Pewnie do końca moich dni nie zapomnę instruktora pływania z jego cierpkimi i ironicznymi uwagami, którymi wypełnione były dwie lekcyjne godziny, spędzane w każdym tygodniu piątej klasy szkoły podstawowej na basenie Polonii. Gdy oceniał styl, w którym usiłowałem bronić się przed utonięciem, najczęściej nie proponował nazywania go ani dowolnym, ani crawlem, lecz używał wytworzonego przez siebie neologizmu – „rozpaczliwiec”. Miał rację. Trudno było lepiej określić tę bezładną, rozpaczliwą machaninę kończynami, podjętą w panicznym strachu przed śmiercią, przez małego, bezradnego chłopca. To określenie przypomniało mi się w ostatnich dniach. Nie ma bowiem lepszej nazwy na próbę uniknięcia losu politycznego topielca, zalanego falą zasłużonej krytyki, podejmowanej zarówno przez samą Hannę Gronkiewicz-Waltz (HGW), jak i jej partyjnej towarzyszki i towarzyszy, a zwłaszcza usłużnych dziennikarzy z prorządowych mediów. W tym politycznym rozpaczliwcu bezładne ruchy można pogrupować w dwu kategoriach: działania HGW i jej otoczenia oraz medialna nadbudowa całej akcji ocalenia prezydenty (skoro Mucha to „ministra”, to konsekwentnie: HGW – „prezydenta”).
Działania wiceprzewodniczącej PO poważnie trącą o groteskę rodem z filmów Stanisława Barei, bo jak inaczej patrzeć na przejazd miejskim rowerem czy podjętą o piątej rano przejażdżkę zdezorganizowaną na niemal całe wakacje i na nowo „otwartą” jedyną linią warszawskiego metra? Tego wszystkiego dokonuje ktoś, kto do tej pory przez niemal siedem lat trwał zamknięty w ratuszu jak w twierdzy, a dla mieszkańców stolicy miał tylko nieczęste, ale za to skrzekliwe połajanki. Trudności komunikacyjne w Warszawie HGW fundowała nam z powodu swojej kompromitującej niekompetencji tak często, że zamiast „Dnia Pieszego Pasażera” z barejowskiego „Misia” doczekaliśmy się Miasta Pieszych Pasażerów. W takiej sytuacji rajdy HGW po Warszawie przebijają nawet największych mistrzów burleski. Lecz burleska ta nie kończy się na akcjach samej prezydenty. W rozpaczliwcu warszawskim uczestniczą con amore dziennikarze rządowi, zwłaszcza ci ze stacji telewizyjnej podającej swoją prawdę całą dobę. Z ich ust, przeciw uczestnictwu w referendum mającym odwołać HGW, padają nieprawdopodobne brednie i farmazony. Króluje głównie argument, że w referendum nie trzeba uczestniczyć, bo nikt z oponentów nie chce zdradzić, kto będzie kandydował na prezydenta stolicy, gdyby odwołano HGW ze stanowiska. Rozprawiają przy tym, że nie mogą wyrobić sobie stanowiska, bo nie wiedzą, czego spodziewać się po jej następcy, skoro nie wiadomo, kto nim zostanie. Taka argumentacja podważa za jednym zamachem wszelkie referendalne procedury odwoławcze, stosowane od setek lat w znanych nam demokracjach. Za każdym bowiem razem sytuacja była dokładnie taka sama jak teraz w Warszawie. Też nie było wiadomo, kto zostanie następcą, bo nie było przecież pewne, jaki będzie wynik referendum odwołującego. Znamienne jest też to, że przy analogicznych referendach w Olsztynie, Łodzi, Sopocie, a całkiem ostatnio także w Elblągu, ci sami dziennikarze nie stawiali sprawy w ten sposób, w jaki dziś usiłują to uczynić w swoim warszawskim rozpaczliwcu.
Charakterystyczne jest również, że dziennikarze jednocześnie wcale nie pytają działaczy PO, kogo partia zechce wystawić w wyborach na prezydenta stolicy, gdyby wyrok referendalny skutecznie utopił HGW. Wypada więc wszędzie powtarzać, że bojkot referendum powodujący jego fiasko oznaczać będzie nie tylko sukces groteskowego rozpaczliwa, ale i to, że kandydatką PO na następną prezydencką kadencję znowu będzie HGW. I z pewnością zechce wykorzystać handicap, jaki w takich wyborach daje pełnienie funkcji, której wybory będą dotyczyć.