Bo jestem z kraju smutnego Ilotów…
„Dziś umrzeć lub zwyciężyć potrzeba! Idźmy, a piersi wasze niech będą Termopilami dla wrogów! ” – wołał Piotr Wysocki do podchorążych, gdy w listopadowy wieczór 1830 r.
Tę straceńczą determinację słychać także w napisanej pół roku później w „Warszawiance”: „Powstań, Polsko, skrusz kajdany,/Dziś twój tryumf albo zgon!”. Ale to były tylko słowa. Fakty były inne – to właśnie determinacji i odwagi zabrakło dowódcom powstania, o którym po dziś dzień sądzi się, że spośród wszystkich polskich insurekcji miało największą szansę na zwycięstwo. Zaprzepaszczoną.
Toteż przywołane przez Wysockiego porównanie z Termopilami z czasem stało się źródłem goryczy i wstydu Juliusza Słowackiego, który pisał w „Grobie Agamemnona”: „Na Termopilach? – Nie, na Cheronei/Trzeba się memu załamać koniowi,/Bo jestem z kraju, gdzie widmo nadziei/Dla małowiernych serc podobne snowi/Więc jeśli koń mój w biegu się przestraszy,/To tej mogiły – co równa jest – naszej./Mnie od mogiły termopilskiej gotów/Odgonić legion umarłych Spartanów;/Bo jestem z kraju smutnego Ilotów,/Z kraju – gdzie rozpacz nie sypie kurhanów,/Z kraju – gdzie zawsze po dniach nieszczęśliwych/Zostaje smutne pół – rycerzy – żywych./Na Termopilach ja się nie odważę/Osadzić konia w wąwozowym szlaku,/Bo tam być muszą tak patrzące twarze,/Że serce skruszy wstyd – w każdym Polaku./Ja tam nie będę stał przed Grecji duchem –/Nie – pierwej skonam: niż tam iść – z łańcuchem”.
Życie w wychodku
W istocie alternatywa triumf albo zgon, okazała się złudna. Polska ani nie wygrała, ani nie zginęła. Wiodła swoją kwestionowaną, niepewną, wątpliwą egzystencję zniewolonego kraju, którego mieszkańcy skazani byli na los obywateli drugiej kategorii: zabijanych, więzionych, grabionych, wypędzanych z własnych domostw, przemocą wcielanych do obcych armii. Wegetujących w dziwnym półtrwaniu, które upokarzało kolejne pokolenia, paczyło charaktery, krępowało rozwój, pozbawiając szans na uzyskanie wykształcenia, karierę zawodową, pomyślność osobistą. Poczucie hańby przechodziło z ojca na syna, aż wreszcie pewien wierny czytelnik Słowackiego ujął objawioną przez wieszcza udrękę wstydu i poniżenia w słowa męskie i dosadne, skierowane do przyjaciela w liście z 1908 r.: „Walczę i umrę jedynie dlatego, że w wychodku, jakim jest nasze życie, żyć nie mogę, to ubliża – słyszysz! – ubliża mi, jako człowiekowi z godnością nie niewolniczą”. W dziesięć lat później został naczelnikiem państwa, które odzyskało niepodległość. Na krótko, bo niebawem znów ją utraciło. Sądząc po czołobitności, z jaką akceptuje nadużycia władzy, po pokorze, z którą znosi jej butną arogancję – nadal nie zdołało mentalnie wydobyć się z niewoli. Pozostaje „krajem smutnym Ilotów”. I nawet wstydu już nie odczuwa.
Niepojętym zrządzeniem Opatrzności wciąż jednak wydaje poetów, którzy próbują to czytelnikom uświadomić. Jeden z najwybitniejszych, Jan Polkowski, opublikował właśnie tom przejmujących tekstów pt. „Polska moja miłość”. Piszę: teksty, bo większość z nich powstała jako artykuły publicystyczne dla tygodnika „wSieci”, tym niemniej jest to publicystyka bardzo szczególnej próby, co i rusz przeobraża się w esej, czasem krytyczny, czasem wręcz literacki. Złożona w koherentny zbiór o przemyślanej kompozycji zyskuje nową jakość. Stanowi panoramę duchowego zniewolenia, którego wspólnota – niegdyś mężna i samodzielna, a obecnie ubezwłasnowolniona – nie jest w stanie pokonać.
„Polska moja miłość”
Któż zdolny jest nadać książce taki tytuł dzisiaj, gdy szydercy i błazny podają ton, kapłanów zaś przegnano gwizdami i rechotem? Tylko człowiek duchowo nieulękły wobec kpin gawiedzi. Bo w tytułowej frazie nie ma cienia ironii. Eseje Polkowskiego przesycone są tkliwą, chciałoby się rzec: synowską miłością wobec ojczyzny, pełną wdzięczności i podziwu dla jej tradycji, współczucia dla poniewierki: „I nie rozstrzygnę, czy udatniej lepi ze mnie człowieka trzynastozgłoskowiec Mickiewicza, czy międzygwiezdne strofy Norwida, wysoki ból Herberta czy sens losu oświetlony słowami Józefa Mackiewicza. Muszę ciągle na nowo się zastanawiać, co silniej, co radośniej i boleśniej związało mnie z polskością, nienawidzoną dzisiaj tak fanatycznie: piosenki mojej Mamy, bezimienni umarli, spalony dwór w Pniowie na Wileńszczyźnie, łagrowe wrzody Ojca czy duch mego prapradziada Mateusza, który walczył na Litwie w powstaniu styczniowym. […] Bo choćbyś zaklinał czas, nienawiść i śmierć, choćbyś zdeptał przeszłość i usiłował przehandlować przyszłość – jesteś po stokroć Polakiem. I przyjdzie czas, gdy pod powiekami, których już nie będziesz mógł otworzyć, zobaczysz jak w witrażach krajobrazów mży światłem twoja ciemna, wielogłosowa ojcowizna”.
Piękne, prawda? Ale w polifonicznej fakturze tych tekstów słychać nie tylko liryczne wzruszenie, także gniew i jadowity sarkazm. To nie jest miłość bezbronna, w konfuzji, wycofana, bierna. Z pasją walczy o swoje prawa przeciwko tym wszystkim, którzy próbują ją zniszczyć. Polkowski obszernie przedstawia trwające od stuleci i nadal kontynuowane rosyjskie i niemieckie manipulacje, zmierzające do zdyskredytowania Polski i Polaków. Bez kompleksów i cienia troski o polityczną poprawność rozprawia się ze stereotypami nazistowskiej i bolszewickiej propagandy, pokazuje, jak bezmyślnie ulega jej zachodnia opinia publiczna. Chyba najmocniej jednak chłoszcze naszą własną, skundloną elitę, odrzuca wszelką pokusę empatii, gdy uzmysławia – np. komentując wspomnienia Jerzego Zawieyskiego, Juliana Stryjkowskiego, Janusza Weissa – jak znieprawiło ją komunistyczne dziedzictwo. Nie przebiera w słowach, sięgając aż po najmocniejsze: „Podglebiem wirusa zdrady jest przeświadczenie, że można się zdystansować od polskiej kultury, polskiej historii, polskiej wspólnoty i być członkiem elity. A to przecież również mutacja zdrady – choć działa milczą i wokół szaleje przeraźliwy pokój. Ojczyzna to przecież wypracowana przez naród wspólnota kultury, historii i prawa kodyfikującego państwową formę jego istnienia. […] Mając taką elitę ilość posiadanych przez polską armię czołgów jest bez znaczenia”.
Niech wasza mowa będzie: tak, tak; nie, nie
Zarówno polska wielkość, jak i niegodziwość i zniewolenie zapisane są w języku, przekonuje Polkowski. Rozważania poświęcone urodzie polszczyzny (czasem zapomnianej w archaizmach) wprost urzekają czytelnika. Z kolei te, które obrazują jej współczesną degenerację – przerażają: „oficjalny język polski żywi się żarłocznie padliną komunistycznej nowomowy i czerpie obficie – nie tylko z jej słownikowych zasobów. Żyją w nim ukształtowane przez totalitarne państwo bezwarunkowe odruchy strachu, bojaźliwe zabobony, procesy wyparcia, obszary tabu i mechanizmy pozbawiania słów podstawowego znaczenia […] w przestrzeni publicznej funkcjonuje pokraczne narzecze, nobilitująco-nowoczesne, nihilistyczno-postępowe, które skutecznie jak Alzheimer izoluje ludzi od realnego świata”.
Namysł nad losem polszczyzny owocuje wskazaniem, jak wydobyć się z duchowej i umysłowej matni, w której zaplątała się nasza zbiorowa świadomość: „Gdy odnalezioną na nowo, nieogarnioną polszczyzną dotkniemy piękna, dobry dzień pochyli się i dogoni nas wolność”.
Staniemy wówczas na drodze, która może wyprowadzić nas „z kraju smutnego Ilotów”. Jakie to będzie uczucie, na razie możemy posmakować, czytając „Polskę moją miłość”, bo napisał ją „człowiek z godnością nie niewolniczą”. Wirtuoz języka, którego moc wynika z podporządkowania się „Kazaniu na Górze”: „Niech wasza mowa będzie: tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi”.