Wybory prezydenckie na Ukrainie, ich przeprowadzenie i wynik w pierwszej turze graniczą z cudem. Zamykają też okres niepewności, wybijając Moskwie argumenty o puczu garstki banderowców. Miliony poszły do urn, miliony głosowały na Poroszenkę, pozostawiając Kreml w rozkroku między otwartą agresją na suwerenne państwo oraz pozornym pogodzeniem się z wynikiem i dalszym knuciem (wariant gruziński). Znajomość Rosji sprawia, że obstawiam ten wariant – sądzę, w wypadku Ukrainy, przegrany.
Skończyła się też na naszych oczach dotychczasowa Unia Europejska, chociaż ona sama jeszcze o tym nie wie. Sukcesy eurosceptyków lub wręcz eurowrogów dowodzą porażki pewnego projektu, którego atutem była rzekoma bezalternatywność, a zakaz kary śmierci, aborcja, eutanazja i przywileje dla zboczeńców należały do praw podstawowych. Wchodzimy w czasy, gdy opozycja pozasystemowa (skądinąd często dość paskudna i taktycznie proputinowska – Front Narodowy, Jobbik czy korwiniści) przemawiać będzie coraz silniejszym głosem, wyrażając opinie znacznej części społeczeństw, dotąd kompletnie ignorowanych.
Przełom dotyczy też Polski – remis (choć nocą wahało się między 1-procentową przewagą PO a 7-procentowym triumfem PiS) oznacza porażkę Platformy. Odpłynęło nie tylko 17 proc. wyborców, ale również młodzież, której bliżej do KNP (ale to wyleczalne) i do PiS. Pozbyliśmy się (mam nadzieję na zawsze) obrzydliwego czyraka na naszej polityce, jakim był Twój Ruch. Z niewielkimi wyjątkami poprzegrywali celebryci, rozłamowcy i różnej maści amatorzy. Pozwala to patrzeć z optymizmem na dalszą sekwencję zdarzeń. Polska bez Jaruzela może w ciągu paru lat stać się również (w sensie politycznym) Polską bez Tuska.