„Mam czterdzieści lat i wczoraj przez przypadek dowiedziałam się, że mój ojciec między 1959 a 1969 rokiem był w SB. […] Nie wiem, co robić”. To wyznanie pochodzi z książki Anny Kłys pt. „Brudne serca”, opublikowanej właśnie przez wydawnictwo Wielka Litera.
Historia wydaje się gotowym materiałem na scenariusz filmowy. Oto dziennikarka radiowa i telewizyjna postanawia napisać reportaż historyczny o bratobójczych walkach toczonych tuż po wojnie. „Zajęłam się latami 40., bo nic na ten temat nie wiedziałam. Takiego prawdziwego, nie szkolno-filmowego” – powiada w wywiadzie dla portalu NaTemat. Ponieważ mieszka w Poznaniu, wertuje akta tamtejszego Wojskowego Sądu Rejonowego. Śledzi losy skazanych oraz ich prześladowców. Z czytelną intencją: próbuje na własną rękę zweryfikować mit Żołnierzy Wyklętych. Taki zamysł odsłania podtytuł książki: „Jak zafałszowaliśmy historię chłopców z lasu i ubeków”.
Zwykli ludzie
Anna Kłys studiuje zatem kolejne życiorysy, spośród których dwa – jak uważa, równoległe – budzą jej szczególne zainteresowanie. To biografie Stanisława Cichoszewskiego i Jana Młynarka, młodych ludzi, którzy tuż po wkroczeniu Armii Czerwonej wstąpili do Milicji Obywatelskiej. Pierwszy stanął w obronie dziewczyny gwałconej przez sowieckiego żołnierza, którego zastrzelił. Skazany na trzy lata więzienia uciekł, ukrywał się, wreszcie dołączył do „partyzantów” i już następnego dnia został ranny, następnie aresztowany i rozstrzelany. Wyrok wykonał drugi z głównych bohaterów książki: Jan Młynarek, wówczas już awansowany do rangi naczelnika Aresztu Śledczego w Poznaniu i zarazem dowódca plutonu egzekucyjnego, odpowiedzialny za likwidację blisko 100 skazanych. Cichoszewskiemu historia przyzna status Żołnierza Wyklętego, Młynarka uzna za stalinowskiego kata. Tymczasem, zdaniem autorki, o ich roli w znacznym stopniu rozstrzygał przypadek, inny układ zdarzeń mógł spowodować, że wymieniliby się losami.
Teza wydaje się co najmniej dyskusyjna, tak jak i historyczny walor publikacji. Nie ulega wątpliwości, że Kłys włożyła w nią wiele rzetelnego wysiłku, jednakowoż z toku narracji jasno wynika, że jej wiedza o epoce pozostaje mocno powierzchowna, a konkluzje cechuje znaczna doza naiwności, często także – egzaltacji. Autorka polemizuje ze „stereotypami” o dobrych Żołnierzach Wyklętych i złych ubekach. Przywołuje liczne akty przemocy tych pierwszych – mordy, gwałty, rabunki. Obrazuje problemy, z jakimi borykają się drudzy – niskie pensje, małe mieszkania, donosy kolegów. Wszystko po to, by uzasadnić przekonanie, że po obu stronach barykady walczyli zwykli ludzie, trochę dobrzy, trochę źli, a nie anioły przeciwko diabłom.
Zapewne, ale to raczej pensjonarskie odkrycie. W dodatku ilustrowane po amatorsku. Wystarczy sięgnąć do „Atlasu polskiego podziemia niepodległościowego” IPN‑u, by stwierdzić, jak nieliczne spośród jednostek aktywnych w Poznańskiem Kłys uwzględnia w swojej opowieści i – co więcej – że często są to grupy kategoryzowane jako „oddziały o nieustalonej proweniencji lub oddziały nieafiliowane” czyli niekoniecznie Żołnierze Wyklęci, być może formacje samozwańcze. Ich poczynania z kolei relacjonowane są głównie na podstawie dokumentów śledztwa i procesu, których wiarygodność jest dość wątpliwa, natomiast kompetencje autorki w zakresie krytyki źródeł pozostawiają niemało do życzenia. Toteż bynajmniej nie ustalenia historyczne stanowią o wartości książki.
„Pęka mi serce…”
Na uwagę zasługuje wpisana w nią historia osobista. W trakcie pracy Kłys trafia na nazwisko Stanisława Hejmowskiego, słynnego poznańskiego adwokata, który bronił oskarżonych w powojennych procesach politycznych, a potem także w tych wytoczonych po Czerwcu ’56. I właśnie z jego akt dziennikarka dowiaduje się, że jej ojciec – jak sądziła, poczciwy dyrektor archiwum – niegdyś pracował w SB. Przez 9 lat prowadził przeciwko mecenasowi Hejmowskiemu „sprawę ewidencyjno-operacyjną pod kryptonimem »Maestro«”, w której wyniku adwokata obłożono rujnującym domiarem podatkowym, na rok pozbawiono praktyki, a kiedy chciał wyjechać do Szwecji, do swoich dzieci i wnuków – odmówiono mu paszportu. Uzyskał go dopiero po 1968 r., kiedy był już zbyt schorowany, by z niego skorzystać.
„Za każdym razem – pisze Kłys – kiedy dociera do mnie, że mój tata, do którego mam tak podobne rysy twarzy, do którego tak podobnie mówię, podpisuję się podobnie, że mój tata bezlitośnie, beznamiętnie i bezrefleksyjnie wykonywał czyjeś polecenia i wykazywał się inicjatywą własną po to, by zamęczyć innego człowieka, pęka mi serce”.
Gdy ponura historia niegdysiejszych politycznych zmagań zyskuje nagle oblicze bliskiego człowieka, kończy się naiwna opowieść o przemieszaniu dobra i zła oraz potrzebie równego podzielenia winy – zaczyna się dramat. Trzeba autorce oddać, że odważnie stara się go podźwignąć. Nie chowa głowy w piasek, doprowadza do rodzinnej konfrontacji, której rezultaty są zatrważające: „Radkiewicz, który wyrywał serca chłopakom takim jak mój tata, i montował im w to miejsce zegarek, nie przypuszczał, że w XXI wieku moja siostra skreśli mnie z listy najbliższych, mama zażąda, żebym sama się wypisała (oświadczając na piśmie, że nie mam roszczeń) z rodziny, a ja zostanę sama jak palec. I wszystko to w imię nieistniejącego od ponad dwudziestu lat systemu i palącego jak policzek wstydu? A może nie wstydu, tylko lęku albo rozczarowania. Nie mogę tego imperatywu rozgryźć, jest złożony ze zbyt wielu, czasami wykluczających się elementów. Jedno póki co jest pewne. W naszym przypadku – jest silniejszy niż miłość”.
Cały tekst w weekendowej "Gazecie Polskiej Codziennie"
Kainowe piętno
„Mam czterdzieści lat i wczoraj przez przypadek dowiedziałam się, że mój ojciec między 1959 a 1969 rokiem był w SB. […] Nie wiem, co robić”. To wyznanie pochodzi z książki Anny Kłys pt.