Neoliberałowie zderzają się z rzeczywistością
Ministrowie greckiego rządu towarzyszący prezydentowi swojego kraju w niedawnej wizycie do Polski bardzo optymistycznie oceniali sytuację Grecji. Zarówno minister rozwoju i konkurencyjności, jak i wiceminister spraw zagranicznych zobaczyli światełko
Wypowiadali się ostrożnie na temat polityki Komisji Europejskiej, Europejskiego Banku Centralnego oraz Międzynarodowego Funduszu Walutowego, jednak uznawali słuszność narzucanej przez te instytucje polityki cięć i wyrzeczeń. Tymczasem nie ulega wątpliwości, że polityka ta zbankrutowała. Interwencje UE i MFW trwają już kilka lat, a bezrobocie w Grecji osiągnęło poziom 27 proc., PKB zaś jest niższe niż w 2008 r. o niemal 25 proc. Taką katastrofę gospodarczą można śmiało porównywać z sytuacją krajów przeżywających wielki kryzys lat 30. ubiegłego wieku. Z tym że dziś dzieje się to w warunkach nieustającej i niemałej pomocy udzielanej krajom dotkniętym kryzysem – zwłaszcza Grecji.
Na niemieckiej ścieżce
W zamian za pomoc udzielaną nie tyle Grecji, ile bankom niemieckim, francuskim i holenderskim, w których Grecy są zadłużeni, rząd Grecji zobowiązał się do przeprowadzenia w swoim kraju reform w poborze podatków, polityce socjalnej oraz zatrudnieniu. Ponadto musiał się zobowiązać do prowadzenia polityki cięć obejmującej wydatki budżetowe, zwiększania obciążeń podatkowych w celu likwidacji deficytu budżetowego, a także do radykalnego ograniczenia narastania długu publicznego. Szczególnie zdeterminowanym propagatorem takiej polityki były i są Niemcy. Mają do tego zrozumiałe prawo – są w Europie głównym sponsorem programów pomocowych.
Propagowana przez Niemcy polityka miała źródła dwojakiego rodzaju. Jednym z nich było społeczne oburzenie (nie tylko w Niemczech, ale i w innych krajach europejskich, także w Polsce), na „beztroskich, rozrzutnych Greków” oraz ich „nieodpowiedzialne, skorumpowane rządy”. Drugim źródłem było przekonanie dominujących w Europie neoliberalnych ekonomistów, że podstawowym problemem Grecji (i innych krajów przeżywających kryzys zadłużenia) jest utrata wiarygodności na rynkach finansowych. Sformułowano twardą tezę, że szybkie zlikwidowanie deficytu budżetowego oraz radykalne zmniejszenie długu publicznego jest najprostszą i najkrótszą drogą do odzyskania zaufania inwestorów oraz do wejścia na ścieżkę wzrostu gospodarczego.
Bardzo długo podobny pogląd reprezentował MFW. W 2010 r. to przekonanie uzyskało silne wsparcie poprzez wyniki badań dwojga amerykańskich ekonomistów: Carmen Reinhart i Kennetha Rogoffa. Stwierdzili oni, że kraje, których dług publiczny przekracza 90 proc. PKB, mają zdecydowanie mniejsze wskaźniki wzrostu gospodarczego – z tendencją do stagnacji lub nawet recesji. Powstała swoista doktryna Reinhart-Rogoffa. Grecki dług publiczny już w 2007 r. wynosił 107,4 proc. PKB i rósł w kolejnych latach. W 2012 r. osiągnął 156,9 proc. PKB. Ze względu na domniemaną miękkość władz UE Niemcy przeforsowały obecność reprezentanta MFW w zespole decydującym o warunkach przyznania kolejnej transzy kredytu krajom dotkniętym kryzysem zadłużenia. Światowa organizacja miała w zespole tzw. trojki (Komisja Europejska, Europejski Bank Centralny, Międzynarodowy Fundusz Walutowy) spełniać funkcję twardego policjanta, który pilnuje przestrzegania reguł.
Przemilczane fakty
MFW początkowo spełniał oczekiwaną funkcję, jednak w połowie 2012 r. jego stanowisko zaczęło ulegać radykalnej zmianie. Najpierw w wewnętrznych publikacjach naukowych, a następnie w oficjalnych dokumentach MFW pojawiły się stwierdzenia, że polityka cięć i wyrzeczeń nie przynosi spodziewanych efektów i należy ją uznać za błędną. Wywołało to ostre spory w kuluarach dorocznej konferencji Banku Światowego i MFW z udziałem reprezentantów wszystkich krajów członkowskich – ministrów finansów i prezesów banków centralnych. Minister finansów Niemiec bezskutecznie domagał się wycofania się MFW ze swoich tez. Zespół naukowy MFW uparł się przy swoich konkluzjach, a Christine Lagarde odmówiła zmiany stanowiska swojej instytucji. Przez następne pół roku broniono jeszcze w Europie polityki cięć i wyrzeczeń, powołując się na doktrynę Reinhart-Rogoffa. W połowie kwietnia trójka uczonych z Uniwersytetu Massachusetts – Michael Ash, Thomas Herndon i Robert Pollin – ogłosiła wykrycie „poważnych błędów, które w sposób niewłaściwy odzwierciedlają relacje między długiem publicznym a wzrostem”. Mówiąc bez owijania w bawełnę: okazało się, że państwo R&R pominęli niektóre dane w swoich obliczeniach i w rezultacie ich wnioski są obarczone błędem.
Z większą uwagą zaczęto wsłuchiwać się w argumentację przeciwników proponowanej przez nich polityki – takich jak np. amerykański ekonomista laureat Nagrody Nobla Paul Krugman. Zaczęto zwracać uwagę na to, że próba likwidacji deficytu budżetowego w warunkach recesji musi skończyć się niepowodzeniem – a dla gospodarki pogorszeniem jej sytuacji. Dzieje się tak dlatego, że okres recesji to czas obniżania się dochodów i dokonywanych zakupów. To w sposób oczywisty powoduje zmniejszanie się wpływów podatkowych do budżetu państwa – i to wszelkiego rodzaju podatków – CIT, PIT i VAT. Maleje także zatrudnienie, a w ślad za nim kwoty składek do funduszu pracy oraz do funduszu ubezpieczeń społecznych. Jednocześnie jest to okres wzrostu niektórych wydatków – zasiłków dla bezrobotnych, wydatków na ochronę zdrowia, a nawet rent i emerytur. Oraz – w związku ze wzrostem liczby ludzi pozbawionych wszelkich środków do życia i uprawnień do świadczeń z ubezpieczeń społecznych – wydatków na pomoc społeczną. Kraje dzisiejszej Europy nie biorą nawet pod uwagę możliwości rezygnacji z takich wydatków. Są one uważane za oczywisty obowiązek współczesnego państwa. To wszystko w sposób automatyczny prowadzi do pojawienia się lub wzrostu „niezawinionego” deficytu w budżecie państwa.
Powolne uleganie MFW
Próby likwidacji lub zmniejszania takiego deficytu za wszelką cenę nie mają sensu. Podnoszenie stawek podatków w okresie recesji będzie prowadziło do negatywnych skutków w zakupach – i to zarówno dóbr inwestycyjnych przez przedsiębiorców, jak i dóbr konsumpcyjnych przez ogół obywateli. To następnie będzie owocowało dalszym obniżaniem produkcji, zatrudnienia i dochodu narodowego (PKB). Polityka podnoszenia stawek opodatkowania będzie także zwiększała w społeczeństwie bodźce do unikania płacenia podatków poprzez fałszowanie wysokości dochodów. W rezultacie wpływy podatkowe zamiast rosnąć, będą malały. A bezrobocie i ubóstwo wymagające zwiększonych wydatków budżetowych – będą rosły.
Ekonomiści nurtu neoliberalnego zbyt łatwo zapominają, że w dzisiejszej gospodarce, zwłaszcza w okresie recesji, problemem nie jest zdolność gospodarki do produkowania ogromnych ilości towarów, lecz brak popytu. Domaganie się polityki, która w sposób oczywisty tnie wielkość tego popytu i to w sposób bezrefleksyjny, musi prowadzić do pogłębiania recesji.
Pod naciskiem MFW trojka łagodzi swoje warunki odnośnie do tempa zmniejszania długu publicznego. Bardziej koncentruje się na reformach strukturalnych, na żądaniach prywatyzacji przedsiębiorstw sektora publicznego oraz na cięciach zatrudnienia w administracji państwowej i w instytucjach publicznych. To ostatnie przychodzi z trudem, bo miejsca pracy w tym sektorze w Grecji są traktowane jako łup polityczny, domena swobodnej polityki partii rządzących. Grecja stanowi szczególny przypadek ze względu na nasilenie problemów, które można obserwować także w innych krajach „peryferii” eurozony. I pierwszym krajem, który doświadczył tak głębokiej zapaści. Jest też obszarem „zbierania doświadczeń” przez twórców polityki pomocowej. Oby się nie okazało, że owo „światło w tunelu”, które zobaczyli ministrowie greckiego rządu, to reflektory nadjeżdżającej machiny katastrofy gospodarczej.