Szaleństwo sowieckiej okupacji
Kiedy czytam opisy wydarzeń, jakie rozegrały się we wschodniej Polsce w drugiej połowie września 1939 r., nieodmiennie zadziwiają mnie i zatrważają relacje z wejścia wojsk sowieckich do polski
To tak, jakby się śniło i jednocześnie posiadało świadomość śnienia: wszystko widzi się ze szczegółami, ale nie wierzy się w to, co się widzi. Tego rodzaju wrażenie towarzyszyć musiało wtedy, tamtej jesieni, każdemu obserwatorowi jako tako refleksyjnemu.
Oto w mgnieniu oka znika Rzeczpospolita, rozpierzchają się jej władze, a w próżnię w ten sposób powstałą wciska się coś, co trudno jest pojąć, co – w pierwszych dniach i tygodniach – wydawać się może sennym koszmarem trzeciej kategorii. Może nawet nie koszmarem, ale niemiłosiernie dłużącą się oniryczną wizją z gatunku tych najbardziej absurdalnych, pozbawionych wewnętrznej logiki, spójności i sensu. No bo jak to możliwe, by rządy objęły postacie komediowe, by wioskowy głupek – jak bywało w przedstawieniach farsowych – został obrany królem, ale nie złożył urzędu we właściwym czasie, tylko wygodnie umościł się na tronie, a następnie przemienił w krwawego satrapę, w mocodawcę śledczych, którzy wszystko wyśledzą, i katów, zręcznie władających stryczkiem, toporem i naganem?
Jeden refren
Jeśli wierzyć relacji Janusza Pieczkowskiego, oddział Armii Czerwonej wkroczył do Sokala w poniedziałek 25 września. Żołnierze prezentowali się jeszcze mizerniej niż ci, którzy trzy dni wcześniej zajmowali Lwów: „Piechota została podwieziona starymi rozklekotanymi samochodami ciężarowymi. Wygląd żołnierzy i ich umundurowania napawał politowaniem. Szare, wypłowiałe i postrzępione dołem szynele spinały parciane pasy. Na ramionach zamiast tornistrów mieli przypięte woreczki. Na głowach furażerki z czerwoną gwiazdą. Karabiny z długimi jak szpikulec bagnetami i ciągnięte na malutkim dwukołowym wózeczku karabiny maszynowe. [...] Szli ze śpiewem”.
Ten śpiew Sowietów szczególnie mnie interesuje. Dlaczego okupant śpiewa? Sądzę, że chce w ten sposób pokryć własną niepewność i zagubienie. Ci chłopcy, pościągani z najdalszych krańców imperium, zostali wrzuceni w rzeczywistość obcą, trudną do pojęcia. W pojedynkę każdy z nich byłby doskonale bezbronny wobec otaczającego świata, rychło dostosowałby się do praw nim rządzących, wtopił w tło. Musi więc śpiewać, by ustanowić i utwierdzić jedność z towarzyszami broni i własną odrębność wobec tych, którzy żołnierskiej pieśni słuchają. Śpiewa, by dać do zrozumienia mieszkańcom „pańskiej Polski”, że (pozostając w grupie) jest już trochę u siebie, że należy się od niego (i towarzyszy) trzymać z dala.
„Pojedynczy głos »zapiewajły« śpiewał solo jakąś zwrotkę, a dopiero refren śpiewany był przez cały oddział” – pisze Pieczkowski. W scenie tej zawarta jest, w sposób symboliczny, cała prawda o trybie funkcjonowania sowieckiej machiny, który regulują dwa mechanizmy: reprodukcja i repetycja. Ten, kto znajduje się na dolnych szczeblach systemowej drabiny, odbiera od przełożonych wytyczne i realizuje je w kontrolowanych przez siebie obszarach życia społecznego i politycznego. Działa niczym maszynka, podobnie jak zastęp bliźniaczo doń podobnych wykonawców odgórnych dyrektyw. Zapiewajło śpiewa zwrotkę, zuniformizowane szeregi odpowiadają refrenem płynącym z wielu gardeł. Nie ma tu czasu na wnioskowanie i konkludowanie, analizę i syntezę – wszystko odbywa się zgodnie z regułą odruchu warunkowego. Jeśliby komuś przyszło do głowy porzucić uniform, czy też – wyraźmy to prościej – pomyśleć samodzielnie, prędko zostanie przywołany do porządku lub zastąpiony innym doskonale wymiennym trybikiem wielkiej machiny.
Świat na opak
Wchodzą. Wchodzą i robią porządek. Dokładnie taki, jaki zaplanowano tam, na górze. Przywykli, by nie pytać dlaczego i po co. Prężą pierś, salutują, wykonują. Zwykli ludzie, którzy patrzą na nich i oceniają ich działania, są przekonani, że świat stanął na głowie, że to nie może długo potrwać (przecież tak nie da się żyć!).
Ale potrwa. Zabierze ze sobą ludzi, zagarnie domy i pola, połknie czas i przestrzeń. Wejdzie do dusz, umości się w głowach, będzie kierować bezbronnymi rękami i nogami mas. Odezwie się przy rodzinnym stole, głosem obcym, głębokim lub piskliwym – mniejsza o to jakim. Będzie drążyć tunele między możliwym a niemożliwym, kopać dołki pod wszystkim, co dotychczas nazywano rzeczywistością, będzie strzelać w potylicę, łamać żebra, wyrywać paznokcie. Namówi do współpracy, przekona, że interes wspólnoty wymaga donosu. Na koniec podejmie próbę ustatkowania się, przejdzie kurs koncyliacji, podejmie rozmowy. Zakrzyknie, umierając (ale nie umrze): „Powiedz im, niech się kochają!”.
Tymczasem wprowadzane są zmiany i usprawnienia. Czas przesuwa się o dwie godziny do przodu, by dostosować go do czasu w Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich, by wąsaty car siedzący na Kremlu mógł pomyśleć, kiedy spojrzy na zegarek i zobaczy, że jest południe: „U Polaków południe”. Mało istotne, że tu, na Zachodzie, słońce zachodzi wcześniej i wcześniej wstaje. Czas to krok wstępny, by nie zapomnieli, kto tu wydaje rozkazy, w czyjej dyspozycji są ich kruche ciała. Drugi krok to zrównanie wartości złotego i rubla. Trzeci – wprowadzenie nowego nazewnictwa, czyli stworzenie czegoś z niczego (komunizm ma taką kreatorską moc). Odtąd województwa południowo-wschodnie II Rzeczypospolitej to „Zachodnia Ukraina”, a województwa północno-wschodnie – „Zachodnia Białoruś”. W ten sam sposób zbrojna napaść zmienia się w „wyzwolenie” i „bratnią pomoc”, a walka o wolność podejmowana przez napadniętych staje się „próbą obalenia” i surowo karaną zbrodnią. Znikają gimnazja i licea, w ich miejsce powstają szkoły zwane dziesięciolatkami, z wykładowym językiem rosyjskim. Znosi się nauczanie języków polskiego i łacińskiego, wprowadza jako obowiązkowe języki rosyjski i ukraiński.
Obok
Nawet w miastach tak mało znaczących jak Sokal motywacje okupanta są wyraźne i jednoznaczne. Chodzi o rozebranie, o zniszczenie aż do fundamentów wszystkiego, co z „pańską Polską” może się kojarzyć, co jest znakiem jej obecności i trwania.
Osiadają tu nowi ludzie, Rosjanie i Rosjanki z głębi Związku Sowieckiego. Łatwo ich odróżnić od miejscowych, szczególnie na początku, kiedy wszyscy ubierają się jednakowo. „Mężczyźni – wspomina Pieczkowski – nosili kaszkiety ze śmiesznie zadartym daszkiem, jakieś podniszczone i nieokreślonego koloru palta lub waciaki. Kobiety paradowały w grubych bawełnianych pończochach, często w butach z cholewami i w chustkach na głowie, wszystkie były jaskrawo umalowane”.
Podobnie jak we Lwowie i we wszystkich miejscach, w które trafiła, ludność napływowa trudni się handlem, a raczej: skupowaniem. Zrównanie rubla i złotego uczyniło Rosjan bogaczami, szastają pieniędzmi na prawo i lewo. Ze szczególnym upodobaniem skupują zegarki: „Handel tym towarem odbywał się we wszystkich bramach, różnych zaułkach i ustronnych miejscach. Ceny, przy tym ogromnym popycie, były bardzo wysokie”. Pieczkowski pisze o jednym z zegarkowych „elegantów”, którego spotkał. Człowiek ów miał na przedramieniu przypięte trzy zegarki, w tym jeden zwykły budzik, przymocowany „jakimiś gumkami z damskich podwiązek”. Dwaj krasnoarmiejcy, komandir i szeregowy żołnierz, wchodzą do jednego z żydowskich sklepików i nabywają cały worek lepów na muchy, nieświadomi, jakie jest przeznaczenie tych pasków z klejem. Na ulicy otwierają worek i rozwijają lep, po czym próbują kleju językami. Jeszcze inni trafiają do apteki, której półki świecą pustkami, ale nie martwi ich to, oglądają przyrządy do wykonywania lewatywy, wkładają je do ust „tą stroną, którą zwykle wkłada się gdzie indziej”.
Życie jest snem wariata. Powieścią idioty. Nie dziw, że Pieczkowski napisze o nim: „Toczyło się jakby obok nas i całej rzeczywistości”. Tym boleśniejsza musi być świadomość, że z tej szaleńczej farsy nie ma przebudzenia: „Wszystko to, co było [...] bliskie i drogie, stało się tak odległe, jakby wcale nie istniało. Nagle z tego wszystkiego pozostał już tylko dom rodzinny i najbliżsi”.