Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Przemysław Dakowicz,
05.10.2014 16:01

W warszawskim kotle

Pierwsze dni października. Ciepły wieczór. Wychylam się przez okno w lewej oficynie naszej kamienicy i spoglądam w górę. Niebo nad Łodzią jest pogodne.

Pierwsze dni października. Ciepły wieczór. Wychylam się przez okno w lewej oficynie naszej kamienicy i spoglądam w górę. Niebo nad Łodzią jest pogodne. Kępki obłoczków, podświetlone ostatnimi promieniami zachodzącego słońca, suną miarowo z południa na północ. Na dnie podwórka-studni zmierzch rozkłada swoje pierwsze namioty. Z oddali dochodzą odgłosy miasta: szmer samochodów, dalekie wycie karetki pogotowia, przytłumione echa rozmów i kroków.
 
Patrzę w niebo i myślę o Warszawie w początkach września 1939 roku, o Warszawie gotującej się do wojny, wierzącej, że zawierucha jej nie ogarnie, że oddziały polskiej armii prędko poradzą sobie z agresorem i wszyscy będą mogli powrócić do swoich codziennych zajęć. Wsłuchuję się w głosy świadków – bezpośrednie relacje pozwalają wyobraźni przylgnąć do szczegółu, uczepić się konkretu. Gdyby nie one, obrazy byłyby zawieszone w próżni, w oddali przesuwałby się pochód bezkształtnych cieni, w których na próżno próbowałbym rozpoznać rysy historycznych postaci. W sieć „przyczyn”, „przebiegu” i „skutków” złowiłbym pustkę, gorzki owoc śmierci i przemijania.
Na szczęście, pamięć ludzka przechowała i przekazała w przyszłość prawdę o tamtych dniach, prawdę, która dziś interesuje niewielu – z biblioteki uniwersyteckiej znoszę książki od dawna przez nikogo nieczytane, pokrywające się kolejnymi warstwami kurzu. W Polsce współczesnej większość z nich powinna stać się lekturami obowiązkowymi.

Jaka będzie ta wojna?
Rodzina Regulskich spędzała ostatnie dni sierpnia w gospodarstwie Zarybie w okolicach Podkowy Leśnej.
Janusz Regulski, uczestnik I wojny światowej i, przez krótki czas, kampanii roku 1920, w Polsce międzywojennej piastujący kierownicze stanowiska w przedsiębiorstwach przemysłowych, został we wrześniu 1939 r. powołany na stanowisko komendanta Straży Obywatelskiej w oblężonej stolicy. Jego starszy brat Bolesław był generałem Wojska Polskiego. Żona Halina zajmowała się prowadzeniem domu, a podczas obrony Warszawy przed wojskami niemieckimi pracowała jako pielęgniarka w jednym z prowizorycznych stołecznych szpitali. Na przełomie sierpnia i września zaczęła sporządzać notatki, które – opatrzone tytułem „Dziennik z oblężonej Warszawy” – zostały
wydane drukiem pod koniec lat 70.

1 września mieszkańców domu w Zarybiu obudził warkot samolotów i odgłosy wystrzałów. Potwierdziło się to, o czym mówiono w Polsce od wielu tygodni – rozpoczęła się wojna. Wieczorem Halina Regulska notuje w dzienniku: „Syreny przeraźliwym wyciem alarmują miasto. Spiker radiowy przejmującym głosem powtarza w kółko: »Zarządzam alarm lotniczy dla miasta Warszawy, dla miasta Warszawy«. […] Miasto zamarło. Ruch zatrzymał się. Pojazdy stanęły na jezdniach. Ludzie uciekają do bram i domów. Czekamy w napięciu na to, co może się stać. Pomimo powagi chwili jest we mnie i pewna doza przekornej ciekawości. Jak to też będzie wyglądała ta wojna przy tych nowych, nieznanych środkach walki. Szukamy wzrokiem samolotów nad nami. Ale tam, w górze, nad głowami, rozciąga się tylko przeczyste granatowe niebo polskiej jesieni. Wstaje przepiękny wrześniowy dzień”.

Kiedy Regulska zapisywała te słowa, z pewnością nie spodziewała się, że już 6 września zacznie „oswajać się z myślą o śmierci”, a dwadzieścia dni później, kiedy w bombardowanej Warszawie zabraknie wody, gazu, prądu i żywności, zanotuje: „Patrzymy z rosnącym niepokojem na pełzające po domu iskry. Która z nich wznieci pożar?! Nasze możliwości walki z ogniem już nie istnieją. Nie ma wody, nie ma również i sił do walki z okrutnym losem. Gdyby ogień ogarnął nasz dom, nie pozostaje nam nic innego, jak wziąć walizki do ręki i wyjść z niego. Siądziemy na ziemi tam, gdzie kiedyś była nasza ulica i patrzeć będziemy jak ogień pochłania nasz dom, nasze miasto, naszą przeszłość”.

Ani kroku!
Tymczasem rozprzęgają się mechanizmy państwowe. Ze stolicy ewakuuje się rząd i wszystkie urzędy centralne. 5 września powołana zostaje do życia Straż Obywatelska. Mogą się do niej zgłaszać wszyscy, którzy chcą uczestniczyć w organizowaniu obrony miasta. Odzew ludności jest masowy – już po kilku dniach szeregi SO liczą przeszło pięć tysięcy członków. Prezydent Stefan Starzyński nie zgadza się na wyjazd z Warszawy. „Powiedz, Wołodia, swemu premierowi – zwraca się do Komisarza Rządu, usiłującego przekonać go do ewakuacji całego magistratu – że jeżeli nie troszczył się o los mój i miasta w chwili, gdy je opuszczał, niech teraz troskę o to pozostawi mnie. Powiedz mu też, że ja dezerterem nie będę”.

Stolica jest regularnie bombardowana. 6 września w nadanym nocą apelu radiowym pułkownik Umiastowski, kierownik oddziału propagandy Naczelnego Wodza, wzywa wszystkich mężczyzn między 15 a 55 rokiem życia do ewakuowania się z miasta. Apel ten wywołuje panikę. Umiastowski zostaje zwolniony ze swojego stanowiska, a jego funkcje, jako szef propagandy przy Dowództwie Obrony Warszawy, przejmuje podpułkownik Wacław Lipiński. 8 września odczytany zostaje w eterze rozkaz generała Waleriana Czumy, dowodzącego obroną stolicy, zgodny z wytycznymi Naczelnego Wodza, marszałka Śmigłego-Rydza, żądającego, „by o mury Warszawy rozbił się napór wroga, by został położony kres niszczeniu polskich ziem; pomszczeni polegli w boju koledzy, polegli śmiercią żołnierską mężczyźni, kobiety i dzieci. […] Objęliśmy pozycję, z której nie ma zejścia. Na tej pozycji wróg może usłyszeć jedną tylko obecnie odpowiedź: »Dość! Ani kroku dalej« […]”.
Trwają prace fortyfikacyjne, u krańca dróg wylotowych budowane są zasieki i barykady. Warszawiacy kopią rowy przeciwczołgowe. Ową zmianę oblicza miasta Niemcy wykorzystają jako argument propagandowy – stolicę Polski będą odtąd określać jako „Festung Warschau”, usprawiedliwiając w ten sposób intensyfikację nalotów i ostrzału artyleryjskiego.

Jedna Warszawa
W pierwszym tygodniu wojny zmienia się jednak coś więcej. Jest to metamorfoza z początku niewidoczna, dokonuje się bowiem w ukryciu, w ludzkich głowach i sercach. Przez jakiś czas na jej drodze stają jeszcze panika i strach, nie sprzyjają jej komunikaty wygłaszane przez radio ustami pułkownika Umiastowskiego, który po wojnie napisze dwie powieści science-fiction, komunikaty nieustannie przestrzegające przed dywersantami, zatrutymi cukierkami i balonikami z gazem, przed niemieckimi spadochroniarzami ubranymi w polskie mundury (owe radiowe alarmy szefa propagandy Wacław Lipiński nazwie w swoich wspomnieniach „kryminałem, gdyż w tej sytuacji zamiast uspokajać wprowadza się nastrój zdenerwowania, niepewności, podejrzliwości wzajemnej, tak jakbyśmy się bili nie we własnym kraju, a na obcym terenie, gdzie na każdym kroku czyha szpieg”). Mimo wszystko, jakby na przekór dziejowemu dramatowi, na przekór śmierci i zniszczeniu, w ludziach dochodzą do głosu ich najlepsze cechy: współczucie, bezinteresowność, solidarność. Niosą więc pomoc sąsiadom zasypanym w ruinach kamienic, dzielą się z nieznajomymi żywnością, przyjmują pod swój dach rozbitków, którzy w bombardowaniu stracili własne domy.

W sytuacji zbiorowego zagrożenia rodzą się poświęcenie i ofiarność. Pułkownik Stanisław Rostworowski, najpierw komendant obrony przeciwlotniczej Kalisza, później szef grupy fortyfikacyjnej przy sztabie Dowództwa Obrony Pragi, zapisuje następującą scenę rozgrywającą się w samym centrum płonącej i ostrzeliwanej Warszawy: z ulicy Wiejskiej wyjeżdża samochód pełen chleba, wokół padają pociski, na Placu Trzech Krzyży palą się kamienice, znad wejścia do kościoła św. Aleksandra świeci złoty napis: „Panie, jeśli możesz, odwróć ode mnie ten kielich goryczy”. Ale szofer kierujący samochodem i żołnierz siedzący na górze usypanej z bochenków nic sobie nie robią ze szwabskiej strzelaniny. Wiedzą jedno – ładunek trzeba dowieźć na miejsce przeznaczenia, bo gdzieś tam, na pierwszej linii frontu, na posiłek czekają koledzy. „Taki widok – notuje pułkownik – przywraca równowagę ducha”.

W innym miejscu Rostworowski zapisuje treść rozmowy z kuzynem żony, ziemianinem, kolekcjonerem dzieł sztuki i poetą, który we wrześniu 1939 roku wstąpił do wojska: „Zdawałoby się, że młyn straszliwy wojny złamie go psychicznie. Nic podobnego. Nasz poeta czuje się świetnie. – Tak długo siebie szukałem i wreszcie tu się odnalazłem. Tyle drogich mi wartości, jak rycerska tradycja, męstwo, szczerość czynów – zyskało na cenie. Tyle znienawidzonych przeze mnie walorów współczesnego świata, jak zysk, interes, chciwość, zakłamanie, gdzieś się nagle podziało. [...] Gdyby tego cierpienia nie było – to chętnie wśród takiego świata zostałbym jak najdłużej”. Podobne refleksje mają inni świadkowie tamtych wrześniowych dni. „Spełniło się wyśnione braterstwo między ludźmi – stwierdza Halina Regulska – Walące się domy wypruły z nas poczucie własności. Wspólne nieszczęście zrównało i zbratało wszystkich. Nie ma stanów, nie ma klas.

NAJNOWSZE