Przechowalnie nie przedszkola
Reforma przedszkolna nie tylko nie wyrównała szans, ale wręcz pogłębiła przepaść między bogatymi a biednymi rodzicami.
Jeśli ktoś szuka dowodów na to, że rząd Donalda Tuska nie tylko na niczym się nie zna, ale również na to, że nawet jeśli ma dobre intencje (a nie mam podstaw, by w to nie wierzyć), to i tak spartaczy każdą sprawę, powinien przyjrzeć się polskiej oświacie, a konkretnie przedszkolom.
Choć jestem zwolennikiem wolnego rynku, to uważam, że zaangażowanie państwa w umożliwienie dzieciom równego startu jest ważne. Z tego też powodu nie odrzucałem a priori szczytnych celów, które postawił sobie rząd w reformie przedszkolnej, czyli wyrównywania szans dzieci na miejsce w przedszkolu i uniemożliwienia wykluczania uboższych dzieci z płatnych zajęć nadobowiązkowych. Trudno jednak nie dostrzec, że choć cele pozostały szczytne, to na poziomie ich realizacji rząd doprowadził do tego, iż wszystkie dzieci zostały wykluczone z dostępu do wielu zajęć edukacyjnych. A przedszkola – przez działania tnącego koszty ministra finansów – przekształciły się już nawet nie w ochronki, ale w przechowalnie. Stąd już krótka droga do tego, by wszystkie dzieci zamożnych rodziców – zniechęconych ułomną edukacją – trafiły do przedszkoli prywatnych, co byłoby osobliwym rezultatem polityki wyrównywania szans.
Równość czy równia pochyła?
Obserwuję ten proces z bliska. Jedno z moich dzieci uczęszcza bowiem do państwowego przedszkola, drugie zostało przeniesione do prywatnej podstawówki z zerówką właśnie z powodu reform w przedszkolach, a trzecie oczekuje na przyjęcie do pobliskiego przedszkola publicznego. Z problemami publicznych placówek opiekuńczych jestem więc na bieżąco i widzę, do czego prowadzi z jednej strony absolutnie nieprzemyślana polityka, a z drugiej obietnice, że wszystkie dzieci zostaną przyjęte, które muszą wypełnić mimowolnie wplątane w politykę dyrektorki przedszkoli. W placówce, do której chodzą moje dzieci (bardzo dobrej, ale pominę jej nazwę, bo nie chcę wyświadczyć niedźwiedziej przysługi jej dyrektorce), obietnice pani prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz, że każdy trzylatek znajdzie miejsce w przedszkolu, oznaczały w praktyce ni mniej, ni więcej tylko tyle, że zlikwidowano salę gimnastyczną, w której dotąd dzieci ćwiczyły korektywę. W ten to sposób pozyskano brakujące miejsce na nową salę lekcyjną. Co prawda bez łazienki – co było standardem – ale kto by tym się przejmował.
Czy brak tej sali to taka wielka strata? Nie – można powiedzieć ironicznie – ponieważ w owej sali i tak nie miałby kto prowadzić zajęć! W ramach oszczędności skasowano bowiem etaty i wyrzucono z przedszkoli prywatnych przedsiębiorców, którzy dotąd prowadzili sporą część nadobowiązkowych zajęć odbywających się w sali gimnastycznej. Jeśli zaś chodzi o te nieliczne zajęcia z wychowania fizycznego, które pozostały, to prowadzi je jeden specjalnie do tego celu zatrudniony nauczyciel. Ma do opanowania niemal trzydziestoosobową grupę czterolatków, co sprawia, że czasu na ćwiczenia zostaje niewiele. Biorąc rzecz na zdrowy rozum, należałoby dać mu do pomocy nauczycielkę dzieci, która zna je doskonale. Nie wolno jednak tego zrobić, ponieważ oznaczałoby to, że w jednym czasie z naszymi dziećmi pracują dwie osoby na etacie. Nauczycielka ma więc w tym czasie okienko, które musi odpracować później.
Zakazane literki
Utrata sali gimnastycznej to niejedyna zmiana. Dyrektorka musiała także zwolnić część nauczycielek, a w efekcie te, które zostały, muszą pracować więcej niż wcześniej. Od godziny 15 dzieci łączone są w większe grupy i zajmują się nimi już inne panie. Dla mniejszych dzieci taka zmiana jest wielkim problemem. One zżywają się z paniami i niechętnie przechodzą do innych sal.
Może więc chociaż pani w przedszkolu, skoro i tak wyeliminowano z niego niemal wszystkie dodatkowe zajęcia, może więcej czasu poświęcić na nauczanie dzieci liczenia czy polskiego? Nic z tego. Nie pozwalają na to przepisy, które mają wepchnąć dzieci do szkół w ramach kampanii dotyczącej sześciolatków. W efekcie w przedszkolu publicznym, przynajmniej oficjalnie, tych umiejętności uczyć nie wolno. Rodzice, którzy chcą, żeby ich dzieci były uczone literek, muszą je posłać albo do szkolnej zerówki, albo do prywatnego przedszkola. Coraz więcej dorosłych, gdy dowiaduje się o nowych przepisach, tak właśnie postępuje. Uznają oni bowiem, że w imię równania szans odebrano ich dzieciom możliwość rozwoju. A moją wyrażoną wyżej opinię, że przedszkola coraz bardziej przypominają przechowalnie, otwarcie potwierdzają w rozmowach nauczycielki.
HGW jak z Barei
Tymczasem prezydent Warszawy, świadoma, że opisane problemy mogą zaszkodzić jej w zbliżającym się referendum odwoławczym, rozpoczęła wielką akcję przedszkolną. Ale żeby nie było wątpliwości: nie chodzi o to, by coś naprawić, ale by dyrektorzy przedszkoli razem z rodzicami w zgodnym chórze zaczęli śpiewać: łubudubu, łubudubu…
Dlatego wszyscy dyrektorzy szkół dostali od prezydent Warszawy list do rodziców, w którym Hanna Gronkiewicz-Waltz przekonuje, że jest świetnie i doskonale, a kto tego nie widzi, ten jest malkontent. Każdy dyrektor ma ten – urągający zdrowemu rozsądkowi – dokument wywiesić w przedszkolu (i niestety miejscem jego wywieszenia nie może być toaleta), umieścić go na stronie internetowej, wysłać mejlem do rodziców, a także wydrukować w odpowiedniej liczbie egzemplarzy i przekazać każdemu rodzicowi. Z działań tych zaś dyrektor musi się rozliczyć i wytłumaczyć. Wszystko to oczywiście kosztuje, ale kto liczyłby się z kosztami, gdy chodzi o rzecz tak istotną, jak zadowolenie pani prezydent. Dobro dzieci musi zejść z afisza, gdy chodzi o władzę.