Węże w przedsionku euro
Aby wejść do strefy euro, Polska musiałaby spełnić wiele warunków narzucanych przez Unię. Wystawiają one naszą gospodarkę na liczne niebezpieczeństwa, w tym na ataki spekulantów.
„Bardzo nie lubię systemu ERM2, uważam, że powinniśmy [...] mówić o tym, iż to jest bardzo poważna bariera, która uniemożliwi Polsce [...] wchodzenie do strefy euro” – mówił prezes NBP Marek Belka. „Polska powinna jasno mówić, że nie wchodzi do ERM2 [...]. Chcecie nas [w euro], zaproście, ale bez tego kryterium” – dodał.
Słowa te, wypowiedziane podczas narady zorganizowanej przez Prezydenta RP w sprawie wejścia Polski do strefy euro, wywołały w gronie specjalistów niemałą sensację. Media w większości przeszły nad nią do porządku dziennego albo poświęciły jej drobne notki na dalszych stronach. Tymczasem sprawa jest pierwszorzędnej wagi. Słowa zostały wypowiedziane przez zwolennika wejścia Polski do strefy euro i w gronie innych (czasem jeszcze większych) entuzjastów tego kierunku.
Niebezpieczeństwo ataków
Wszyscy zebrani doskonale wiedzieli, że ERM2, czyli Drugi Mechanizm Kursów Walutowych, stanowi przedsionek wspólnotowej waluty. Żeby tam wejść, trzeba spełnić kryteria konwergencji dotyczące spraw gospodarczych i prawnych. Dotyczy to zwłaszcza deficytu budżetowego, długu publicznego oraz wskaźnika inflacji, który powinien spełniać narzucone przez Unię wymogi. Kraj ubiegający się o przyjęcie do strefy euro, musi o przyjęcie do ERM2 poprosić. I to jest jego ostatnia suwerenna decyzja. Potem już działa automat. Dokonuje się ruch w jedną stronę – w kierunku strefy euro. Odtąd kurs waluty krajowej względem euro ulega ścisłemu powiązaniu – jego wahania nie mogą być wyższe niż +/- 15 proc. w stosunku do euro przez minimum dwa lata. Jeśli kurs złotego w takim czasie byłby utrzymany (obroniony za pomocą odpowiedniej polityki NBP) oraz gdyby udało się utrzymać w ryzach pozostałe wspomniane już wskaźniki gospodarcze stanowiące kryteria konwergencji, to po owych dwóch latach spotkałaby nas nagroda w postaci przyjęcia do EMU (Unii Gospodarczo-Walutowej). Dlaczego prezes NBP uznał, że wejście Polski do tego mechanizmu jest niebezpieczne (nawet bardzo niebezpieczne)? Stwierdził, że zadeklarowanie obrony określonego kursu złotówki wystawia nas na potencjalne ataki spekulacyjne: „Gdybyśmy zdeklarowali, jaki jest graniczny kurs waluty, którego musimy bronić, to na pewno rynek chciałby to sprawdzić. To jest tak, jakbyśmy zapraszali do spekulacji wszystkich inwestorów na całym świecie”.
Miliarder, który pokonał Anglię
Jest wiele przykładów świadczących o tym, że takiemu atakowi trudno się oprzeć. Doświadczyły tego pod koniec lat 90. kraje Azji Południowo-Wschodniej (określane ze względu na swoje wcześniejsze sukcesy gospodarcze jako tygrysy azjatyckie), a jeszcze wcześniej kraj tak bogaty, jak Wielka Brytania. Była ona uczestnikiem porozumienia ERM1 (poprzednika ERM2), zwanego też wężem walutowym. W tym systemie kraje związane umową zobowiązane były do wspólnej obrony zadeklarowanych kursów wymiennych swoich walut poprzez odpowiednie interwencje na rynku. Tak więc gdyby np. kurs funta w stosunku do walut europejski rósł, to Wielka Brytania byłaby zobowiązana do skupu tych walut za funty. W ten sposób powiększałaby ilość funtów na rynku, a zmniejszała ilość walut obcych. W efekcie cena funta (jego kurs w walutach obcych) zaczynałaby maleć. Akcja Wielkiej Brytanii byłaby wzmacniana analogicznymi działaniami innych krajów, które sprzedawałyby swoje zapasy funtów, ściągając z rynku swoje waluty. Przeciwna akcja (skup funta za waluty obce) miałaby miejsce, gdyby funt taniał – tj. gdyby jego kurs spadł poniżej uzgodnionego z partnerami poziomu. Główny ciężar działań spoczywałby oczywiście na kraju, którego waluta wyszłaby poza uzgodnione granice kursu – w naszym przykładzie na Wielkiej Brytanii. Działania na rynku walutowym można wzmacniać odpowiednią polityką stopy procentowej. Gdy ona rośnie, rośnie też „nagroda za oszczędzanie”. Można zatem w ten sposób ściągać z rynku do banków nadmiar pieniądza (np. funta).
Według danych prasowych, George Soros, miliarder operujący wielkim „funduszem hedgingowym”, wiosną 1992 r. podjął decyzję o ataku na funta i doprowadzeniu do jego dewaluacji. Zaciągnął więc pożyczki wartości ok 6,5 mld funtów, a następnie dokonywał za nie zakupów marek niemieckich i franków francuskich. Początkowo czynił to, unikając rozgłosu i w transzach, które nie chwiały wysokim kursem funta. Gdy już zgromadził odpowiedni zapas marek i franków, zaczął ostentacyjnie sprzedawać resztę swoich zasobów w funtach i jednocześnie udzielał szeroko wywiadów, twierdząc, że waluta brytyjska jest słaba i że lada moment nastąpi jej załamanie – dewaluacja. Te oświadczenia (oraz publikacje alarmistycznej treści podobno sponsorowane przez Sorosa) spowodowały masowe wyzbywanie się funtów przez inwestorów giełdowych. Kurs funta gwałtownie spadał. Rząd brytyjski układem ERM1 był zobowiązany do utrzymania określonego kursu funta względem innych walut europejskich. Przystąpił więc do obrony funta, skupując walutę brytyjską za marki, franki i inne waluty obce oraz ogłosił podniesienie stóp procentowych z 10 do 12 proc. i zapowiedział dalszy wzrost do 15 proc. (by zachęcić do oszczędzania w funtach i w nadziei, że spowoduje to ściągnięcie dużych kwot funtów z rynku). Interwencja nie odniosła oczekiwanego skutku, ponieważ panika wywołana akcją Sorosa była zbyt wielka i inwestorzy nadal wyzbywali się funtów. Ostatecznie rząd zdecydował się na oficjalną dewaluację funta i na wycofanie się ERM1. Gdy Soros uznał, że funt osiągnął odpowiednio niską cenę – zaczął skupować tę walutę za swoje franki i marki. Dzięki temu mógł zwrócić zaciągnięty na początku dług – i nie tylko, bo skupił więcej, niż pożyczył. Zysk Sorosa na całej operacji wyniósł ok. 1 mld funtów. Brytyjski skarb wydał na ratowanie funta rezerwy wartości ok. 27 mld funtów. Ostatecznie poniósł stratę w wysokości 3,3 mld funtów. Dzień 16 września 1992 r. (wycofanie z ERM1 i dewaluacja funta) przeszedł do historii Wielkiej Brytanii jako Czarna Środa, a Soros zyskał tytuł „Miliardera, który złamał Bank of England”.
Więcej pytań niż odpowiedzi
Podobną klęskę w konfrontacji ze spekulacyjnymi działaniami funduszów hedgingowych ponosiły kilka lat później kraje Azji Południowo-Wschodniej. Do tamtych wypadków odwoływał się zapewne prezes NBP. Póki nie jesteśmy w ERM2, nie jesteśmy zobowiązani do obrony kursu walutowego. Jego utrzymanie lub całkowite uwolnienie jest wewnętrzną sprawą Polski. Gdy wejdziemy do ERM2, sytuacja całkowicie się zmieni.
Być może wówczas ktoś zechce się z Polską „zabawić”, jak Soros z Wielką Brytanią? Nasze zasoby finansowe w walutach obcych mogą stanowić silną pokusę. Czy moglibyśmy wejść do strefy euro bez przechodzenia przez „przedpokój”, czyli bez uczestnictwa w ERM2? Zapisy traktatowe UE wykluczają taką możliwość. Niektórzy specjaliści twierdzą, że UE potrafi być elastyczna, gdy Berlin, Paryż i Bruksela widzą w tym interes. Według rozpowszechnionej opinii testem w tej materii będzie zachowanie się możnych Unii w wypadku, gdyby Szwecja chciała przystąpić do Eurolandu bez przechodzenia przez ERM2. Czy następnie taką propozycję dostanie Polska? Wtedy stanie przed nami kolejne pytanie: czy powinniśmy z niej skorzystać? Tu zdania ekspertów są podzielone.