Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Jerzy Kropiwnicki,
08.12.2013 12:56

USA i MFW krytykują politykę gospodarczą Niemiec

W polskich mediach niemal nie odnotowano krytyki, jaką wobec gospodarczych władz Niemiec wy­artykułował amerykański Departament Skarbu (odpowiednik naszego Ministerstwa Finansów).

W polskich mediach niemal nie odnotowano krytyki, jaką wobec gospodarczych władz Niemiec wy­artykułował amerykański Departament Skarbu (odpowiednik naszego Ministerstwa Finansów). Nikogo też, jak widać, nie zainteresowały gwałtowne reakcje strony niemieckiej.

To dziwne, bo polityka ekonomiczna Niemiec ma zasadniczy wpływ na gospodarkę UE – w tym na gospodarkę Polski, ponieważ Niemcy są naszym głównym partnerem w handlu zagranicznym. Poważna, opiniotwórcza zagraniczna prasa ekonomiczna poświęciła tej sprawie wiele uwagi, a „Financial Times” zamieścił bar­dzo obszerny artykuł Martina Wolfa pod znamiennym tytułem, który w polskim tłumaczeniu brzmiałby: „Niemcy stanowią ciężar dla świata”. Autor jednocześnie stwierdza, że Amerykanie „powiedzieli to, czego nie odważyli się powiedzieć partnerzy Niemiec”.

Siła niemieckiego eksportu

Przedmiotem krytyki stał się przedmiot dumy niemieckiego rządu i większości niemieckiego społeczeństwa – olbrzymia nadwyżka eksportu nad importem. Jest ona źródłem nadwyżki bilansu obrotów bieżących Niemiec z ich partnerami gospodarczymi – przede wszystkim z krajami UE. USA zarzucają Niemcom politykę, która powoduje wywieranie presji deflacyjnej na gospodarkę nie tylko w eurozonie (choć tam przede wszystkim) i w pozostałych częściach UE, ale na gospodarkę globalną. Taka presja utrudnia przełamywanie kryzysu gospodarczego zarówno w skali eurozony, jak i świata.

Mechanizm takiego oddziaływania jest dość prosty: gospodarki krajów partnerskich Niemiec są „zalewane” napływem towarów niemieckich i odczuwają brak popytu na towary krajowe. Podcina to możliwości produkcji rodzimych firm. Zdenerwowanie władz niemieckich wzrosło, gdy podobny rodzaj „niepokoju” (żeby nie powiedzieć krytyki) wyraziły władze Międzynaro­dowego Funduszu Walutowego (MFW).

Niemiecki minister finansów zareagował ostro, stwierdzając, że nadwyżka w bilansie obrotów bieżących Niemiec nie stanowi źródła problemu ani dla Niemiec, ani dla eurozony, ani dla gospodarki globalnej. Jego zdaniem Niemcy mają pozytywny wkład we wzrost gospodarki w wymiarze globalnym poprzez eksport i import różnych komponentów niezbędnych dla finalnych produktów. A także, że niemieckie towary są chętnie kupowane na całym świecie, ponieważ są bardzo dobrej jakości i mają konkurencyjne ceny. MFW zwrócił jednak uwagę, że nadwyżka Niemiec w bilansie obrotów bieżących w tym roku może osiągnąć 215 mld dol. Jest to porównywalne z nadwyżką w obrotach Chin.

Widmo deflacji

Przypomnijmy, że Chiny stanowią dzisiaj wręcz symbol gospodarki „zalewającej” świat swoimi produktami na skutek zarówno niskich kosztów pracy, jak i polityki gospodarczej państwa, które utrzymuje niski kurs swojej waluty. Dzięki temu towary zagraniczne są bardzo drogie na rynku chińskim, a chińskie bardzo tanie na rynkach zagranicznych. Taka polityka gospodarcza, polegająca na pobudzaniu wzrostu własnej gospodarki poprzez „odpowiednie” kształtowanie kursu wymiennego własnej waluty nosi w podręcznikach ekonomii nazwę „polityki zubożania sąsiadów”. W szczególności wówczas, gdy napływ taniego importu wypiera z rynku wewnętrznego i międzynarodowego produkty, które kiedyś były produkowane w danym kraju i znajdowały zbyt zarówno na rynku wewnętrznym, jak i za granicą. W efekcie tego procesu dany kraj traci zdolność konkurencyjną oraz perspektywy dynamicznego wzrostu gospodarczego.

Krytycy właśnie w polityce gospodarczej Niemiec widzą źródło słabości ożywienia gospodarczego w krajach strefy euro. Zwracają jednocześnie uwagę na niemal całkowite stłumienie wzrostu cen w eurozonie. I nie uważają tego za zjawisko pożądane. Coraz częściej formułowane są obawy, że eurozonę może spotkać los Japonii, która po całych dziesięcioleciach bardzo dynamicznego wzrostu wpadła w „pułapkę deflacji” i trwa w niej już ponad 20 lat. Może być nawet gorzej: kraje eurozony, wepchnięte w spiralę deflacyjną, doświadczą zapewne poważnego wzrostu bezrobocia oraz wzrostu realnej wartości swoich długów.

Ślepa uliczka polityki wyrzeczeń

Martin Wolf zwraca uwagę, że do krytyków zza Atlantyku niespodziewanie dołączyli eksperci Komisji Europejskiej. Ostrej ocenie poddano forsowaną przez Niemcy „politykę wyrzeczeń”, narzucaną tym krajom eurozony, które popadły w kryzys finansów publicznych. Taka polityka wepchnęła wiele krajów w kryzys gospodarczy i ogromne bezrobocie. Mechanizm jest prosty: „polityka wyrzeczeń” polega na podnoszeniu podatków oraz cięciu wydatków z budżetu państwa. Oznacza to, że nie tylko rząd, ale także ludzie i firmy mają mniej pieniędzy. To z kolei powoduje, że kupują mniej dóbr i usług. Zatem firmy mają większe trudności ze zbytem swoich towarów, a więc mają mniej dochodów. Muszą zmniejszać rozmiary produkcji i zatrudnienia. To wywołuje kolejną falę spadku dochodów, popytu, zatrudnienia – i wreszcie dochodu narodowego. Kraj popada w recesję. A ponieważ spadek dochodów powoduje spadek wpływów podatkowych od osób (PIT), firm (CIT) oraz od wartości sprzedaży (VAT) to kwoty, jakimi dysponuje budżet państwa, bardzo silnie maleją. Jednocześnie wraz ze wzrostem bezrobocia i biedy rośnie liczba klientów funduszu bezrobocia oraz funduszów socjalnych.

Próby dalszego „zaciskania pasa” i równoważenia budżetu „za wszelką cenę” doprowadzają do dalszego wzmocnienia tendencji recesyjnych w gospodarce – do dalszego spadku popytu, sprzedaży, produkcji, dochodów z pracy i z działalności gospodarczej i do spadku PKB. Jednocześnie ciągle będzie rosła liczba bezrobotnych oraz poszerzała się sfera ubóstwa.

Eksperci KE wyliczyli, że w rezultacie takiej polityki fiskalnej Grecja straciła w latach 2011–2013 ok. 18 proc. swojego rocznego PKB, Hiszpania 9,7 proc., a Irlandia 8,4 proc. Co ciekawe, taka polityka rykoszetem uderzyła w kraje, które nie doświadczyły kryzysu zadłużenia i nie wdrażały u siebie „polityki wyrzeczeń”. Francja straciła ok. 9,1 proc. PKB, a Niemcy 8,1 proc.

Bez pośpiechu z euro

Niemcy (a w swoim czasie także MFW) narzucali zadłużonym krajom „politykę wyrzeczeń”, argumentując, że radykalne obniżenie długu oraz deficytu budżetowego odbuduje „zaufanie rynków i inwestorów”. A to miało doprowadzić do wzrostu inwestycji i wepchnąć gospodarkę na tory wzrostu. Dyktat polityki „zaciskania pasa” znajdował wsparcie społeczeństwa w kraju „głównego sponsora” – w Niemczech. Trudno temu się dziwić, skoro z krajów zadłużonych (zwłaszcza z Grecji) docierały wieści o niebywałych rozmiarach korupcji, oszustw podatkowych oraz nadmiernych przywilejów socjalnych i przerostów zatrudnienia w sektorze publicznym. Politycy znajdowali wsparcie w „wynikach poważnych badań”, z których miało wynikać, że przekroczenie przez dług publiczny wysokości równej ok. 100 proc. PKB „musi” wepchnąć gospodarkę w recesję. Zapał i wiarę polityków niemieckich podzielały także władze MFW. Do czasu.

Jesienią ubiegłego roku MFW wycofał się z dotychczasowych zaleceń, ponieważ badania jego ekspertów dowiodły, że „polityka wyrzeczeń” raczej pogłębia problemy, niż stanowi ich rozwiązanie. Wiosną tego roku okazało się, że badania dotyczące wpływu wysokości długu publicznego na recesję zostały „poważnie zniekształcone”. A – jak już wspominałem – ani w Grecji, ani gdzie indziej, nie odnotowano istotnej „odbudowy zaufania rynków i inwestorów”. Odnotowano natomiast rozwój recesji.

Eksperci zastanawiają się, co by się stało, gdyby Niemcy zrezygnowali z presji na zadłużone kraje, by kontynuowały „politykę wyrzeczeń”? I gdyby dopuszczono interwencję Europejskiego Banku Centralnego poprzez skup obligacji państw zadłużonych (płacąc za nie w euro)? Odpowiedź zdaje się oczywista: procesy recesyjne zapewne straciłyby swoje główne „zasilanie”. Euro zapewne osłabłoby w stosunku do dolara i innych walut. Konkurencyjność krajów eurozony zapewne by wzrosła – a w ślad za nią ich eksport. Polityka „zubożania sąsiada” przeniosłaby się na obszar gospodarki światowej – tym razem w wykonaniu eurozony. To dałoby tej strefie trochę oddechu. Ale na trwałe problemu by nie rozwiązało. Tu trzeba byłoby zasadniczej reformy korygującej relacje między Niemcami a pozostałymi partnerami w eurozonie. Co z tego wynika dla Polski? To, że nie ma powodu, by śpieszyć się do eurozony.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane