Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Mateusz Matyszkowicz,
27.08.2013 20:34

Adoptuj sobie brudaska

„Pasiecie go jak świnię” - usłyszeli od kuratora dziadkowie pięcioletniego Maćka. Maciek też to słyszał. Teraz urzędnicy chcą dziecko odebrać. Oni nie będą go już paśli jak świnię. Należą w końcu do lepszej rasy.

„Pasiecie go jak świnię” - usłyszeli od kuratora dziadkowie pięcioletniego Maćka. Maciek też to słyszał. Teraz urzędnicy chcą dziecko odebrać. Oni nie będą go już paśli jak świnię. Należą w końcu do lepszej rasy.

Znam osobę, która została adoptowana w wieku niemowlęcym. Nie poznała nigdy ani swoich rodziców, ani rodzeństwa. Od lat poszukuje swojego brata. To zjawisko, którego na próżno szukać wśród innych zwierząt - dla ludzi więzi rodzinne są niezwykle trwałe i mają znaczenie przez całe życie. Człowiek - niezwykłe zwierzę - buduje swoją tożsamość na relacjach rodzinnych. Zarówno te sięgające w przeszłość, stąd znaczenie rodowodów, które nie są uwarunkowane wyłącznie kulturowo, ale tkwią w świadomości gdzieś głębiej, odpowiadają niemożliwej do wytępienia potrzebie, jak i związane z przyszłością, czyli zakładaniem własnej rodziny, zawieraniem małżeństwa, rodzeniem i wychowaniem dzieci. To się wydaje bardzo banalne, ale dlaczego jest kwestionowane?

Inżynierowie rodzin

Dowiedzieliśmy się w ostatnich dniach o próbie zabrania rodzinie dziecka, ponieważ jest ono zbyt otyłe. Każdy z takich wypadków oznacza przekraczanie kolejnych granic negowania modelu rodziny, który nie tylko jest tradycyjny (bo związany z naszą kulturą), ale i naturalny (bo odpowiada potrzebie człowieka do pozostawania w kręgu biologicznej rodziny). Do niedawna jeszcze odebranie dziecka biologicznej rodzinie było ostatecznością - wtedy, gdy istniało niewątpliwe i niemożliwe do usunięcia zagrożenie jego życia lub zdrowia, fizycznego i psychicznego. To rozwiązanie ostateczne zakładało, że istnieje pewien bardzo niewielki margines wypaczonych osobników, które nie są zdolne do wypełniania naturalnych zobowiązań.

Teraz ów niewielki margines staje się w oczach funkcjonariuszy państwa sporą grupą społeczną. Pomyślmy, ile dzieci w Polsce ma nadwagę, na ile głos podniósł rodzic, w ilu domach trudno jest związać koniec z końcem. To, co kiedyś było częścią naszego losu, trudnością, z którą trzeba się zmierzyć i żyć mimo niej, teraz wchodzi w orbitę zainteresowań inżynierów społecznych.

Bo odbieranie dzieci w pierwszym rzędzie jest przejawem społecznej inżynierii. Próbą zdobycia przez nieliczną warstwę nowej elity władzy nad resztą społeczeństwa. Kiedy w XIX w. powstawał ruch eugeniczny, zapatrzeni w siebie intelektualiści próbowali skonstruować taki porządek społeczny, z którego zostałyby wyeliminowane osobniki słabsze. Na świecie mogło być miejsce tylko dla zdrowych panów. Dzisiejsze przekonanie wielu absolwentów prawa i psychologii, medycyny i administracji, że oto oni - jaśnie oświeceni, wykształceni, oczytani w kolorowych magazynach, które mają lakierowane okładki - ludzie wysportowani i otwarci na świat, są lepsi od mniej wykształconych, mniej oświeconych, zaściankowych roboli, którzy nie uprawiają joggingu ani nordic walkingu, wiedzie do ingerowania państwa w życie naturalnej rodziny.

Wszechwiedzący trutnie

Jest to przekonanie, że gdyby dziecko trafiło w ich ręce, gdyby zaproponować mu rozpisaną przez nich dietę, plan ćwiczeń fizycznych i moralnych, gdyby schludniej je ubrać i zaprowadzić do galerii sztuki, to stałoby się ono szczęśliwsze, lepsze i powiększyłoby grupę panów.

Grupę, która - co bardzo ciekawe - sama ma coraz mniej dzieci. Bliski jej model szczęścia stoi bowiem w sprzeczności ze zobowiązaniami, na których przyjęcie gotowa jest warstwa społeczna, którą ma w pogardzie. To tam jest najwięcej rodzin wielodzietnych, czyli tak naprawdę rodzin, w których pracuje tylko jeden rodzic. Model emancypacji społecznej, który dziś jest proponowany przez społeczne elity, wyklucza większe i długotrwałe zaangażowanie w wykonywanie obowiązków rodzinnych. Co ciekawe, dotyczy to osób, które same najczęściej pochodzą z niewielkich miejscowości.

I dochodzi do absurdalnej sytuacji, w której bezpłodna grupa społeczna próbuje regulować zasady życia grupie zapewniającej społeczeństwu szanse na jej biologiczne przetrwanie. Gdyby bowiem społeczeństwo składało się wyłącznie z takich osobników jak te, które próbują nami zawładnąć, już dawno byśmy wymarli. Ktoś badał przyrost naturalny wśród medialnych gwiazdek? A ponoć wiedzą one, na czym szczęście polega i jak wychowywać dzieci.

Nie wolno ulec

Podobnie ma się sprawa ze znaczną liczbą absolwentów psychologii i prawa, medycyny i administracji, z tymi grupami, które dziś pragną rządzić całą resztą. Ale nie mają czym się martwić. Gdy przekroczą już czterdziestkę, adoptują sobie brudaska i zrobią z niego człowieka. Wzruszające, prawda?

Najgorsza rzecz, jaka teraz mogłaby się stać, to rozpowszechnienie się przekonania, że rozsadzanie rodziny i coraz większa ingerencja urzędników w prywatne życie są jakimś elementem nieuniknionego postępu historii. Jeśli lewica będzie do tego przekonywała, a prawica to zaakceptuje. Jeśli wreszcie zwykli ludzie powiedzą: trudno, takie czasy, trzeba się przyzwyczaić. A przecież to nie jest kwestia jakiejś konieczności. Zmiany, które teraz obserwujemy, nie są naturalne, nie wpisują się w ludzką naturę i na dłuższą metę nie mają szans funkcjonować.

Z pewnością jednak jakieś czasowe zwycięstwo inżynierów od rodziny doprowadzić może do powstania nowego totalitaryzmu. Nieprzypadkowo zresztą najchętniej w życie rodzinne ingerowały dotąd ustroje totalitarne. Inwestowały w żłobki i deprecjonowały rolę rodziców. Państwa totalitarne zawsze wiedziały lepiej. Podobnie jak ci, którzy zabrali się za los Maćka.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE