Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Przemysław Dakowicz,
15.06.2014 12:07

Amarantowi

Zielona. Jedna z najdłuższych ulic Lwowa, meandrująca niczym rzeka. Początek u zbiegu Piłsudskiego i Jabłonowskich, koniec u Rogatki Sichowskiej.

Zielona. Jedna z najdłuższych ulic Lwowa, meandrująca niczym rzeka. Początek u zbiegu Piłsudskiego i Jabłonowskich, koniec u Rogatki Sichowskiej. Wzdłuż Zielonej maszerują tamtego smutnego dnia, 22 września 1939 r., mężczyźni w granatowych mundurach, lwowscy policjanci; rozbrojeni, lecz niepogodzeni z myślą o kapitulacji.

Idą do niewoli, niepewni, jaki los ich czeka. W uszach dudnią im słowa podziękowania, jakie do mieszkańców Lwowa wystosował generał Langner. Dowódca obrony pisał o bohaterskim znoszeniu niemieckich nalotów i oblężenia, o radzeniu sobie bez wody i bez światła, o zniszczeniach, jakim uległa architektoniczna tkanka miasta, o pożarach, o ofierze krwi i śmierci setek ludzi. Informował, że obrona była prowadzona „wbrew pogróżkom nieprzyjaciela, że zburzy miasto doszczętnie”. Decyzję o jej zakończeniu podjął, kiedy pod Lwowem pojawiły się wojska sowieckie: „Nie kazano nam walczyć z nimi – wyjaśniał – nie pozostawało nic innego prócz układów z nimi o oddanie miasta. Oznajmiając Wam tę wieść żałobną, dziękuję Wam w imieniu Wojska Polskiego za to, coście zdziałali i coście znieśli, i wyrażam wiarę, że Lwów zawsze wierny, bohaterski, polski Lwów przetrwa tę straszną próbę niezłomnie, że pozostanie polskim na wieki”.

Na pohybel!

Po południu załoga Policji Państwowej otrzymała rozkaz złożenia broni. Funkcjonariusze mieli do wyboru udać się do domów lub oddać dobrowolnie w niewolę Sowietom. Tę drugą decyzję podjęli przede wszystkim ci, którzy przybyli do Lwowa jako uciekinierzy z Polski centralnej i zachodniej.

Broń składano na dziedzińcu Komendy Wojewódzkiej przy ulicy Sapiehy 1. Niszczono tajne dokumenty. Przed budynkiem Armia Czerwona wystawiła liczne posterunki. Mimo to nie udało się ustrzec siedziby policji przed szturmem ludności. „Do poszczególnych biur i magazynów – wspominał Eugeniusz Lipka, posterunkowy służby śledczej – wdarł się element przestępczy, składający się z przestępców kryminalnych, nacjonalistów ukraińskich, komunistów, Żydów, którzy po prostu zaczęli rabować to wszystko, co pozostało, nie tylko jakieś akty czy materiały z magazynów, czy też broń i amunicję, ale nawet urządzenia i przybory biurowe, jak maszyny do pisania, aparaty telefoniczne, fotograficzne, teczki na akty, na papiery itp. Stojące tam sowieckie posterunki ochronne wcale na to nie reagowały”.

Kiedy zastępy granatowych opuściły Komendę Wojewódzką i ruszyły w kierunku punktu zbornego wyznaczonego przez Rosjan, zostały ostrzelane z broni palnej. Stało się to jeszcze na ulicy Sapiehy, w pobliżu Gródeckiej.

Czołgi i wozy pancerne wjeżdżające do miasta były triumfalnie witane przez ludność o nastawieniu antypolskim. Obsypywano je – relacjonuje posterunkowy Lipka – „kwiatami i słodyczami”, kładziono się „pod koła pojazdów, wznosząc okrzyki na cześć ZSRR i czerwonej armii, przy czym krzyczano, że skończyło się panowanie polskich panów i policji, »na pohybel z nimi!«”.

Polskie rogatki

Idą żwawym krokiem, obok zboru ewangelickiego i Szkoły Powszechnej im. Konarskiego. Granatowi – prowadzeni przez podinspektora Leona Szwarca. W pierwszym rzędzie starsi posterunkowi Malik, Majchrzak i Malinowski. Mijają ulice Kampiana, Konopnickiej i Zamojskiego (na wprost jej wylotu mieści się Zakład Strzaikowskiej), Oficerską, Wincentego Pola, Rybacką i Tarnowskiego. Dochodzą do siedziby Dyrekcji Zakładów Wodociągowych i skręcają w prawo, by przemaszerować obok Domu Studentów Weterynarii. U zbiegu Sierpowej i Kwiatkówki ponownie skręcają w prawo, potem w lewo i znowu w prawo. Przed sobą mają zbiorniki wodociągowe i niemal prostą drogę do Rogatki Sichowskiej.

Oglądają się za siebie, jakby chcieli zapamiętać najdrobniejszy szczegół, unieść go ze sobą, przechować w sobie. Jakby to oni mieli być Miasto.

Teraz maszerują przez teren niezabudowany. Po lewej Węgliński Lasek, po prawej, za ulicą 22 Stycznia, nagie pola. Błyszczą orzełki na otokach granatowych czapek z daszkiem, a oni równają krok. Prawa, lewa, prawa, lewa. Zaraz skosi ich ogień z karabinów maszynowych. Za moment zaczną wybuchać granaty. Granaty dla granatowej policji, która ma się przedzierzgnąć – takie są prawa naszej historii – w policję amarantową. Już nie strażnicy porządku, ale kadłuby tryskające krwią. Twarze, kończyny, korpusy umazane niezmywalną czerwoną farbą, opatrzone lepką sygnaturą wierności.

Przepisuję ze wspomnień starszego przodownika Policji Państwowej Franciszka Andrzeja Naja-Ostromirskiego: „Gdy czoło bezbronne pieszej policji zetknęło się z niesprowokowanymi oddziałami sowieckimi, padł na policjantów grad pocisków z czołgów od karabinów maszynowych i ręcznych, siejąc obfite żniwo śmierci, gdyż w przeciągu kilku minut padło na miejscu stu kilkudziesięciu policjantów. Niespodziewanie zaatakowani i niemający możności obrony pozostali przy życiu zaczęli rozbiegać się w różnych kierunkach, chroniąc się w najrozmaitszych zagłębieniach terenowych. Mimo to żołnierze sowieccy strzelali do nich jak »do kaczek« i zabili jeszcze ok. 100”.

Czołgi i ciała

A teraz to sobie wyobraźmy:
Ci, którzy przeżyli, kryją się w zagłębieniach terenu, w wykrotach, jamach, za krzakami, za pniami drzew lub leżą bez ruchu, udając martwych. Niektórzy (udało się im oddalić z miejsca masakry) biegną, ile sił w nogach, przez lwowskie ulice i pola — do Lasku Węglińskiego, na Pohulankę i dalej, albo w przeciwną stronę, na południowy zachód, tam gdzie Snopków, Krasuczyn i Żelazna Woda. Pozostali leżą. Ci dzielą się na dwie grupy — nieruchomych i ruchomych, martwych i rannych, wijących się z bólu, jęczących z cicha lub zawodzących, krzyczących, wzywających pomocy. Próbują tamować to, co z nich płynie (zmieniając granat w amarant), ale nie da się tego zatamować, to nie może nie płynąć. „Mamo” – jęczy dwudziestoletni młodszy posterunkowy z przestrzelonym płucem. „Odpuść nam nasze winy” – modli się podinspektor z drogówki, spod daszka sączy mu się cienka strużka, prawie niewidoczna.

W to mrowie, w tę plątaninę kadłubów, rąk i nóg wjeżdża pierwszy sowiecki czołg (parę kilometrów dalej będą go całowali i wieńczyli kwieciem). Za nim posuwają się czerwonoarmiejcy z karabinami w dłoniach (płócienne paski i sznurki kołyszą się na wietrze, skośne oczy przeczesują teren). Pracują bagnetami i kolbami, pot spływa im z głów. Zbierają zegarki, papierośnice, portfele. Pod gąsienicami czołgów chrzeszczą kości granatowych — między innymi starszych posterunkowych Malika, Majchrzaka i Malinowskiego. Rozpadają się czaszki, znikają twarze, grymasy, milkną krzyki, kończyny odrywają się od kadłubów.

Relacje z tamtych wydarzeń są skąpe. Znalazłem je w dokumentach zgromadzonych przez Ośrodek „Karta” (w teczce oznaczonej sygnaturą AW V/HIMID/135).

Stefan Kuszpa, przodownik PP: „Po przekroczeniu rogatki ul. Zielonej oddziały armii czerwonej odkryły ogień z karabinów maszynowych, jak również z armat. Efekt był taki, że cała droga i przedpola Sichowa zasłane były trupami mundurów granatowych, a następnie z całą furią wjechano czołgami, gniotąc wszystko, co było na drodze”.
Eugeniusz Lipka, posterunkowy: „Pozostałych skierowano na tzw. Zieloną Rogatkę, gdzie ponownie zostali napadnięci i ostrzelani. [...] Kilkunastu próbowało ucieczki, ale zostali zatrzymani przez tamtejszych mieszkańców, Ukraińców, obdarci z ubrań i obuwia, a następnie oddani władzom sowieckim, względnie za opłatą puszczeni na wolność”.
Franciszek Andrzej Naja-Ostromirski, starszy przodownik PP: „Rannych w większości dobijano bagnetami, bądź też kolbami ręcznych karabinów. Wielu rannych zmiażdżono umyślnie czołgami”.

Rozbroić, rozjechać, pogrzebać

W scenach z Sichowskiej Rogatki ujawniła się cała, logiczna i prosta, sowiecka strategia. Kiedy po wkroczeniu na tereny II Rzeczypospolitej Armia Czerwona otrzymywała informację, że w okolicy operuje jakiś oddział polski, zatrzymywała się lub spowalniała marsz, pozwalając Polakom bezpiecznie oddalić się w kierunku granicy z Rumunią lub Węgrami. W ten sposób teren oczyszczał się sam, oszczędzano amunicję i ludzi. Po wejściu do Lwowa odebrano broń żołnierzom i policjantom, a kiedy już nie mogli się bronić, część z nich dało się bez trudu zlikwidować. Na ulicy Zielonej rozegrał się pierwszy rozdział tego, co po latach zostanie opatrzone wspólnym mianem „zbrodni katyńskiej”.

Wszystko to nie byłoby możliwe, gdyby nie udzielone wcześniej przez sowieckiego najeźdźcę gwarancje bezpieczeństwa. Udzielić gwarancji – rozbroić – zlikwidować. Według tego wzorca realizowana będzie w następnych latach wieloetapowa, szczegółowo zaplanowana i konsekwentnie wdrażana w życie akcja likwidowania polskiej elity.

Nad Zieloną Rogatką świeci słońce. Jest 23 września 1939 r., dzień po masakrze policjantów. W pobliskich sadach trwa robota. W cieniu pod jabłoniami uwijają się jeńcy zagnani do roboty przez czerwonoarmiejców (żołnierze palą papierosy, rozmawiają i głośno się śmieją). Kiedy doły są pełne, zasypuje się je ziemią i uklepuje łopatami. Potem przez kilka chwil, zanim zostaną zagonieni do dwuszeregu, mężczyźni z łopatami stoją w ciszy nad zbiorową mogiłą. Mają przymknięte oczy. Bezgłośnie poruszają ustami.

Za rok będzie tu obfitość owoców. Ziemia porośnie trawą. Czerwone jabłka uderzać będą o nią z głuchym trzaskiem.

NAJNOWSZE