Pożegnanie w gabinecie luster (3)
Na wrzesień 1939 r. przyjaciele Witkacego, Jan i Janina Leszczyńscy, zaplanowali chrzest swojego syna – Janka juniora. Pisarz zgodził się zostać ojcem chrzestnym.
Niedoszły ojciec chrzestny tkwił w pociągu do Brześcia. Podczas bombardowań, jak inni pasażerowie, chronił się w bruzdach na kartofliskach. W każdym większym mieście poszukiwał komisji rekrutującej żołnierzy i zgłaszał gotowość wdziania munduru oficerskiego, ale nie przyjmowano już nikogo – nie było broni i ubrań dla ochotników. Czesława Oknińska, z której wspomnień czerpię informacje, twierdziła, że były to dla Witkacego doświadczenia szczególnie dotkliwe – „czuł się wykluczony z potrzebnej do obrony kraju społeczności”. Nie tracił jednak nadziei – nawet w Brześciu zgłosił się do Rejonowej Komendy Uzupełnień, gdzie usłyszał to samo, co słyszał już po wielekroć: umundurowania i broni brakuje nawet dla młodych, a tym bardziej dla ludzi takich jak on, dojrzałych i niecieszących się najlepszym zdrowiem.
Noga za nogą
W Brześciu spędzili jedną lub dwie doby (o dwóch dobach mowa jest w relacji spisanej przez prof. Mieczysława Choynowskiego, opublikowanej w paryskiej „Kulturze” w roku 1985). Miasto gwałtownie bombardowano, ogień pożarów rozświetlał nocny mrok. „Witkacy był bardzo zmęczony, dawały o sobie znać dolegliwości serca, nerek i bolały opuchnięte nogi. Gorzej słyszał […]. Był załamany psychicznie”, po raz pierwszy ujawnił swoje samobójcze myśli.
Wieczorem następnego dnia ponownie byli w drodze. Czesława skorzystała z zaproszenia któregoś z uchodźców – jechała wozem. „Tłumy ludzi, płacz dzieci, porzucone walizki, opuszczone furki, zabite konie, uszkodzone samochody, wywrócone autobusy z grającą muzyką taneczną – koszmar. Nagle […] konie spłoszyły się i poniosły – furka potoczyła się szybciej”. W chaosie nocnej marszruty łatwo mogli się zgubić. Czesława stanęła na wozie i zaczęła nawoływać, Witkacy także krzyczał. Na szczęście się odnaleźli. Od tej chwili szli, trzymając się za ręce.
Pod Kobryniem zaopiekował się nimi dróżnik, zaprosił ich do jednoizbowej lepianki. Zostali uraczeni mlekiem i chlebem, położyli się na słomie w komórce nad żłobem konia i zasnęli. Kolejnego dnia po raz pierwszy spotkali żołnierzy z oddziałów rozproszonych w walce – „szli pojedynczo i małymi grupkami […] w rozpiętych mundurach, bez broni”. Wszystko to musiało utwierdzać Witkiewicza w przekonaniu o definitywnym zamknięciu pewnego etapu historii. Oto własnymi oczyma oglądał klęskę, której spodziewał się i obawiał, nieunikniony krach świata w jego dotychczasowej postaci. „Od Brześcia natręctwo wizji przyszłości nie opuszczało Witkiewicza, złe wiadomości z Warszawy, zmęczenie – bolące nogi, niewygody – wszystko stwarzało warunki nie do wytrzymania, rozmowy stały się rozpaczliwe”.
Jeziory
„Gdzieś trzynastego czy czternastego chłopi przyprowadzili do nas jednego pana z panią” – mówi w audycji radiowej poświęconej okolicznościom śmierci autora „Niemytych dusz” Włodzimierz Ziemlański (jego ojciec Walenty był znajomym Witkiewicza z czasu jego służby w lejb-gwardii Pawłowskiego Pułku w Petersburgu; kilka lat przed wojną Ziemlański zamieszkał z rodziną w Jeziorach). Przybysze zostali przyjęci z otwartymi ramionami.
Jeziory to była stosunkowo duża wieś na Polesiu, w pobliżu dwóch jezior, z których jedno nazywano Dużym, drugie Małym. W opublikowanym w roku 1981 artykule „Polesie i Witkacy” Włodzimierz Ziemlański tak przedstawiał warunki życia w latach 30. XX w.: „W okresie suszy leśnymi drogami z trudem można było przejechać furmanką do sąsiednich wsi i miasteczek, takich jak Wysock, Dąbrowica lub Stolin. Kiedy nadeszła jednak mokra wiosna lub dżdżysta jesień, woda rozmywała drogi i urywała się wtedy wszelka łączność ze światem, czasami na okres paru miesięcy. Jedynie Poleszuk urodzony na tej ziemi potrafił przedostać się przez owe mokradła i trzęsawiska, toteż często korzystano z jego usług. Woził on żywność, przenosił listy do miasteczek i przekazywał, jak umiał, nowiny ze świata. Szykując się w drogę, brał po prostu kawałek chleba, słoninę i dwie pary zapasowych łapci plecionych z łozy (wierzby), własnego wyrobu, i po kilku dniach podróży wracał z odpowiedzią, lekarstwem, wiadomością itp.”.
Przeglądam mapę okolic Jezior wykonaną w latach 1932–1933. Kilkanaście wsi i mniejszych osad (niekiedy z dwoma, trzema budynkami), rozsianych wśród mokradeł i lasów: Perebrody, Perechodzicze, Budymle, Grabuń, Drozdyń, Wieżyce, Łozowate, Szachy, Podmościszcze, Podtoczyszcze, Zakopań. Jeziora: Krysickie, Wieżyckie, Duże i Małe. Błota: Zołotucha, Ciecieryno, Siczouki. I wszechobecne „uroczyska” (oznaczone na mapie skrótem „Ur.”): Kramienno, Hrypla, Ostrownia, Hłubownia, Lesicze, Mościszcze, Pieszczany Bór, Wielkie Błoto, Ryże Hory, Talerze, Starucha, Kościanka, Lisiczyna i wiele, wiele innych. Nazwy z utraconego, nieistniejącego świata, z polskiej, poleskiej Atlantydy.
Strach przed dziczą
W Jeziorach Witkacy sprawiał wrażenie przybitego i jakby nieobecnego. Ziemlańscy próbowali go rozweselić, zachęcali do spacerów, raz nawet dał się namówić na wyprawę łódką – pływali z Czesławą po obu jeziorach. Jak mogły wyglądać ich rozmowy w tamtych dniach? Czego się spodziewali? Czy snuli jakieś plany na przyszłość? Z nielicznych i szczątkowych relacji z tamtych dni można wyciągnąć wniosek, że Witkacy przygotowywał się do odejścia.
Myśli samobójcze miewał od lat, przynajmniej od czasu tragicznej historii z Jadwigą Janczewską, jego narzeczoną, która odebrała sobie życie w lutym 1914 roku. Obwiniał się o tę śmierć. Z głębokiej depresji pomógł mu wtedy się wydobyć Bronisław Malinowski – zabrał go ze sobą na wyprawę naukową do Australii. Po wybuchu konfliktu zbrojnego w Europie Witkiewicz próbował dostać się do Galicji, ale okazało się to niemożliwe; pojechał więc do Petersburga, gdzie mieszkała część jego rodziny. Zgłosił gotowość wstąpienia do wojska, odbył kurs podoficerski i został wcielony do elitarnego Pułku Pawłowskiego. Dowodził oddziałem atakującym pozycje przeciwnika w bitwie nad Stochodem. Trauma wywołana wojennymi przeżyciami długo dawała o sobie znać – ponownie pogorszył się jego stan psychiczny.
Rewolucyjne wydarzenia w Rosji w latach 1917–1918 stanowiły kolejne graniczne doświadczenie w jego życiu. Konstanty Puzyna pisał, że objawiła się mu wtedy złowieszcza „twarz XX wieku”, Andrzej Mencwel dodawał: „Witkacy rodzi się Witkacym w Rosji czasów rewolucji – wszystko dalsze jest tylko kontynuacją”. To właśnie rewolucja rosyjska została przez początkującego pisarza uznana za ostateczne potwierdzenie słuszności jego intuicji i przekonań. Uzyskał niezbitą pewność, że cywilizacja w dotychczasowym kształcie się kończy, że nadchodzi nowy etap w rozwoju społeczeństw, w którym unieważnieniu i wyparciu ulegną dotychczasowe formy radzenia sobie przez człowieka z tajemnicą Istnienia – przede wszystkim religia i metafizycznie zorientowana sztuka. Uznawał nieuniknioność zmiany, ale nie widział dla siebie miejsca w tym nowym wspaniałym świecie.
Trudno jednak sądzić, że dramatyczna decyzja Witkacego o skróceniu własnego życia była uzasadniona jedynie takimi – historiozoficznymi – względami. W PRL‑u skutecznie przemilczano napaść Sowietów na Polskę, nie do pomyślenia było więc także, by sytuować śmierć pisarza w kontekście rosyjskiej inwazji. Ze wspomnień Czesławy Oknińskiej usunięto na przykład fragment, mówiący o tym, że Witkacy „był nieprzytomny wręcz ze strachu przed bolszewikami, przed dziczą, jak mówił. […] nie miał najmniejszych złudzeń, co go czeka. Gdy słyszał z daleka tętent koni, bał się, że już idą – będą mordować, katować, gwałcić, a on nie potrafi jej [Czesławy] obronić. Uważał więc samobójstwo za »jedyne wyjście« i chciał popełnić je najszybciej, »kiedy jeszcze jest Polska«”.