Wyłącznie zasady i kwasy
Kwas powstały przy naruszeniu naszej tajemnicy zawodowej może łatwo wyżreć całą tkankę Polskiej Adwokatury.
Jeden z przyjaciół mego rodzinnego domu, przedwojenny lwowski prawnik, opowiadał mi, gdy jeszcze byłem chłopcem, ponoć prawdziwą historyjkę o swoim lwowskim koledze, który po wielu latach adwokackiej praktyki zdecydował się porzucić zawód i zatrudnić na państwowej, doskonale płatnej posadzie pisarza w gminie żydowskiej. Ponoć, gdy mijany był na ulicy przez któregoś ze swoich byłych klientów, który witał go np. słowami: „Dzień dobry, panie mecenasie!”, odwracał się, doganiał pozdrawiającego, chwytał go za ramię i rzucał wściekły: „Sam pan jesteś złodziej!”. Świeżo upieczony pisarz z żydowskiej gminy jeszcze jako adwokat traktowany był jak prawnik gorszej kategorii i musiał zapewne, jak wielu jego kolegów, prowadzić tzw. procesy za złotówkę. Nierówna konkurencja z polskimi adwokatami zraziła go do służby Temidzie do tego stopnia, że traktował palestrę jak szajkę złodziei pozbawionych wszelkich zasad moralnych.
Anegdota o lwowskim adwokacie przypomniała mi się oczywiście przy okazji publicznych wystąpień mecenasa Rafała Rogalskiego i wywołanej nimi publicznej dyskusji dotyczącej roli i zasad działania adwokatury. W mediach, zwłaszcza na stronach internetowych, pojawiło się ostatnio wiele publikacji dotyczących zasad etycznych adwokackiej służby. Z pewnym zażenowaniem czytam teraz wiekopomne „odkrycia” żurnalistów, którzy po wszczęciu postępowania wyjaśniającego, poprzedzającego procedurę dyscyplinarną w sprawie byłego pełnomocnika Jarosława Kaczyńskiego ze sprawy śledztwa smoleńskiego, dostrzegają ze zdumieniem, że adwokaci obowiązani są przestrzegać skodyfikowanych zasad etycznych. Zadziwienie pismaków można interpretować jedynie w ten sposób, że podobnie jak ów lwowski adwokat traktują moją korporację jak bandę niemoralnych złodziei.
Jak powiada banalne przysłowie: życie jest jak chemia, składa się z zasad i kwasów. Istotnie, gdy zdarzy nam się zapomnieć o przestrzeganiu zasad, natychmiast pojawiają się kwasy. Nie jest moją rzeczą osądzanie mecenasa Rogalskiego. Tym być może zajmie się sąd dyscyplinarny naszej Izby Adwokackiej. Jednak troską moją jest przekonanie czytelników, iż przypadki naruszenia adwokackiej tajemnicy, która chroni nie tylko najskrytsze sekrety powierzane nam w zaufaniu, ale i wszelkie informacje, które uzyskaliśmy, zajmując się sprawami naszych klientów, stanowią niezwykle rzadkie wyjątki od reguły, która jest jednym z filarów wspierających gmach niezależnej, a więc naprawdę pomocnej ludziom adwokatury.
Wielu z nas zdarza się naruszać deontologiczne zasady naszego zawodu, to prawda. Wiem o tym doskonale, bo podczas mojej byłej kariery samorządowej pełniłem funkcję sędziego w Wyższym Sądzie Dyscyplinarnym, który powołany jest do sądzenia w pierwszej instancji adwokackich funkcjonariuszy samorządowych i rozpoznawania środków odwoławczych od orzeczeń wydanych w pierwszej instancji przez dyscyplinarne sądy poszczególnych izb adwokackich. Także posiłkując się tym doświadczeniem, mogę śmiało powiedzieć, że przypadki naruszenia tajemnicy adwokackiej zdarzają się, całe szczęście, niezwykle rzadko. Perorowanie w mediach o szczegółach spraw prowadzonych przez adwokatów mających silne parcie na szkło zaczyna jednak przybierać postać naruszeń adwokackiej dyskrecji, i to niestety coraz częściej. Z praktyką taką walczyć trzeba najaktywniej, a udowodniona wina musi skutkować najsurowszą odpowiedzialnością dyscyplinarną, do wydalenia z szeregów adwokatury włącznie. Naruszenie każdej normy etycznej winno spotykać się ze stosowną odprawą, ale kwas powstały przy naruszeniu naszej tajemnicy zawodowej może łatwo po prostu wyżreć całą tkankę Polskiej Adwokatury.