Zbrojne siły rekonstrukcyjne
W polskiej armii na jednego dowódcę przypada 0,43 proc. żołnierza. Gdyby padł rozkaz „Naprzód! Ognia!
Kraj, który nie chce utrzymywać własnej armii, będzie musiał utrzymywać cudzą – mawiał Napoleon Bonaparte. Jestem wdzięczny Grzegorzowi Górnemu za przypomnienie tego powiedzenia, bo choć przywołał je w kontekście Ukrainy, pokazując, jak w ciągu ostatniego dwudziestolecia ten kraj dokonał samorozbrojenia, stając się na własne życzenie łatwą ofiarą agresji, to przestrogę Napoleona należy głośno przypomnieć naszym władzom.
Ciekawi mnie, czy na szczycie NATO ze strony sojuszników padło pytanie, ilu polskich żołnierzy w przypadku napaści może bronić naszych granic. Jak długo, gdyby doszło do agresji, będziemy w stanie sami wytrzymać uderzenie?
Co Bronisław Komorowski mógłby odpowiedzieć na takie pytania?
Oficjalnie Polskie Siły Zbrojne to stutysięczna armia, ale niezależni eksperci i posłowie sejmowej Komisji Obrony zgodnie mówią, że to piarowski blef. Nawet wyciągając zza biurek nieco otyłych oficerów, w najlepszym wariancie jesteśmy w stanie wystawić ok. 50 tys. ludzi. W 2009 r. Grzegorz Kwaśniak, były wykładowca Akademii Obrony Narodowej, na łamach „Rzeczpospolitej” alarmował: „Polska armia nie istnieje!”.
Przeprowadzona przez rząd Donalda Tuska tzw. profesjonalizacja armii polegała przede wszystkim na likwidacji poboru. Kadra, w większości bez zmian, pozostała na etatach. W efekcie stosunek generałów, oficerów i podoficerów do żołnierzy jest taki, że na jednego dowódcę przypada 0,43 proc. bezpośredniego wykonawcy. Czyli w sztabach tłok, za biurkami mnóstwo urzędujących, a w koszarach, na poligonach, na strzelnicach – pustki. Nawet gdyby dowódcy krzyknęli: „Naprzód! Ognia! Pal!”, w czołgach i transporterach opancerzonych nie miałby kto usiąść za sterami czy pociągnąć za spust. Po pięciu latach od dnia, gdy opuścił koszary ostatni żołnierz z poboru, polska armia jest zdekompletowana.
Tylko 1/4 naszych brygad ma gotowość bojową, pozostałe obsadzone są zaledwie w 50, a nawet 25 proc. Oznacza to niezdolność do jakichkolwiek działań. Nie lepiej jest z wyposażeniem i amunicją. Osławione czołgi Leopardy potrzebują natychmiastowego doposażenia i unowocześnienia (koszt 2 mln euro za 1 szt.). Dziś na każdy z czołgów przypada po 8 pocisków. Chluba naszych przestworzy, samoloty F16, mają ograniczoną zdolność bojową, bo wymagają kosztownego dozbrojenia. Ponadto kody systemowe są ciągle w rękach Amerykanów.
Największym absurdem jest jednak rozmieszczenie brygad. Polskie wojsko stacjonuje tak, jak zaplanowano w latach Układu Warszawskiego, czyli 3/4 sił znajduje się na zachodnich i południowych krańcach kraju. Paradoksalnie, ten stan rzeczy jest bardzo na rękę naszym obecnym sojusznikom, bo polski żołnierz osłania teraz od zewnątrz wschodnią granicę Niemiec. Naszej granicy od wschodu, liczącej prawie 1200 km, strzegą zaledwie trzy brygady.
Bartłomiej Sienkiewicz, wyznając, że państwo polskie praktycznie nie istnieje, w sposób szczery opisał również naszą zdolność obrony terytorium. Ustalenia szczytu w Newport nie zwiększyły zasadniczo naszego bezpieczeństwa. Narzekając na nieczułość sojuszników, pamiętajmy, że oni też znają nasze realne możliwości. Dlaczego mają nadstawiać za nas karku, skoro za sojuszników mają formacje, które bardziej przypominają grupy rekonstrukcyjne niż prawdziwe wojsko.