wyborów włączyło się kilkadziesiąt organizacji społecznych z całej Polski. Różniących się często poglądami, ale mających ten sam cel – przywrócić w Polsce uczciwość procesu wyborczego.

Do tego włączyły się kluby „Gazety Polskiej” z całego kraju i zagranicy, które poza samym pilnowaniem wyborów aktywnie wspierały również kampanię. Każdy robił tyle, ile mógł, ale najczęściej dawał z siebie wszystko. – Zachwyciła mnie postawa jednej z klubowiczek, pani Ireny Zyzak z Żywca. Członkini Klubu „Gazety Polskiej” mimo swoich 80 lat rozdała 3 tys. ulotek kandydata PiS-u – opowiadał mi poseł Stanisław Pięta, który blisko współpracuje z klubowiczami. Podobne przykłady można by mnożyć. Choćby w Elblągu Klub „GP” zorganizował akcję głosowania przez pełnomocników. Docierając do osób starszych, schorowanych i niepełnosprawnych, w sumie zdobył 120 głosów, które inaczej by przepadły.

Rozbrajanie wrzutek

Takiej mobilizacji jak w ostatnich miesiącach nie było widać chyba w żadnej innej kampanii wyborczej po 1989 r. Ta widoczna była gołym okiem w Polsce lokalnej. Setki tysięcy rozwieszonych plakatów i banerów pokazuje, jaka była przewaga obozu niepodległościowego.

Jeszcze bardziej brutalny dla kandydata Platformy był internet. W ciągu kilku ostatnich miesięcy powstało dziesiątki tysięcy żartów, tekstów, analiz, grafik naigrawających się z Bronisława Komorowskiego. Internauci natychmiast reagowali na wszystkie propagandowe wrzutki obozu rządzącego. Tak było chociażby przy okazji spotu PO głoszącego, że za Andrzejem Dudą stoi Jarosław Kaczyński. Natychmiast rozpoczęto akcję pokazującą, kto tak naprawdę stoi za kandydatem PiS-u.

Internauci prześcigali się w pokazywaniu zdjęć kandydata PiS-u z różnymi osobami, które ustawiono za nim. „Za Dudą stoi naród” – głosił jeden z memów, pokazujący polityka, za którego plecami widać było tłum Polaków.

Drugim przykładem udanej akcji internetowej może być inicjatywa zachęcająca ludzi do zabierania na głosowanie własnych długopisów. Jak opowiadali później mężowie zaufania i członkowie komisji, spotkała się ona z powszechnym odzewem. Jak się okazało, nigdzie w Polsce nie stwierdzono użycia długopisów ze znikającym atramentem, fama jednak poszła w Polskę. Wiele osób opowiadało mi po pierwszej turze, że w lokalach wyborczych dokonywali podmian, by w domu na spokojnie przyjrzeć się pisakom oferowanym przez komisje wyborcze.

Cały tekst ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie"
 

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej