Ulica Lwowskich Dzieci
Luty, połowa sierpnia 1939 r. Stanisław Czuruk, syn Bolesława, polonisty z lwowskiego Gimnazjum im.
Pobyt w Kutach to tylko część wielkiej wakacyjnej eskapady: Szczawnica, przełom Dunajca, Krościenko, Kraków, Lwów, Kuty, Żabie, Zełena, Burkut, Szpycie, Pop Iwan (trzeci szczyt pasma Czarnohory, na którym w drugiej połowie lat 30. zbudowano polską stację meteorologiczno-astronomiczną), Mizuń Wielki nad Łomnicą.
Szesnastoletni Staś i jego szkolny kolega Renek Merz 1 września wybierają się na rydze. Pod lasem spotykają grupkę ukraińskich chłopców obrzucających kamieniami tablicę z godłem Rzeczypospolitej. Po powrocie do domu słuchają radia. Zamiast nadawanego zazwyczaj hymnu narodowego, z głośnika płyną słowa „Warszawianki”.
Oto dziś dzień krwi i chwały. To, co po nim nastąpi, będzie ciemniejsze od najciemniejszej nocy.
Wielka nieobecność
Lwów, 29 lub 30 sierpnia. Janeczka Augustynówna (11 lat) żegna swojego ojca wyruszającego na front (już go nie zobaczy – po wojnie, uwolniony z oflagu Gross-Born, doktor Władysław Augustyn przedostanie się na Zachód, by ostatecznie osiąść w Stanach Zjednoczonych). W następnych dniach, tygodniach i miesiącach dziewczynka będzie doń pisała listy, których nigdy nie wyśle. Po sześćdziesięciu latach opublikuje je w książce „Lwów. Wspomnienie lat wojennych”.
Ojciec Jadwigi Dabulewiczówny, innej lwowskiej nastolatki, również zgłasza się do wojska. Decyzja zaskakuje rodzinę. Od pierwszego dnia wojny Jadwinia prowadzi dziennik, w którym zapisuje najważniejsze wydarzenia, notuje swoje myśli, daje wyraz emocjom. 5 września przed północą ojciec przychodzi z nią się pożegnać. „Zbudziło mnie skrzypnięcie drzwi. Musiała już być głęboka noc, [...] w wąskiej smudze światła wpadającego z sąsiedniego pokoju dostrzegłam Ojca [...]. Był już ubrany w swój nieco przyciasny, galowy mundur oficerski. Stał w drzwiach niezdecydowany, prawdopodobnie wahając się, czy ma mnie obudzić. Byłam tak rozgoryczona i rozżalona, że postanowiłam niczego mu nie ułatwiać. [...] chyba nie wyjedzie bez pożegnania, bo przecież należało mi się jakieś wyjaśnienie i słowa ubolewania! Tymczasem Ojciec, któremu było to widocznie bardzo na rękę – pewnie nie miał mi nic do powiedzenia – delikatnie zamknął drzwi”. Jadwinia zrywa się z łóżka i wybiega z domu. Woła na ojca, kiedy ten wsiada do wojskowego samochodu. „Już mi nie było w głowie robienie mu wymówek i pokazywanie fochów – notuje na drugi dzień. – Wszystko bym mu darowała, byleby tylko uścisnął mnie na pożegnanie, byleby ucałował! Bylebym mogła powiedzieć, że go kocham bez żadnych warunków, bez zastrzeżeń!”. Ale dźwięk uruchamianego silnika zagłusza jej słowa, samochód odjeżdża. W czternastoletniej głowie rodzi się podejrzenie, że ojcu było z rodziną „bardzo źle, że chciał po prostu wyzwolić się za wszelką cenę”.
W jednym z listów Janeczka Augustyn tak przedstawia atmosferę pierwszych wrześniowych dni: „Nasz dom nagle zrobił się smutny i bardzo cichy. Mama też jest smutna, poważna, jakby trochę daleka. Boję się podejść, aby zapytać, czy będę chodziła do szkoły. [...] Marysia jest jeszcze u nas. Razem sprzątałyśmy piwnicę i zrobiłyśmy wcale przytulny schron. Mama zapakowała jakieś niewielkie walizeczki z najpotrzebniejszymi rzeczami, ustawiła w przedpokoju, aby były pod ręką, gdy trzeba będzie uciekać”.
Cały Berlin zawalimy...
Staś Czuruk przedostaje się do Stryja w towarzystwie żydowskich kupców przewożących pomarańcze. Wojsko wysypało owoce z jednego z pociągów, uznając je za „niepotrzebny balast”. Zalegały na nasypie. Teraz w głowie chłopca zapach cytrusów na zawsze splata się ze wspomnieniem 1 września, nakłada się na migawki z podróży do rodzinnego Lwowa, dokąd dowiezie go ze Stryja jeden z ostatnich autobusów.
W tym samym czasie piętnastoletni Jurek Masior, który – pośpieszany komunikatami o rosnącym napięciu między Niemcami a Polską – przed czasem wrócił z wakacji w podkrakowskim Bieżanowie, zatrudniony jest przy przenoszeniu obrazów i eksponatów muzealnych z lewego skrzydła Ossolineum do piwnic znajdujących się pod głównym wejściem. Około południa na Lwów spadają pierwsze bomby (tego dnia zginą 83 osoby). Harcerze z drużyny dowodzonej przez Masiora zostają poproszeni o przerwanie pracy. W dowód wdzięczności za dotychczasowy wysiłek otrzymują od dyrekcji Zakładu Narodowego miniaturowe wydanie „Krzyżaków” Henryka Sienkiewicza. „Nie przypuszczałem – napisze po latach Jerzy Masior – że te książeczki staną się moją ulubioną, zaczytywaną lekturą czasu wojny”. Oprawne w zielony karton tomiki zapodzieją się podczas tzw. ekspatriacji w roku 1946.
Stanisław Czuruk 2 września zgłasza się do punktu werbunkowego przy ulicy Jabłonowskich. Przedstawia się jako siedemnastolatek i dzięki temu kłamstwu zostaje skierowany do służby wartowniczej i regulacji ruchu. Nie potrzebuje munduru, ma własny, z przysposobienia wojskowego – otrzymuje jedynie „czarny hełm policyjny niemieckiego kroju z wielkim orłem, płaszcz, tornister i karabinek kawaleryjski”. Jadwinia Dabulewicz niemal cały dzień spędza z rodziną i sąsiadami w piwnicy, chroniąc się przed bombami zrzucanymi przez niemieckie samoloty. W niedzielę 3 września pomaga w budowie schronu, w poniedziałek zostaje wezwana do Komendy Chorągwi przy ulicy Kurkowej.
„Poleciałyśmy tam [razem z przyjaciółką, Krysią Kurek] jak szalone sądząc, że zostanie nam zlecona jakaś bardzo ważna misja. Doprawdy, można było pęknąć ze śmiechu! Najpierw kazano nam napastować i wyfroterować podłogi w kilku pomieszczeniach, a później oklejać paskami papieru nieskończoną ilość szyb”. Po południu ponownie pracuje przy schronie – rów wykopany na łące zostaje nakryty dwiema warstwami desek, które maskuje się warstwą ziemi.
Wszyscy wierzą jeszcze w powodzenie obrony, a nawet w możliwość polskiej kontrofensywy. Harcerki wracające z kopania schronów przeciwlotniczych śpiewają, maszerując przez Rynek (cytuję za Barbarą Mękarską-Kozłowską): „Idą plotki między płotki/Niemcy stają nam na nagniotki!/Na nic, na nic wasze tanki,/Lepsze nasze są furmanki,/Kiedy z armat wystrzelimy/Cały Berlin zawalimy”. Przekupki stojące pod ratuszem wtórują im z zapałem: „Nie damy Lwowa! Taki i nie damy!”...
Pod bombami
Trwające od pierwszego dnia wojny naloty coraz bardziej dają się we znaki ludności. Życie przenosi się do piwnic. Piwnice zamieniają się w sypialnie.
Pięcioletnia Marysia Cząstka, która niekiedy towarzyszy swojej babci w wyprawach na dół, po węgiel i kartofle ukryte w ciemnościach, pod zabytkowymi piwnicznymi sklepieniami kamienicy przy ul. Dominikańskiej, chowa swoją małą rączkę w ciepłej maminej dłoni i ze zdziwieniem ogląda twarze sąsiadów stłoczonych w podziemnym lochu. Po latach, już jako wybitna wrocławska dziennikarka radiowa, przejmująco opisze owo piwniczne doświadczenie w jednym z felietonów: „Dorośli, którzy dotąd uprzejmie zawsze mówili sobie »dzień dobry«, teraz trzęśli się ze strachu albo skakali sobie do oczu o kawałek miejsca pod filarem. Ktoś do kogoś krzyczał, ktoś szlochał, ktoś się głośno modlił. [...] Słysząc nieznany huk z zewnątrz, pięcioletnia dziewczynka wyobrażała sobie, że nad ulicą lecą z góry wielkie metalowe kubły na śmieci i rozbijają się w powietrzu, a potem spadają w kawałkach na dachy kamienic”.
Jadwinia Dabulewiczówna wraca z zakupów. Kiedy schodzi z Góry Kadeckiej, rozpoczyna się kanonada. Ziemia drży od wybuchów. Dziewczyna chroni się w jednej z bram. Właściciel kamienicy wpuszcza przypadkowych przechodniów do piwnicy. Pot spływa po twarzach ludzi odmawiających głośno „Pod Twoją obronę”. Trzy dni później, po powrocie z kościoła, Jadwinia znowu musi tkwić pod ziemią: „Bomby padały tak blisko, że wydawało się, iż to już, już... W końcu zgasło w piwnicy światło, a my czekaliśmy na śmierć w nieprzeniknionych ciemnościach, cali czarni od sadzy, która buchała z przewodów kominowych”.
Staś Czuruk, kierujący ruchem na moście Furgalskiego, podczas nalotu leży pod wagonem kolejowym. W nocy z 8 na 9 września obserwuje pożar Monopolu Spirytusowego: „Litrówki strzelały jak karabin maszynowy, tworząc niezapomniany fajerwerk. Poza tym na moście, mimo chłodnej nocy, nie zmarzłem, no i było dość jasno – spirytus całą noc leciał w powietrze”. 15 września pociski trafiają w pociąg z terpentyną: „Wagony [...] wyskakiwały powyżej dachów budynków”. Tego samego dnia Staś cudem unika śmierci: „Szedłem ulicą Lwowskich Dzieci. Obok mnie szło młode małżeństwo z kilkuletnią dziewczynką. Ze zdziwieniem zauważyłem otwarty sklepik i wszedłem, by kupić coś do jedzenia. Gdy miałem zamiar wychodzić, rozległ się na ulicy wybuch i posypały się szyby. [...] Zauważyłem nad moją głową, na gałęzi drzewa, kapelusik dziewczynki i wszystko zrozumiałem. Uratował mnie mój głód i otwarty sklepik”.
Janka Augustyn, jej mama i stryj Władek (niedawno przyjechał z Gorlic) jedzą obiad. Zbliża się godzina czternasta. Właśnie podnoszą łyżki do ust, kiedy rozlega się potworny huk. Naczynia spadają ze stołu, siła eksplozji druzgoce ściany. „Biegliśmy do drzwi wejściowych – relacjonuje dziewczynka w niewysłanym liście do ojca – [...], ale raz otwarte nie chciały się zamknąć. [...] Od windy buchał ogień. Nic nie było widać. Zrobiło się biało, jak w zimie. Dusił pył. Zewsząd dochodziły straszne krzyki. [...] Schody zostały zasypane gruzem i szkłem, mimo to udało nam się po nich wybiec na zewnątrz. Naszej części domu nie było widać – zginęła w kłębach dymu i kurzu”. Na budynek spadło sześć niemieckich bomb. Mężczyźni, kobiety i dzieci stracili życie przy rodzinnych stołach lub w podziemiach budynku, kiedy ze zniszczonych rur zaczął się wydobywać gaz. Przez jakiś czas z ruin słychać było krzyki i jęki rannych. Następnego dnia ulica wypełniła się trumnami. Było ich sto pięćdziesiąt.
Siła bezsilnych
Cóż mogę Wam dać, Bezimienni? Pamięć jest wszystkim, co mam. Pamięć – jedyna broń bezbronnych. Pamięć, której nie byłoby, gdyby nie świadectwo żyjących. Chowam ich, żyjących, pod powiekami – Marysię, Jadwinię i Janeczkę, Jurka i Stasia. Zatrzymanych w czasie – stłoczonych w piwnicach najpiękniejszego ze wszystkich miast, zawsze wiernych, przez całe życie niosących Lwów na swoich wątłych barkach. Teraz ja dźwigam Was wszystkich i przyrzekam: nie pozwolę zapomnieć. Aż staniemy wszyscy na Wysokim Zamku. Wy, Marysiu, Jadwiniu, Janeczko, Jurku, Stasiu i Wasi Bliscy – Siostra Lonia Cząstka, która 1 września miała rozpocząć studia w ekskluzywnej Szkole Pielęgniarstwa w Warszawie, ale została z gruźlikami z Teatyńskiej, a później, we Wrocławiu, opiekowała się syberyjskimi sierotami; dr Władysław Augustyn, który po zwolnieniu z obozu Gross-Born obronił drugi doktorat (z filozofii ścisłej) w Monachium, lecz nigdy nie wrócił do rodziny, bo panicznie bał się bolszewików; Konstanty Dabulewicz, wykładowca w lwowskim Korpusie Kadetów i wrześniowy ochotnik w przyciasnym mundurze, który tak bardzo obawiał się pożegnania ze swoją czternastoletnią córką.
Staniemy tam wszyscy. I jeszcze coś wymyślimy.