Polskie pieszczenie Kremla
Wśród komentatorów politycznych dominuje przekonanie, że Donald Tusk i Bronisław Komorowski zaczęli realistycznie oceniać Władimira Putina.
Przyznaję, że sam łapałem się na myśleniu, że Tusk i Komorowski, jak na ich dotychczasowe standardy, od czasu eskalacji sytuacji na majdanie zachowują się wobec Ukrainy przyzwoicie. Ich wypowiedzi wydają się ewidentnie antyputinowskie.
Sceptycy utrzymują, że postawa polityków PO i prezydenta wynika wyłącznie z oportunizmu – zawsze płynęli z prądem i ulegali presji silnych graczy, i tak stało się też teraz, kiedy uznali, że bardziej opłaca się im grać w jednej lidze z USA i Unią niż z Putinem. Tym bardziej że Polacy, tak przywiązani do wolności, masowo opowiedzieli się po stronie majdanu.
Inna perspektywa
Można jednak spojrzeć na tę sytuację inaczej. Można i trzeba zadać sobie pytanie, czy rzeczywiście postawa polskiego premiera i prezydenta szkodzi prezydentowi Rosji? By odpowiedzieć na nie twierdząco, najprościej będzie wskazać rosyjskie szkody wynikające z polskiej polityki zagranicznej. Otóż uważam, że nie można wskazać takich szkód.
Zauważmy, że choć pozornie USA i Unia grają w jednej drużynie, to faktycznie jest zupełnie inaczej. Interesy Unii – a właściwie Niemiec – wykluczają się z amerykańskimi. Mimo eskalacji kryzysu na Krymie, mimo wcześniejszych ofiar majdanu, energetyczna współpraca Niemiec i Rosji kwitnie w najlepsze. Nie ma mowy o żadnych sankcjach wobec Putina, skoro ok. 30 proc. niemieckiego gazu pochodzi z Rosji. I płynie do wywodzącej się z NRD Angeli Merkel świeżo wybudowanym Nord Streamem. Widocznie w XXI w. to właśnie w próżni między atomami LNG płynącymi do nich gazociągiem z Rosji Niemcy odnaleźli swoje dzisiejsze Lebensraum.
Tymczasem Amerykanie, mając nadwyżki gazu powstałe w wyniku rewolucji łupkowej, skłonni są w Europie szukać swoich nowych rynków zbytu.
Ze względu na naszkicowaną wyżej sytuację Polska nie może grać w jednej drużynie z Niemcami i USA, bo takiej drużyny po prostu nie ma. Z kim zatem w rzeczywistości gra Tusk? Odpowiedź na to pytanie padła na wspólnej konferencji polskiego premiera i niemieckiej kanclerz, kiedy to Tusk powiedział, że Polska jest otwarta na rozmowy z Amerykanami o gazie, ale na razie nie pora mówić o szczegółach. W tej napiętej geopolitycznie sytuacji tego rodzaju wypowiedź należy odczytać jako retoryczny gest Kozakiewicza wobec Obamy.
A zatem Tusk gra w jednej drużynie z Merkel. Merkel zaś gra w jednej drużynie z Putinem. Czy trzeba wyjaśniać, na czym polega tu matematyczna relacja przechodniości?
Pozorny zgrzyt
Jednak jak pogodzić taką interpretację z retoryką Lecha Kaczyńskiego tak często obecnie stosowaną przez polityków PO? To trudność pozorna. Mamy tu bowiem do czynienia jedynie z retoryką Lecha Kaczyńskiego – i z niczym więcej. W szczególności zaś uderza przy tym brak polityki Lecha Kaczyńskiego, na którą składało się przede wszystkim budowanie realnych sojuszy politycznych państw byłego bloku komunistycznego w Europie Środkowo-Wschodniej.
Czy słowa Tuska szkodzą Putinowi? Oczywiście, że nie. Polska jest obecnie krajem pozbawionym jakiejkolwiek wiarygodności, jest żenującym podnóżkiem mocarstw. Tusk może mówić cokolwiek i nie przekłada się to na żadne polityczne fakty związane ze zmianą pozycji Kremla. Mało tego, przyjęcie „wolnościowej”, niemal pisowskiej retoryki przez Tuska skutkuje u polskich wyborców, z których spora część – jak to niedawno określił prof. Zdzisław Krasnodębski – ma pamięć jednodniową, wzrostem poparcia Platformy w sondażach. Dla Putina bilans jest jednoznaczny – politycy, których słowa zupełnie nie liczą się na arenie międzynarodowej, w teatralnych gestach próbują go batożyć, nie powodując żadnych realnych dla niego strat. W efekcie ich poparcie krajowe rośnie, a przynajmniej zatrzymany zostaje jego spadek. Tym samym rośnie także nadzieja na utrzymanie się tej ekipy u władzy. A to przecież ekipa, która – choćby z powodu podjętej przez Tuska, a zaproponowanej przez Putina gry, mającej na celu zdeprecjonowanie rangi związanej z rocznicą katyńską wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego – jest politycznym ojcem i matką katastrofy smoleńskiej.
Całość artykułu w "Gazecie Polskiej Codziennie"