Aniegdotcziki postroili Biełamor-Kanał
Zaczęły się wakacje, pora więc na lżejszy temat. Czas zafrasowane twarze rozświetlić uśmiechem, zwłaszcza że w polityce polskiej sporo nadziei, więc wszystkim nam trochę lżej się żyje. Zatem o właściwościach humoru w polskiej polityce słów parę. &nb
Spośród dwu kategorii osób, które cieszą się odgadywaniem ironii ukrytych w dowcipach, należę raczej do tych, którzy dowcipy opowiadają, niż do tych, którzy ich – co prawda ze zrozumieniem i satysfakcją – jedynie słuchają. Perfidna złośliwość mojej pamięci pozwala mi wprawdzie zapomnieć o imieninach najlepszego przyjaciela, ale nie daje mi wytchnienia od dowcipów, więc pamiętam niemal wszystkie od czasu, gdy zacząłem je już, jeszcze jako dziecko, rozumieć. A że urodziłem się w głębokim Peerelu, bo PESEL rozpoczyna mi się od piątki, a przez całe lata 60., 70. i 80. chłonąłem dowcipy jak gąbka i – jak już wspomniałem – niemal wszystkie wówczas usłyszane pamiętam do dziś, stałem się w środowisku znajomych ekspertem od analizy, z jakiego okresu Peerelu pochodzi obecnie opowiadany w warszawskiej kawiarni dowcip o Tusku lub całej Platformie.
Tak się bowiem dziwnie składa, że w okresach politycznie beznadziejnych Polacy bronią się przed kompletną apatią, a nawet wręcz przed zbiorowym, dramatycznym załamaniem nastrojów społecznych, opowiadaniem niezliczonych dowcipów. W latach sowieckiego najazdu takie żartowanie groziło naprawdę poważnymi konsekwencjami. Doskonałym odzwierciedleniem tego stanu było wówczas sowieckie powiedzonko, umieszczone w tytule tego felietonu. Ponoć to rzeczywiście w dużej mierze więźniowie gułagu, którzy trafili tam za opowiadanie politycznych anegdot, stanowili pokaźną część budowniczych kanału Białomorskiego. W czasach późniejszych, tj. łagodniejszego sowieckiego protektoratu, okupacji już mniej krwiożerczej, jedyne, co było wolno, to opowiadać polityczne dowcipy. Intensywność ich wytwarzania i przetwarzania była odwrotnie proporcjonalna do politycznych nadziei społeczeństwa. Ciekawe, że w okresie Solidarności politycznych dowcipasów prawie w ogóle nie słyszeliśmy. Jeśli zatem Peerel bis jest dość wierną kopią swojego wzorca z lat 70., to trzeba z troską przyjąć, że wkroczyliśmy w okres beznadziei, bo dowcipy polityczne mnożą się ostatnio jak grzyby po deszczu.
Zupełnie nieliczne są jednak teraz anegdotami nowymi. Dominują te, w których Tusk zastępuje Jaruzelskiego czy Gierka, Platforma zaś wchodzi do starych historyjek w miejsce PZPR. Wszak pytanie lingwistyczne: „Ja głosuję na PO, ty głosujesz na PO, on, ona, ono głosuje na PO, my głosujemy na PO, wy głosujecie na PO, oni głosują na PO, jaki to czas? – stracony!” jest prostym przetworzeniem analogicznego tekstu z 1972 r., który opowiadano sobie o PZPR w czasie pierwszych „wyborów”, zorganizowanych w epoce Edwarda Szorstkowłosego. W internecie przeczytałem historyjkę o szoferze tuskobusu, który w czasie przejazdu przedwyborczego przez jakąś wieś śmiertelnie potrącił świnię. Skłoniony przez szefa kierowca udał się do wsi, by odnaleźć właścicieli pechowego zwierzaka. Pojawia się po paru godzinach. Na pytanie premiera czy odnalazł właściwych wieśniaków, a jeśli tak, to jak go przyjęli, szofer opisuje, jak został wspaniale nakarmiony, napojony i w ogóle ugoszczony. Na kolejne pytanie Tuska, co im powiedział, kierowca odpowiada: „No jak to co? Że jestem kierowcą Tuska i że zabiłem świnię!”. Żart ten jest prostą kalką dowcipu, który najpierw opowiadano o Gierku, a potem o Jaruzelskim. Jaka nadzieja z tych rozważań płynie? Ano taka, że pierwszy raz dowcip ten słyszałem w 1979 r., a drugi raz w 1988 r. Panie Donaldzie, czas szybko biegnie...