Tym pewniej mógł czuć się nasz Gajowy. Wielu zastanawiało się, czy był to ten sam człowiek, który parę dni wcześniej łkał na pogrzebie ruskiego dyktatora w polskim mundurze. Niektórzy tak jak ja doszli do wniosku, że jest ich po prostu dwóch – Sław i Bron. Połączeni jedną małżonką.
Ten pierwszy to współpracownik Macierewicza w KOR, drugi – protektor WSI. Jeden jest przyjacielem Obamy. drugi wręcz przeciwnie. Inna sprawa, że widoczni są głównie doradcy tego drugiego.
W ogóle trwa w w mainstreamowych mediach festiwal postaci, które przynajmniej z okazji 4 czerwca powinny zejść nam z oczu. Ale nie schodzą.
Telewizje nie dopuszczą.
Swoją drogą, pytanie o refleksje z okazji 4 czerwca osobników w rodzaju Józefa Oleksego czy Longina Pastusiaka zakrawa na ignorancję graniczącą z okrucieństwem. Był to dzień klęski ich formacji – Oleksy wszedł do sejmu kontraktowego dopiero po dogrywce, a Pastusiak w 1991 r. Ale teatrzyk absurdu trwa. Ci, którzy nie załapali się na autorytety moralne, występują jako eksperci. Powiem szczerze – osłupiałem, kiedy jako specjalista w sprawie zabezpieczenia antyterrorystycznego wizyty Obamy wystąpił eks-szef BOR, gen. Janicki. Przecież facet, który za jednym zamachem stracił 96 osób będących pod jego ochroną, powinien być pokazywany w cyrku (podczas przepustek z mamra).
Z drugiej strony, we wspomnianych telewizjach panuje pewien bezwład – nie odbyła się uroczysta wymiana kalendarzyków z telefonami – i jak dawniej brylują w nich Palikot, Kurski czy Michał Kamiński, mimo że społeczeństwo wyraziło za pomocą kartek wyborczych, co o nich myśli. A Korwina jak na lekarstwo. Na plac Zamkowy też go nie wpuścili, a mógłby tam nieźle zadymić.
Zresztą po odlocie Obamy Sław gdzieś zniknął, a Bron rzucił się dekorować czołowe hieny, skunksy i lisy ze swojej stajni. Równocześnie Łódź postanowiła się pozbyć Kaczyńskiego razem ze skwerem. Czyli jak mawiano w PRL – wraca Nowe!