To nie tak, że nagle zamyśliłem sobie zostać krytykiem filmowym. Po prostu tak się zdarzyło, że w krótkim czasie weszły na ekrany kin dwa współczesne polskie filmy, których fabularne osadzenie zmusza prawnika-felietonistę do refleksji o naszym kraju, jego systemie prawnym, politycznym, a nade wszystko o systemie wartości, który powoduje, że kraj jest taki, a nie inny. Refleksji o kraju, w którym, jak to mówił bodaj Raymond Aron za Alexisem de Tocqueville o Rosji, władza nie lubi obywateli, obywatele nie lubią władzy i nikt z niczego się nie śmieje.
„Układ zamknięty” w reżyserii Ryszarda Bugajskiego jest właśnie opowieścią o naszym tu i teraz. I nie jest to wyspekulowana, artystowska wizja abstrakcyjnego państwa w początkach trzeciego tysiąclecia naszej ery ani historia dziejąca się nigdzie. Jest to opowieść przedstawiająca obraz konkretnego kraju, w którym rozgrywają się wydarzenia prawdziwe, ledwie przez Bugajskiego sfabularyzowane. Film kończą informacje o obecnych losach jego bohaterów. Gdy na ekranie ukazują się napisy obwieszczające, jaki był ciąg dalszy właśnie opowiedzianej historii, mamy okazję do spostrzeżeń, czym różnią się Polacy od Rosjan z Aronowskiej i Tocquevillowskiej diagnozy. Jeśli wierzyć francuskim analitykom, nasi słowiańscy sąsiedzi z niczego się nie śmieją. Polacy przeciwnie, po ukazaniu się informacji o szczęśliwych losach przestępców w prokuratorskich togach i zawstydzających jałmużnach przyznanych przez sądy III RP ich bestialsko potraktowanym ofiarom, wybuchają śmiechem. Bezsilnym śmiechem zrezygnowanych ludzi, którzy dowiedziawszy się, że w ich kraju niegodziwość jest nagradzana, uczciwość zaś upokarzana, mogą tylko sarkastycznie parsknąć śmiechem.
Niemal każdy z nas po obejrzeniu tego filmu wraca do swojej codzienności i usiłuje, mimo przerażającego obrazu, który właśnie dotarł do jego świadomości, pchać do przodu swój mały wózeczek. Niemal każdy z nas stara się, wiedząc, że może mu to pomóc przeżyć kolejne dni, tygodnie, miesiące i lata, wyprzeć ze swojej świadomości ten obraz kraju, w którym układ zamknięty grubą kreską dusi wszystko, co szlachetne i uczciwe, a foruje to, co wstrętne i obrzydliwe.
Obraz Bugajskiego przedstawia kraj, w którym byli aktywiści kompartii, obecnie na wysokich stołkach prokuratorskich i urzędniczych, posługując się powolną im policją i służbami więziennymi, propagandą medialną i sądami, organizują skok na kasę, nie szczędząc cudzego zdrowia i cierpienia. Przy okazji jeden z prokuratorskich bonzów załatwia problem oczyszczenia swojej obrzydliwej młodości, kradnąc, a następnie niszcząc zaświadczający o jego winach pamiętnik ojca jednej ze swoich obecnych ofiar, a jednocześnie pierwszej ofiary swojej podłości. W moralizatorskich opowiastkach nikczemne czyny spotykają się ze słuszną odprawą. W układzie zamkniętym, w którym od lat żyjemy, jest jednak odwrotnie. Przyczyny takiego stanu Bugajski wyraźnie wskazuje. Znane są one nam wszystkim nie od dziś, więc epilog tej historii nikogo nie dziwi, przyprawia tylko o trochę załzawiony, smutny śmiech. Tak – smutny śmiech, ten oksymoron nie opuszcza mnie od czasu, gdy Magdalenka, okrągły stół i gruba kreska sprawiły, że wymarzony nowy dom usiłujemy stawiać na bagnie, a nie na skale. Smutny śmiech mnie bierze, gdy po obejrzeniu „Układu zamkniętego” nadal słyszę o tym, że mojego kraju nie oplata szara sieć powiązań, mających korzenie w nierozliczonej peerelowskiej przeszłości, w mafijnej solidarności przestępczych niegodziwców rządzących naszym krajem w każdej sferze jego życia. Smutny śmiech mnie nie opuszcza, gdy czytam i słyszę tyrady o nieistnieniu układu, który dla wszystkich jest tak widoczny jak kolejne sceny ze świetnego filmu Ryszarda Bugajskiego.