Pożegnanie w gabinecie luster (4)
Mgła. Tylko najbliższe drzewa. Jakby nie było lasu. Jakby kończyło się wszystko na jednym szeregu pni, konarów i gałęzi. A dalej?
Jadwiga Witkiewiczowa: „Na drugi dzień, osiemnastego, poszedł z tą osobą do lasu, nad jezioro. Ona zażyła sporą dawkę Veronalu, a Staś podciął sobie żyły. Gdy dłuższy czas nie wracali, […] poszli ich szukać i znaleźli Stasia martwego, leżącego w kałuży krwi, a tę osobę czołgającą się w poszukiwaniu ratunku”. We wspomnieniach żony Witkacego Czesława Oknińska (która pod koniec życia będzie się przedstawiać i podpisywać jako „Witkacowa”, a nawet „Witkacy”) występuje nieodmiennie jako „ta osoba”. Jadwiga nie może jej wybaczyć, że zgodziła się na samobójstwo, że nie próbowała odwieść desperata od szalonego zamiaru. Przyrównuje ją do Eunice, niewolnicy Petroniusza z Sienkiewiczowskiego „Quo vadis”. „Gdybym ja była ze Stasiem – pisze – na pewno nie dopuściłabym do tego, co się stało – niestety, nie byłam z nim [...]”.
Kierunek: Szachy
Śniadanie od dawna było gotowe, a Witkacy i Oknińska nie pojawiali się w kuchni. Walenty Ziemlański stanął pod drzwiami ich pokoju i zastukał. Odpowiedziała mu cisza. Zastukał raz jeszcze, odczekał chwilę, aż wreszcie nacisnął klamkę i wszedł do wnętrza. Pokój był pusty, „pozostały tylko ich rzeczy, które przywieźli ze sobą. Wyglądało na to, że musieli opuścić mieszkanie jeszcze przed świtem”. Gimnazjalista Włodzimierz Ziemlański i jego brat zostali wysłani przez ojca na poszukiwanie. We wsi usłyszeli, że wczesnym rankiem ich goście maszerowali drogą wiodącą ku wsi Szachy.
Nie mam pewności, w którym punkcie Jezior stał dom przyjaciela Witkacego. Włodzimierz Ziemlański pisze: „Wyszliśmy z bratem do wsi i pytaliśmy chłopów”. „Wieś” to chyba zespół budynków przy drodze wiodącej z południa na północ, na zachodnim brzegu Jeziora Dużego. Ziemlańscy mogli mieszkać właśnie tam, może w budynku szkoły (Walenty był jej kierownikiem). Możliwe jednak, że ich dom stał na północnym brzegu Dużego, wśród drzew. Jeśli tak, chłopcy najpierw skierowali się na zachód, potem skręcili w lewo, by prędko dotrzeć do pierwszych zabudowań wsi. Szachy leżą na północ od Jezior, kiedy więc dowiedzieli się, dokąd poszli goście ojca, ruszyli w kierunku przeciwnym niż początkowo. Szli wzdłuż brzegu jeziora, minęli dróżkę prowadzącą ku zabudowaniom po północnej stronie Dużego i już po chwili mieli po lewej Uroczysko Pohareckie, a po prawej, nieco dalej na północny zachód, Uroczysko Oziersk. Doszli chyba aż tam, może i nieco dalej, do wysokości chutoru Świnica (na zachód od drogi), ale chyba nie do Uroczyska Dołhy Ostrów, bo to już tylko rzut kamieniem od wsi Szachy.
„Uszliśmy może ze trzy kilometry – opowiadał Ziemlański – lecz nigdzie ich nie spotkaliśmy. Wracając, zboczyliśmy z drogi w kierunku lasu. W pewnym momencie jeden z towarzyszących nam chłopów krzyknął do nas, żebyśmy szybko przybiegli, bo w lesie leży zabity człowiek”.
Tristan i Izolda
Kiedy Oknińska wróciła do Warszawy (było to kilka tygodni po śmierci Witkacego), pojawił się u niej Mieczysław Choynowski, by na gorąco spisać relację z wydarzeń w Jeziorach. Dokument, który wtedy sporządził, uchodzi wśród witkacologów za najbardziej wiarygodne świadectwo dotyczące ostatnich chwil pisarza.
17 września dotarła do Ziemlańskich informacja o agresji sowieckiej. Autor „Nienasycenia” przystąpił do palenia dokumentów, wciąż opowiadał o „okropnościach rewolucji bolszewickiej”. Oknińska próbowała dyskutować z jego argumentami, przekonywała, że „teraz jest co innego, że to nie rewolucja. Odpowiedział, że ona nic nie wie, że nie przeżyła tego, co on, nie powinna więc zabierać głosu. „Wyobrażał sobie bolszewików strasznie – że będą bić i katować, że rzucą się na nią, a on nie będzie mógł jej bronić”. Choynowski zanotował: „Tej nocy decyzja dojrzała nieodwołalnie”.
18 września rano wstali wcześnie. „Witkacy powiedział »To dziś« – nic więcej, tylko te dwa słowa. »Czy się nie ogolisz«, zapytała […]. »Jak chcesz« – i ogolił się, ale już nie sprzątnął przyborów. Po śniadaniu [to jeden ze szczegółów stojących w sprzeczności z opowieścią Włodzimierza Ziemlańskiego] odezwał się: »Chodź, pójdziemy na spacer«. Poszli, podobał mu się krajobraz – »Jak Litwa«. Szukali jakiegoś lasu, trudno było znaleźć odpowiednie miejsce. Wyszli o ósmej, chodzili mniej więcej godzinę. Znaleźli wreszcie piękny, olbrzymi dąb. Była już jesień, lekka poranna mgła bez słońca – »Ja nie mogę, nie mogę czekać ostatniej chwili – muszę jeszcze teraz, póki jest Polska. I trzeba spokojnie, z honorem«”. Oknińska próbowała z nim dyskutować, odwodzić go od podjętej przezeń decyzji. Wreszcie, zrezygnowana, ucichła.
W innej relacji (ujrzała światło dzienne dopiero po śmierci Czesławy, wydrukowano ją w piśmie „Kierunki”) pojawia się kilka szczegółów, w które badacze twórczości i biografii Witkiewicza nie chcieli wierzyć (nie bardzo przepadali chyba za samą Oknińską; szczególnie nie lubiła jej Anna Micińska). Mnie jednak – nawet jeśli zostały zmyślone – bardzo one się podobają, przemieniają bowiem opowieść o ostatnich chwilach największego historiozoficznego pesymisty międzywojnia w jakąś hybrydę greckiej tragedii i miłosnej sielanki. Który z przedśmiertnych epizodów mam na myśli? Czesława Oknińska: „Przypomniał mi żartobliwe powiedzenie moje, że na ślub zgodzę się chyba pod chloroformem. Roześmiałam się. Wziął wtedy moją rękę, położył sobie na sercu i powiedział »Teraz daję nam ślub« i zacytował fragment modlitwy Matki swojej, ułożonej kiedyś dla małego Stasia, gdy był bardzo chory. Piękne proste słowa inwokacji do Ojca Wszechrzeczy połączyły nas, a na zakończenie odmówiliśmy modlitwę Ojcze Nasz, której obszerne fragmenty pamiętał […]. Ogarnął nas cudowny spokój i cicha radość miłości”.
Ciało Witkacego odnaleźli bracia Anatolij i Siergiej Gomułkowie – leżało zakrwawione u stóp dębu, głowa zmarłego opierała się o podnóże drzewa. Oknińską dostrzegli nieco dalej, na błotach. Była nie całkiem przytomna, bełkotała. Poleszucy napoili ją wywarami z ziół i zsiadłym mlekiem, dzięki czemu zwróciła całą zawartość żołądka – kilkadziesiąt tabletek luminalu i cybalginy rozpuszczonych przez Witkacego w kubku wody. Przeżyła. Pogrzeb autora „Jedynego wyjścia” odbył się nazajutrz, 19 września 1939 r.
Historia i trup
Około roku 1916 w Rosji została wykonana jedna z najsłynniejszych fotografii Witkacego. Ubrany w mundur lejbgwardzisty siedzi przy niewielkim blacie pośrodku kabiny fotograficznej, u zbiegu dwóch lustrzanych płaszczyzn. Odbijają one i zwielokrotniają twarz siedzącego, ale on sam jest odwrócony tyłem do osoby oglądającej zdjęcie – widoczne są jedynie jego plecy. Janusz Degler pisze, że „Portret wielokrotny” „kryje intrygującą tajemnicę. To bowiem, co w nim najistotniejsze, jest niedostępne. Widzimy bowiem cztery odbicia […], ale […] prawdziwa twarz pozostaje ukryta”.
Napisałem na wstępie niniejszych rozważań, że w śmierci Witkacego możemy się przejrzeć jak w gabinecie luster, bo mówi ona do nas poprzez deformacje, a klęskę wrześniową ukazuje nie przez pryzmat scen batalistycznych, lecz doświadczeń głęboko refleksyjnej jednostki – zagubionej w rzeczywistości, nieradzącej sobie z nią, a mimo to posiadającej umiejętność daleko posuniętej autoanalizy.
Jaki „portret wielokrotny” Witkiewicza wyłania się z opisu jego ostatnich dni? Odpowiedzi na tego rodzaju pytania próbowali udzielać liczni badacze twórczości autora „Nienasycenia”. Bodaj najciekawszą z nich przynosi artykuł Anny Micińskiej pt. „Jedyne wyjście Istnienia Poszczególnego. Samobójstwo S.I. Witkiewicza”. Autorka wyróżnia cztery perspektywy, w których należałoby rozpatrywać tamtą śmierć: psychologiczną, egzystencjalną, historiozoficzną i artystyczną. Są to jak gdyby cztery odbicia pośmiertnej maski Witkacego. W moim krótkim rozpoznaniu nie mogę poświęcić należytej uwagi każdemu z owych odbić – interesuje mnie przede wszystkim zespół zagadnień historiozoficznych (nie znaczy to jednak, że pozostałe punkty widzenia nie są równie istotne; po prostu brak tu miejsca, by się nimi należycie zająć). Wszystkie pytania, które chciałbym zadać, muszę zawrzeć w jednym zdaniu: „Czego uczy nas śmierć Witkacego, jeśli zobaczyć ją na tle polskiej historii XX wieku?”.
Mądrość po szkodzie
Samobójstwo „wariata z Krupówek” można interpretować jako znak sprzeciwu wobec ostatecznego – jak sądził on sam – triumfu masy nad jednostką, cywilizacji stawiającej na pierwszym miejscu zagadnienie materialnego „szczęścia ludzkości” nad cywilizacją poszukującą rozwiązania metafizycznej tajemnicy człowieka. Gdzie tu miejsce na zagadnienie „polskości”? Witkacego, który pochodził z rodziny o głębokich tradycjach patriotycznych, „problem polski” zdawał się wszak interesować jedynie o tyle, o ile sprzęgnięty był ze zjawiskami społeczno-politycznymi dokonującymi się w szerszej skali – europejskiej lub globalnej. Naszą międzywojenną państwowość postrzegał jako tymczasową i skazaną na zagładę, bo niezdolną do rzeczywistej społeczno-politycznej autorefleksji i strukturalnej przemiany, tkwiącą po uszy w kulcie insurekcyjnej przeszłości, a przez to niewłaściwie reagującą na zagrożenie bolszewickie i hitlerowskie.
Nieuniknioność zmian objawiła się Witkiewiczowi z całą mocą podczas rosyjskiej rewolucji. Właśnie wtedy, gdy odradzała się Rzeczpospolita, doszło także do erupcji sił, które miały stać się w przyszłości przyczyną jej zagłady. Dostrzegając zagrożenie, na różne sposoby próbował Witkacy uświadamiać swoim czytelnikom, w jak węzłowym punkcie dziejów przyszło im żyć. Czynił to, sięgając po antyutopię, groteskę, grubą satyrę, a nawet dyskurs estetyczno-filozoficzny. W „Niemytych duszach” przemawiał wprost, językiem dosadnym, mogącym budzić sprzeciw odbiorcy: „»Mądry Polak po szkodzie« (byłoby jeszcze dobrze, ale on i po szkodzie bywał głupi, tzn. nie głupi – inteligencji u nas nie brakło – tylko lekkomyślny, to »jakoś to będzie«, krótkodystansowość, aprenuledelużyzm, robienie wszystkiego »na łapu-capu« (piękne słówko, co?), ten, że tak powiem, »jebał-piesizm« […], ten parszywy pseudoindywidualizm, dobry wtedy, gdy trzeba było bić, gardłować, pić i jeszcze co najwyżej nabijać kabzę, a nie myśleć – to były wady, które […] musiały dać w rezultacie zupełny upadek«”. O II Rzeczypospolitej pisał: „Cylindry, przyjęcia, ordery, posunięcia, posunięcia i posunięcia – ale idei kierowniczej nie ma i przy tym składzie i rozkładzie sił działających być nawet nie może. Idei nie można szukać i sztucznie jej wytwarzać: ona musi być w masie narodu i trzeba ją tylko ogniskować albo trzeba ją ze swych najgłębszych bebechów spontanicznie w jakimś szale twórczym stworzyć”.
Słowa bolesne, diagnozy może nie całkiem sprawiedliwe, symplicystyczne – ale zrodzone z autentycznej troski o kształt zbiorowego bytu, z obawy o jego zdolność do stawienia czoła potężnym geopolitycznym zagrożeniom. Ostatecznie także on, Stanisław Ignacy Witkiewicz, opowiedział się we wrześniu 1939 r. po stronie tej niedoskonałej wspólnoty. Uczynił to, podejmując, po wielokroć, próbę zaciągnięcia się do polskiej armii, a potem – kiedy doszedł do (błędnego?) przekonania, że wszystko już stracone, że nie da się ocalić świata przed inwazją barbarzyńców – skracając własne życie czym prędzej, „póki jest Polska”, byle tylko nie słyszeć ryku bolszewickiej dziczy.
Czego zatem uczy nas śmierć Witkacego?
Przestrzega, byśmy nigdy nie doprowadzili się do takiego stanu, w którym zbiorowe samobójstwo jawi się jako „jedyne wyjście”. Przekonuje: „Od każdego z was zależy, czym będziecie jako wspólnota”. Dowodzi, że u początku wszystkich dziejowych katastrof leżą: niechęć do autoanalizy, samozadowolenie, niedostatek świadomości.Przemysław