Moja ciotka Marychna
Pan Henryk, pszczelarz, który sprzedaje miód na targu w Milanówku (my najczęściej kupujemy miód gryczany), pojechał z pielgrzymką do Jerozolimy i przywiózł mi stamtąd w darze różaniec.
Paciorki różańca od pana Henryka są drewniane, paciorki spod Ostrej Bramy są czarne, z plastiku, a paciorki różańca od ciotki Marychny są z masy perłowej. Ciotka Marychna, a w zakonie zmartwychwstanek Matka Zofia, w ostatnich latach swego życia wiele podróżowała, wizytując zgromadzenia tego polskiego zakonu, które znajdują się w różnych częściach świata, i z tych podróży przywoziła nam drobne prezenty. Najlepiej z tych prezentów pamiętam australijskiego misia koalę, którego dostał mały Wawrzek. Koala miał w brzuchu pozytywkę, która grała miłą melodyjkę – może to była jakaś pieśń Aborygenów. Ale potem pozytywka się zepsuła i rozpruliśmy misia koalę, żeby ją naprawić, co się nie udało. Mnie zaś z tej podróży do Australii ciotka przywiozła zielony długopis, którego nie ma w szufladzie z pamiątkami, bo gdzieś się zawieruszył. Na długopisie był napis (litery były w kolorze złotym): SMILE. GOD LOVES YOU. Te słowa trochę mnie wtedy zdziwiły – przypominam, że to były lata siedemdziesiąte – ale dopiero wiele lat później zrozumiałem, że były one znakiem przemiany, która właśnie dokonywała się w cywilizacji Zachodu. Przemiana polegała na tym, że Bóg mojego dzieciństwa – Bóg potężny, srogi, niedostępny – stawał się Bogiem miłym i łagodnym – Bóg, którego trzeba było pokornie słuchać, stawał się Bogiem, do którego można było, a nawet należało się uśmiechać – Bogiem, który kocha uśmiechających się do Niego grzeszników – i więcej niż kocha, bo także lubi – i lubi, że się do Niego uśmiechają. Teraz, kiedy ta przemiana cywilizacyjna już się dokonała, trzeba zapytać – czy to, że uśmiechamy się do Tajemnicy, to źle czy dobrze dla tej ziemskiej cywilizacji, którą stworzyliśmy na naszej planecie – dla jej obecnych dziejów i dla jej przyszłości. Nie znam odpowiedzi na to pytanie, bo nikt jej nie zna. Ale niebawem będzie ona znana.