Ich nie da się zastąpić
Miejsce męża stanu, zapewne najwybitniejszego prezydenta, jakiego mieliśmy, zajęła postać, której jako Polak po prostu nieustannie się wstydzę.
Banalne porzekadło głosi, że nie ma ludzi niezastąpionych. O ile w sensie logicznym i semantycznym można się zgodzić z taką konstatacją, to bywają przypadki, w których zastąpić kogoś, kogo zabrakło, można tylko kimś nieporównywalnie mniejszego formatu. Niemal trzy lata temu na łamach „Gazety Polskiej” opublikowałem tekst wspomnieniowy poświęcony Joannie Agackiej-Indeckiej, byłej, nieodżałowanej Prezes Naczelnej Rady Adwokackiej, poległej w katastrofie pod Smoleńskiem. Pisałem wtedy: „Mam Ją jeszcze przed oczyma. Trochę ponad miesiąc przed tragiczną śmiercią, na Nadzwyczajnym Zjeździe Adwokatury, 6 marca tego roku, zamieniłem z Nią dosłownie jedno, może dwa konwencjonalne zdania. Godzinę później Joanna wprowadzała na salę naszych obrad Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Staliśmy i klaskaliśmy i oczywiście nikt z nas nie sądził wówczas, że za niespełna czterdzieści dni obydwojga nie będzie już wśród nas”. Po trzech latach mogę tylko dodać, że przede wszystkim jako Polakowi, ale też jako adwokatowi przyszło mi w przypadku obu wspominanych w mym tekście wybitnych postaci boleśnie przekonać się o nieprzystawalności popularnych powiedzonek do skomplikowanej polskiej rzeczywistości.
Oczywiste, że skutki dojmującej pustki na prezydenckim fotelu dotykają nas wszystkich, cały naród. Ból odczuwany przeze mnie jest jednak wzmocniony faktem, iż tak jak w przypadku poległego sternika naszej państwowej nawy, miejsce prawdziwego przewodnika polskiej adwokatury zajęła postać dla wszystkich bezbarwna, a dla wielu zupełnie nieakceptowalna.
Miejsce męża stanu, zapewne najwybitniejszego prezydenta, jakiego mieliśmy, zajęła postać umiejąca rozprawiać o odkrywkowej metodzie wydobywania gazu łupkowego, snująca głupawe lub zgoła obraźliwe dykteryjki w rozmowie z szefem największego światowego mocarstwa, rozpierająca się w fotelu w chwili, gdy jej goście stoją, kalecząca naszą mowę ojczystą w sposób wpędzający każdego w zażenowanie, niefachowy, małostkowy i pozbawiony jakiejkolwiek szerszej wizji strażnik żyrandola, którego jako Polak po prostu nieustannie się wstydzę.
Miejsce wybitnej działaczki samorządowej, doskonałego prawnika, pracownika nauki i wybitnego praktyka sali sądowej, osoby o szerokich horyzontach, doskonałego formatu intelektualnego, prawdziwej damy polskiej palestry zajęła postać, która zaprezentowane przed wyborami na zjeździe adwokatury wystąpienie rozpoczęła od stwierdzenia, że nie jest dobrym mówcą. Był to chyba jedyny przypadek, w którym podzieliłem pogląd wyrażony przez nowego kapitana naszego adwokackiego stateczku. Wszystko, co zrobił i powiedział później człowiek, który miał zastąpić Joannę, przekonało mnie, że fatalne przygotowanie retoryczne jest absolutnie najmniejszą wadą, którą prezes NRA miał okazję zaprezentować. Pewnie, że poczucie wstydu za głowę państwa jest znacznie bardziej dojmujące niż za szefa mojej korporacji zawodowej, jednak w obu przypadkach zażenowanie nie opuszcza mnie nieodmiennie od kilku już lat.
Powie ktoś: Naród wybrał takiego prezydenta, a adwokaci takiego prezesa. To prawda. Oba te wybory odbyły się w zgodzie z demokratycznymi procedurami. Każdy z następców swoich wybitnych poprzedników ma dobre prawo pełnić zaszczytne funkcje. Nie zmienia to jednak mojej oceny. Po tych przykładach, a jest ich zapewne znacznie więcej, widać bowiem, że niezastąpieni ludzie się zdarzają. Zostali zastąpieni, choć w istocie byli niezastępowalni. Tak naprawdę ich miejsce zajęło to, co od 10 kwietnia 2010 r. tak strasznie wielu z nas doskwiera – pustka.