Wcale nie ogórki
Stawiam tezę, że decyzja, czy zakaz handlu niedzielnego uchwalić czy nie, powinna zostać przesądzona w referendum ogólnokrajowym.
Wielu publicystów zarzuca inicjatywie zmian w kodeksie pracy zmierzających do uchwalenia zakazu pracy handlowców w niedziele podjęcie tematu zastępczego w miejsce debaty nad rzeczywistymi problemami trapiącymi ludzi. Ma to być klasyczna zapchajdziura na polityczny sezon ogórkowy. Inni z kolei, ci przesyceni duchem lewacko-antyklerykalnym, wskazują, że pomysł PiS, SP i PSL to taran, którym sterują biskupi katoliccy. Ma on według lewaków utorować drogę do pogłębienia już i tak za silnych w naszym kraju elementów państwa wyznaniowego. Niewielu dostrzega, że inicjatywa ta, jak mało która, dotyczy problemu naprawdę ludzi zajmującego. I mało kto akcentuje, że w istocie jest to kwestia raczej socjalna, mająca bezpośredni wpływ na sposób życia kraju i jego obywateli.
W Europie – a to oczywiście jest krąg cywilizacyjny, który warto w tej sprawie brać za punkt odniesienia – obowiązują w kwestii niedzielnego handlu dwa przeciwstawne modele. W uproszczeniu można zakaz handlu w niedziele przyporządkować krajom bogatszym, a swobodę w tym zakresie państwom biedniejszym lub będącym na dorobku. Wyjątkami, w zestawieniu z podziałem na dwie europejskie prędkości, są Grecja i Cypr (świętujące) oraz Szwecja i Finlandia (pracujące). Wyjątki te, w znacznej części zrozumiałe, potwierdzają jednak żelazną regułę: bogaci pracują mniej, bo ich na to stać, a biednemu zawsze wiatr wieje w oczy i przymus pracy w niedzielę. W podziale na niedzielnych pracusi i odpoczywających po całotygodniowym trudzie zupełnie brak też elementu religijnego. Co prawda, głęboko katolickie Włochy czy Malta zakazują handlu w dzień święty, ale już takie kraje jak Irlandia, Portugalia czy wreszcie Polska, gdzie w kościołach znacznie ciaśniej niż w zeświecczonej a świętującej Francji lub Szwajcarii, dozwalają na weekendową pracę kupców i sprzedawców.
Nie można też dostrzec istotnie sprawdzalnych źródeł historycznych. Jednolita pod wieloma względami wspólnota skandynawska dzieli się tu na połowę. Norwegowie i Duńczycy świętują, gdy ich szwedzcy i fińscy ziomkowie handlują. W krajach dawnej monarchii austro-węgierskiej także funkcjonują dwa modele. Jeśli będąc w Wiedniu czy Salzburgu do południa w sobotę ,nie zaopatrzyłeś się w to, co ci potrzebne, to musisz cierpliwie czekać do poniedziałkowego poranka, podczas gdy w Budapeszcie, Pradze i Bratysławie zapominalscy nie muszą się przejmować i spokojnie uzupełnią w sklepie nadwerężone zapasy.
W istocie zatem problem niedzielnego handlu to nie ogórkowosezonowa zapchajdziura, lecz dwie fundamentalne kwestie w jednym. To sprawa poziomu świadczeń socjalnych dla ludzi pracy najemnej kosztem bogactwa biznesu i stylu oraz jakości życia nas wszystkich. Przyznaję, że wizja niedzielnej Polski podobnej do Szwajcarii, Austrii czy Wielkiej Brytanii jest dla mnie kusząca. Bywając w bogatych krajach Europy, nieraz zazdrościłem im tych leniwych, ale przede wszystkim świątecznych niedziel. Z drugiej zaś strony nie mam pewności, czy zadekretowanie zakazu handlu w święta nie odbije się naprawdę boleśnie na stanie naszej ekonomii. Sądzę, że moje wątpliwości podziela bardzo wielu rodaków czy szerzej – współobywateli i że jest to dla wszystkich problem naprawdę istotny. Pora więc najwyższa, by w tak ważnych sprawach odebrać politykom ich codzienną domenę, czyli decydowanie o treści naszych ustaw. Stawiam tezę, że decyzja, czy zakaz handlu niedzielnego uchwalić czy nie, powinna zostać przesądzona w referendum ogólnokrajowym. Mamy do tego oczywiste prawo, zadekretowane w art. 125 konstytucji, głoszącym, że w sprawach o szczególnym znaczeniu dla państwa może być przeprowadzone referendum ogólnokrajowe. Skoro jest to kwestia istotna dla jego obywateli, musi ona siłą faktu stanowić sprawę o podstawowej wadze dla ich państwa.