Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Przemysław Dakowicz,
11.05.2014 15:10

Minitraktat o znikaniu (2)

W historiach dla dorosłych, podobnie jak w baśniach dla dzieci, znikanie bywa zjawiskiem momentalnym.

W historiach dla dorosłych, podobnie jak w baśniach dla dzieci, znikanie bywa zjawiskiem momentalnym. Coś zostaje „wywabione” z rzeczywistości natychmiast – w jednym momencie istnieje w pełni, w drugim zupełnie go nie ma.
 
Napisałem: znikanie to „zjawisko” i od razu zauważyłem (pozorną) alogiczność, paradoksalność tego określenia. Mimo wszystko pozostawiam je tutaj – czy nie jest bowiem tak, że w chwilach, o których piszę, kiedy coś znika momentalnie, nicość objawia się nam w całej swojej niepojętości, zjawia się niebyt? Szczególnie dotkliwie odczuwamy wtedy stratę, doświadczamy smutku i żalu, dostrzegamy bowiem istotową różnicę między istnieniem a nieistnieniem.

Tam, gdzie historia styka się z polityką, znikanie momentalne ma mniejsze zastosowanie, a jego skuteczność jest niższa. Najlepszym rodzajem znikania jest tu, by tak rzec, znikanie procesualne, stopniowe, etapowe – tzn. takie, którego znikający nie zauważa, którego symptomy skłonny jest interpretować inaczej, niż powinien. Choć znika, uparcie twierdzi, że istnieje – i, ostatecznie, ma rację. Właśnie o to chodzi temu, kto proces znikania uruchomił. Zależy mu na tym, by znikający nie dostrzegał, co z nim się dzieje, by nie przyjmował do wiadomości zmian zachodzących w strukturze rzeczywistości, aż ta nie przemieni się ostatecznie.

Znikanie, którego nie widać

Wrzesień roku 1939 był miesiącem, w którym proces znikania polskiej państwowości wkroczył w fazę decydującą. Rozpoczęty został znacznie wcześniej, na Zachód i na Wschód od Polski, bo od kilku wieków właśnie tam, w Prusiech i Niemczech, w Rosji i w Związku Sowieckim, stale przemyśliwano nad tym, jakby tu Polskę zlikwidować i wytrwale opracowywano sposoby skutecznego wywabienia Rzeczypospolitej Polaków z mapy Europy.

Najwcześniej ów, wdrożony już i konsekwentnie realizowany, proces znikania, cofania się rzeczywistości polskiej zauważyli poeci, poezja ma bowiem pewną szczególną właściwość – niedostrzegalną dla tych, którzy nie rozumieją jej praw, którzy nigdy nie dotknęli jej tajemnicy: ona wyprzedza fakty, wyławia z tego, co jest, i interpretuje wszystkie, nawet najdrobniejsze symptomy zmiany. (Politycy powinni czytać poezję, by wiedzieć, jak postępować, co czynić, by istnienie trwało, by mogło ocaleć w okolicznościach niesprzyjających istnieniu.)

W wierszu „Fragment” z roku 1935 dwudziestoczteroletni Czesław Miłosz pisał: „Zamknij okno, tam idą germańskie Junony/ I skaczą w moje rzeki, senne tonie burzą, / Gdzie przedtem tylko rybak nad siecią niedużą / Stał w czajek i jaskółek goniących się kole. / Czarne, wojenne wozy zorały pastwiska, lecą ognie chorągwi, aż czerwono błyska / Ściana nad łóżkiem, szklanki dygocą na stole”. Jerzy Zagórski, kolega Miłosza z wileńskiej grupy Żagary, w wydanym w 1934 r. profetycznym tomie „Przyjście wroga” malował swoje ciemne wizje: „Jordan wystąpi z brzegów. Potem opadnie para: / aryjczyk pan nad Żydami w potrójnej koronie Cezara. // Duch Święty drugiego grudnia drżał, pocił się, płakał, jeżył / i błagał raz jeszcze złego, by władzę jego rozszerzył. // A litościwy szatan skrzydłem otoczył mu skroń / i wyjął z sakwy przepaskę, jedzenie, napój i broń. // Grzmiały w powietrzu trąby i kule biegły naprzeciw / gdy Bóg do kolan szatana przypadł raz trzeci. // A szatan zaśpiewał zwycięsko spowity ciemnymi chmurami, / święty Ryszardzie grzeszniku, przestań się modlić za nami”.

Zdaje się jednak, że ci, którzy rządzili Polską w latach 30. ubiegłego wieku, nie czytali poezji albo czytali ją nieuważnie.

Odwrót

W pierwszych godzinach wojny nikt spośród sprawujących władzę nie myśli o tym, by opuszczać stolicę – wszyscy mają nadzieję na zatrzymanie lub znaczące opóźnienie ofensywy niemieckiej. Rząd działa w warunkach wojennych, w trakcie bombardowań trwają obrady Rady Ministrów. Na 2 września zwołane zostaje posiedzenie Sejmu, podczas którego premier Składkowski przedstawia treść oficjalnego stanowiska władz wobec napaści III Rzeszy na Polskę. Tuż przed otwarciem posiedzenia Niemcy przeprowadzają nalot, bomby padają w okolicy budynków sejmowych. Mimo to obrady rozpoczynają się punktualnie. Obecni są wszyscy posłowie, rząd i prezesi urzędów centralnych. „Huk bomb – notuje Felicjan Sławoj Składkowski – [...] sprawia wrażenie, że za chwilę szklany dach runie na zebranych, co oczywista sprawiłoby pewne zamieszanie w sprawach państwowych, nie mówiąc już o osobistych”. Wkrótce potem odbywa się posiedzenie Senatu. Wieczorem premier jedzie na Dworzec Wschodni, który poważnie ucierpiał w trakcie nalotu – niemiecki lotnik zrzucił bombę wprost na halę oznaczoną znakiem Czerwonego Krzyża (zginęło wielu rannych, których rozlokowano w budynku dworca).

Zniszczenia tkanki architektonicznej miasta i straty w ludziach to pierwsze symptomy nadciągającej katastrofy. Uczestnicy wydarzeń jeszcze nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji. Co prawda 3 września marszałek Rydz-Śmigły po raz pierwszy wspomina o ewakuacji urzędów, mówi o tym, że konieczne może się okazać wycofanie za linię Wisły, ale nastroje są dobre, tym bardziej że tego samego dnia Anglia i Francja wypowiadają wojnę Hitlerowi. Ludność Warszawy wiwatuje, tłum śpiewa „Marsyliankę” – nie wie, że ma do czynienia z pustym gestem zachodnich mocarstw, że odchodzenie w przeszłość Polski w jej dotychczasowej postaci rozpoczęło się i nikt nie zdoła go powstrzymać. Most w Kutach, most na Czeremoszu, jest bliżej Nowego Światu, niż komukolwiek to się wydaje.

Trzeba tu poczynić uwagę o charakterze zasadniczym: proces znikania nie może się wypełnić, jego pełna realizacja niemożliwa jest do pomyślenia bez udziału pomocników. To oni zapewniają skuteczność działaniom Hitlera – akolici, obserwatorzy, pomocnicy czynni (Słowacja, Związek Sowiecki) i bierni (Anglia, Francja). Są jeszcze ci, którzy we właściwym momencie wtrącą swoje trzy grosze, odbierając polskim politykom zdolność wpływania na przebieg wydarzeń. Myślę tu o władzach Rumunii, które łamiąc międzynarodowe umowy, internują rząd Rzeczypospolitej i naczelnego wodza.

Na razie jesteśmy jednak w Warszawie. 6 września po południu premier Składkowski udaje się na objazd miasta. Ewakuacja jest już postanowiona – ma zostać przeprowadzona najbliższej nocy. Premier wie to, czego nie wie ludność stolicy, która buduje barykady i wiwatuje na cześć władz, kiedy tylko zobaczy rządowy samochód. „A może utrzymamy się w Warszawie i nie trzeba będzie uciekać?” – zapisuje w notatniku Składkowski. Wieczorem okazuje się jednak, że oddziały niemieckie zbliżyły się do Raszyna.

Marszałek Śmigły wyjeżdża do Brześcia. Rząd kieruje się w stronę Łucka. „Ludność nie wie jeszcze o bliskości Niemców i nastroje są dalej doskonałe”.

W potrzasku

Jakie są znamiona kresu? Ogień i woda. Znikanie dokumentów, które były niezbędne w okresie pokoju, ale teraz, kiedy wojna rozlała się szeroką falą, należy je zniszczyć. Pracują piece. Dym i płaty papieru wydobywają się z kominów budynków Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, czarne strzępki fruną w powietrzu i opadają na głowy przechodniów na zaciemnionym placu Zamkowym, na Nowym Świecie i Marszałkowskiej. Wojewoda pomorski, a później prezydent RP na uchodźstwie Władysław Raczkiewicz topi dokumenty swojego urzędu w Wiśle. Ciemny nurt porywa kartki, miesza je z mułem, wciska między gałęzie rosnącej na brzegach wikliny, niesie ku wielkiemu, otwartemu morzu. Znikają równe litery maszynowego pisma, daty, nazwiska, zamaszyste podpisy. Unieważnieniu ulegają zezwolenia, umowy i licencje, postanowienia, uchwały i rozporządzenia. Wojna nie lubi porządku. Wojna jest domeną chaosu.

Samochody rządowe suną na południowy wschód. Szoferzy trąbią na uchodźców, przeciskają się między maszynami z braku benzyny porzuconymi na poboczach. Zmieniające się miejsca postojów, miasta i krajobrazy. Lublin, Nałęczów, Kazimierz, Łuck, Brześć, Krzemieniec.

Przed niemal stu trzydziestu laty Antoni Malczewski przekradał się z Krzemieńca do Księstwa Warszawskiego, by zaciągnąć się do armii. Świat miał się zmienić, przyszły autor „Marii” chciał do tego przyłożyć rękę. Teraz Krzemieniec jest miejscem postoju uciekinierów z Rzeczypospolitej. Najważniejsi z nich nocują w budynku słynnego Liceum, w którym wzorowy uczeń Malczewski pobierał nauki od Euzebiusza Słowackiego, ojca Juliusza. Historia mieszka w tych murach. Duchy przodków przysłuchują się nocnej rozmowie Jana Szembeka i Mirosława Arciszewskiego (żona Arciszewskiego, Eugenia, podejrzewana była o współpracę z NKWD), dwóch zastępców Józefa Becka, ministra spraw zagranicznych.

„W Liceum – notował w swoim „Diariuszu” Szembek – spotkałem min. Arciszewskiego, który zaprowadził mnie wśród zupełnej ciemności do restauracji i tam, podczas kolacji, przedstawił mi w najbardziej pesymistycznym świetle sytuację polityczną i wojskową. Twierdził, że wszystko jest stracone, że winę ponosi tu i wojsko, i lekkomyślność naszej polityki wewnętrznej, gospodarczej i zagranicznej; że w stanie niedostatecznego, a raczej w ogóle braku wszelkiego przygotowania wojskowego nie wolno było iść na wojnę, że dzisiaj nie ma już wyjścia z tego położenia, w jakim się znajdujemy”.

Duchy wsłuchują się w zdania wypowiadane teatralnym szeptem. Z trudnością rozróżniają słowa. Nie dowierzają.
Od południa szum Czeremoszu.
Czego chcecie, Duchy?
Uciec od rozpaczy.

Ciąg dalszy za tydzień

NAJNOWSZE