Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard Czarnecki,
17.03.2013 12:35

Putine, Staline, Grybauskaite

Po francusku „putin” to przekleństwo. Coś między naszym „kurde” a jeszcze bardziej naszym, to znaczy jeszcze częściej używanym przez naród, w tym klasę polityczną (jak wynika choćby z podsłuchów CBA w aferze hazardowej), słowem „k...”.

Po francusku „putin” to przekleństwo. Coś między naszym „kurde” a jeszcze bardziej naszym, to znaczy jeszcze częściej używanym przez naród, w tym klasę polityczną (jak wynika choćby z podsłuchów CBA w aferze hazardowej), słowem „k...”. Dlatego gdy sięgniecie Państwo po francuską prasę, choćby po to, aby dowiedzieć się, jak Francja (nie) rozlicza się ze swojej kolaboracji z Niemcami podczas II wojny światowej, to przekonacie się, że nazwisko Putin pisze sie z... „e” na końcu, tak aby żabojady czytały nazwisko pana prezydenta Federacji Rosyjskiej inaczej niż codziennie klną. Słowem: nie Putin, lecz Putine. Trzeba jednak obiektywnie zauważyć, że zasada ta stosowana jest – w trosce o poprawną wymowę, bo na niej Francuzom zależy bardziej niż na dotrzymywaniu międzynarodowych zobowiązań sojuszniczych – do wszystkich nazwisk rosyjskich. I tak mamy Lenine czy Staline.

Premier Prusińska, prezydent Grzybowska

Skądinąd te rosyjskie (sowieckie) nazwiska w wersji sdiełano w Parizie upodabniają polityków z Kremla do kobiet na Litwie. Tam z kolei końcówka „e” służy do rozpoznawania płci. Jak „e” to pani i basta. Ot, choćby prezydent i była komisarz w Komisji Europejskiej Grybauskaite czy była premier i niedoszła prezydent Prunskiene. Niedoszła, bo w Kownie tak długo liczyli głosy, że okazało się, iż głosami właśnie dawnej stolicy wygrał Adamkus. To nie był ostatni cud nad urną na Litwie. Tamtejsi Polacy opowiadali mi, że parokrotnie polskie listy wyborcze były na krawędzi 5-procentowego progu wyborczego, ale zawsze w Kownie liczyli aż do skutku i zawsze – do ostatnich wyborów sprzed paru miesięcy – trochę naszym brakowało. W myśl zasady: nieważne, jak kto głosuje, ważne, kto liczy głosy. A tak na marginesie: obie panie „polityczki” (jakby to ujęła Środa Magdalena) z Litwy mówią po polsku, obie mają polskie pochodzenie, choć obecna prezydent do swoich narodowych korzeni się nie przyznaje i po polsku oficjalnie mówić nie chce. Ich nazwiska to zlituanizowana wersja polskich godności: Prusińska i Grzybowska. Aha, jeśli w tej sprawie zaprotestuje w oficjalnym piśmie ambasada Republiki Litwy w Warszawie, to obiecuję, że ów list powieszę na honorowym miejscu w moim biurze, np. obok okładki tygodnika „Time” z rysunkiem posępnie patrzącej kanclerz Merkel i podpisem „It’s Angela”. Ewentualnie powieszę go do góry nogami, jak już to zrobiłem w tymże biurze z Kartą Praw Podstawowych. Może policja poprawności politycznej przyjdzie i ją powiesi pod innym kątem, kto wie? A zdaje się premier Tusk wraz z Salonem skłania się do takiej epokowej decyzji.

Skoro już padło nazwisko tego mężusia stanu, który na budżetowym szczycie UE uzyskał więcej, niż żądał, przechodząc do annałów dyplomacji europejskiej, to właśnie dziś wykonałem pewną pracę domową. Oto bowiem postanowiłem powiedzieć „sprawdzam” panu prezesowi Rady Ministrów, który bez przerwy opowiada, jaką to państwo Tuska ma świetną prasę na Zachodzie. W sukurs idzie mu jego nowy „wicetusk”, czyli minister finansów, który plecie duby smalone, jak to inne kraje Unii zapatrzone są w III RP i spozierają na nas z zazdrością połączoną z pożądliwością. Przedmiotem owej zawiści zachodnioeuropejskiej (i nie tylko – podziwia nas świat cały, UFO i Marsjanie) jest superkondycha polskiej ekonomii. Nasza bowiem gospodarka, jak wiadomo, kryzysowi się nie kłania, niczym generał Walter Świerczewski kulom. Bohaterowi LWP zabrano już sporo ulic jego imienia, propagandowo-papierowe pomniki Tuska i Rostowskiego też znikną. Spoko, jak mawia młodzież, spokojna kalarepa, jak młodzieży wtóruje mój znajomy.

Zero Donalda

No, to zadałem sobie trud poszperania w zachodniej prasie w poszukiwaniu tych zachwytów nad Polską Tuska mlekiem i miodem płynącą. Posiedziałem, poczytałem, poszperałem. Z góry odrzuciłem angielskie tabloidy – wiadomo, jeżdżą po Unii jak po łysej kobyle, Tusk przed Unią na kolanach, to w „The Sun” czy w innych pochwał pod adresem rządu PO–PSL nie usłyszysz. Ale w „quality newspapers” (jak choćby w „The Daily Telegraph”) też nie. Wykluczyłem też gazety czeskie – Praga do paktu fiskalnego nie weszła w ogóle, Warszawa wczołgała się tam na kolanach. Zacząłem od prestiżowego „Financial Times”. Stron 26, wszystkie żółte, o „zielonej wyspie” ani jednej linijki. Gazeta brytyjska, ale prounijna. A tu taki numer! OK. Szukam dalej. Amerykański „International Herald Tribune”, jeszcze grubszy, ale też nic w nim nie ma. Ani notki. Opasły francuski „Le Monde”, nielubiący prawicy, może on pochwali premiera z podwórka? A gdzie tam. Szukaj wiatru w polu. Przerzuciłem się na prasę teutońską. Szansa jest, bo Tusk wzdycha do Berlina niczym Romeo pod domem Julii (i koniec będzie taki sam). „Handelsblatt” – niemiecki poważny dziennik, który pierwszy w Europie podał, że Buzek będzie szefem europarlamentu (1,5 roku przed wyborem!). Bite 48 stron, jak w pysk gestapowca strzelił. Nichts! – czyli nic. Wertuję dalej: „Die Welt” na 36 stronach zero Donalda i cudu gospodarczego III RP. Czekają na wybory? Następny, proszę: „Frankfurter Allgemeine Zeitung” i... jest! O „zielonej wyspie” i górze szmalu z UE? Nein. Foto Grodzkiej i Biedronia w pierwszym rzędzie ław sejmowych.

Donaldzie z nosem Pinokia, nie wstawiaj kitu. Niech ci, nieboraku, poczytają zagraniczne gazety. Choćby z czwartku, 7 marca.

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE